Kwiat paproci

Książka musi się skrzyć, jak opowieść, którą ci opowiadam na dobranoc. Czemu nie, niechże będzie i Kwiat paproci. Zawsze mnie ciekawiło, gdzie leży prawda. Ach, wybacz, nie leży. Fruwa! Przysiada na chwilę, już wieczór, ciemno, a tam w liściach, w kniei coś błyska. Świeci. Lecz to nie robaczek świętojański, nie, nie. 

Chociaż. Byłoby logicznie. 

I teraz tak. Rozdajesz wszystko na lewo i prawo, czy tylko dla siebie trzymasz? Żeby ci ten kwiat paproci wrósł w pierś na stałe, tak głęboko, że naprawdę… ani słowa. Ok, rozdajesz. Ale wtedy kwiat wrasta jeszcze głębiej, jeszcze… 

KONIEC.

Kwiat paproci
Noemi Susenbach
(olej na płótnie)

Opcja śmierć

Opcja śmierć bywa, owszem, kusząca, lecz w rzeczywistości jej atrakcyjność stoi pod znakiem zapytania. Bo cóż może być po śmierci? Jeśli nic, co głosi się gdzieniegdzie, czyż to nie wieje nudą? Nic? Można to w ogóle sobie wyobrazić? Absurd i nonsens. Nie ma o czym pisać. 

Załóżmy więc, że coś tam jest. Ale co? Fajnie, czy niefajnie? A może tak samo? Ale na trudniejszych warunkach? Bo przecież nowe. Inne. To jakby nagle wszystko rzucić i pojechać do Finlandii. Język z kosmosu. Zimno. Porąbane jakieś pory dnia i nocy, Najpierw w kółko jasno (koszmar), a potem w kółko ciemno (horror). Drogo. I w ogóle diabli wiedzą, jak. 

Nie znam nikogo, kto mieszka w Finlandii i by mi powiedział. 

W ogóle nie znam nikogo. 

PS. Proszę raczyć zauważyć, że nie biorę pod uwagę żadnych bogów i świętych. Przyczyny są oczywiste. To jest tutaj. 

Przed odlotem

17 sierpnia, wtorek, coś tam się na niebie dzieje, a ja tymczasem w dziewiątym wymiarze układam swój wszechświat. Więc tak. Po pierwsze Finlandia. Trochę jak Narnia, tylko że w realu. Co nie umniejsza baśniowości. Wszelkie powiązania ze światem rzeczywistym kończą się jednak na północy, gdzie niewidzialną kreską Bóg zakreślił granicę kraju Saamów. Domki w kolorze purpury i renifery za oknem. O polarnej zorzy nie wspomnę. 

Warto też rzucić okiem na premier. Nieco odstaje od paprotnych polityczek. 

Drugi temat: malarstwo. Jest to sprawa oceaniczna, ach, żeby tylko: kosmiczna i oto właśnie powstaje dzieło mojego życia. 

Jedno z dzieł. 

Następnie oswajam lęki. Idę na wiadukt, przeskakuję barierkę i siedzę nad przepaścią, na krawędzi światów, a spod stóp pociągi jak smoki raptownie wyskakują. 

Ciagle ktoś coś chce. Dwóch facetów się gapi. Jeden bez koszulki. Inny, starszy, podłazi, na ty do mnie wali, że mi po plecach chodzi liszka. Jeszcze inny ratować mnie chce. 

A ja przemierzam tunele, piwnice i pieczary. I walczę… Właściwie nie walczę, siedzę ze słuchawkami i muzyki słucham dość głośno. Słońce mnie rozgrzewa, wiatr mi włos rozwiewa i dobrze mi jak cholera. Liszka ze mnie schodzi, siada obok, przedstawia się: – Madżenta. Kolory mam odjechane, fakt, ale to tylko piżamka. Wkrótce przywdzieję suknię elegancką, czarno-szaro-białą. 

– Jak grób. 
– Lastryko – precyzuje Madżenta i odchodzi. Ale zanim odejdzie, taki mi taniec odstawia, że hej. Wije się, zakręca, pyszczek wysuwa, płomieniście ubarwione ciało pręży. Znika, znowu wraca, cyrk. 

Więcej koleżanek nie stwierdzam. Za to panowie, jak mówię. 

Nie, to ja odchodzę! Idę przez wiadukt, całą jego długość, a na każdym przęśle mam obowiązek przystanąć. Spojrzeć w dal, na tory. Aż spod stóp znów wyskoczy potwór, albo dwa najlepiej, z naprzeciwka, w natarciu: łuuu!!!

Madżenta nie nadąża. Rozumiem to. Każdy ma swoje sprawy. Gdybym miała stać się szarym motylem z takiego fajerwerku, zajęta byłabym jak pierdut. 

Wszystko jest jak sen. Jak wakacje w Bieszczadach. Babie lato rozpina swe nici, których końce się nigdzie nie kończą. 

Karteczki

Jeśli jesteś ateistą i po śmierci zapukasz do drzwi Boga, przez szparę w drzwiach wysunie się karteczka z napisem: NIE MA MNIE. 

Jeśli jesteś agnostykiem, wątpisz: może tak, może siak, na karteczce znajdziesz wiecznie aktualny napis: ZARAZ WRACAM. 

Lecz gdy wierzysz gorąco, wszystkich wokół do swej wiary przekonujesz, modlisz się i do kościoła biegasz, tam na kartce będzie napisane: LOL. 

A jedyny prawdziwy, obecny w każdej chwili, namacalny, widzialny a niedostrzegalny, zaniedbany do szczętu i wzgardzany w lustrze Bóg – obróci się w proroczy proch. 

Jaka szkoda. 

Miłość

Jeśli ktoś mówi: „to była miłość”, znaczy: to nie była miłość. Przeszłość to klatka dla ptaków, smutnych, kolorowych ozdób z podciętymi skrzydłami. Nie można w niej zamknąć miłości, tak jak nie można uwięzić wiatru.

Kocham cię po wieczność.

Nieskończoność czasu rozświetlam srebrnym pyłem gwiazd. 

Miłość
Noemi Susenbach
(olej na płótnie)

Powiedzcie, że mnie nie ma

Nie można nie myśleć. Umysł jest tak skonstruowany, że myśli nieustannie, tak jak nieustannie czuje. Wszelkie próby niemyślenia, mozolne starania „medytacji” spełzają na wiecznych rozczarowaniach. Nie umiem nie myśleć. Nie umiesz, bo to niemożliwe. To tak, jakby żądać od oceanu, by stał się nieruchomy. Nie falował. Nie burzył się. Nie chlupotał. Zastygł.

Zamarzł.

Znikł.

***

Powiedzcie, że mnie nie ma. Po prostu. Nie urodziłam się. Świetna sprawa. Prywatki dalej grają, nikt po nocach nie płacze, nikomu nie jest przykro. 

Na angielski nie trzeba chodzić.

Dzieci nie trzeba rodzić. 

Nie trzeba ich wychowywać, po nocach nie spać – nie trzeba, nie ma co się w ogóle martwić. Tylko w przestworzach próżni latać i niczym pustkę w niezliczoną bezczasem nieskończoność nie sobie wypełniać. 

Nieistnienie. Całkiem znośna lekkość niebytu. 

***

Planeta w ogniu

Szatan Kometa budzi się, gdy poduszka mu płonie. 
Ja się budzę, gdy płonie mi ręka. 

A kiedy ty się obudzisz, Ziemio?

Kiedy płaczę

Kiedy płaczę, płacze cały świat. Wezbrane rzeki występują z brzegów, zalewają lądy, a zza strug łez widać tylko żal. Gaśnie nadzieja, gaśnie wiara, rozstępują się płyty tektoniczne serca i w przepaściach bezdennych tonie radość. Jej pomarańczowa sukienka nie połyskuje już w słońcu. Nie ma już słońca. Nie ma też pomarańczowej sukienki, zostało po niej ledwie wspomnienie, a i to nie, bo wspomnienie też przecież nie jest wieczne. 

Zapadam się w poduszkę, w materac, w ziemię, a fale czarnego betonu zalewają to wszystko jak zbiorową mogiłę. Pochowana w zbiorowej mogile nie mam tabliczki z kirem, nie mam pogrzebu, na grób nikt nie przychodzi, nikt nawet o nim nie wie, bo nikogo to nie obchodzi. 

Są chwile, są wizje, w których wywożą mnie karetką, bo ze smutku wybucha mi głowa, a ciało waży sto ton i nie sposób drgnąć, wstać, iść, żyć, nie sposób nic, tylko ciężarówką, dźwigiem z wysięgnikiem, jak w Co gryzie Gilberta Grape’a, przez okno trzeba mnie będzie wyciągać. 

Albo budynek runie. Wtedy wyląduję w piwnicy, z pająkami o tysiącu odnóży i one mnie zjedzą.

Jezu.

Kiedy płaczę, noc z dniem się miesza, teraz nie istnieje, jest tylko przeszłość i przyszłość: to co było – ach, jakie okrutne!, i to co będzie – na pewno, kurwa, nie lepsze. Bo przecież, ile można wierzyć, ile można śnić, rzeczywistość to fakty, wartości BEZWZGLĘDNE.

I jeszcze ból, choroby i to, że się ciastka kończą. 

Kiedy płaczę, płaczą chmury. A z każdą kroplą robią się mniejsze. I jeszcze tylko trochę popada i zaraz będzie słońce. Pomarańczowa sukienka zabłyśnie, ciało z mogiły się wygrzebie. I będzie… tańczyć?

Kiedy płaczę, to znaczy, że wkrótce będę miała dobry humor. 

Głęboki granat

Twórczość artystyczna, czyli to, co jest motorem postępu, że jeden z drugim dupę samochodem wozi na przykład, to właśnie jest uważane za rzecz niepoważną.

Jestem w trakcie tworzenia. I choć wszelkie argumenty są za tym, żeby pójść do lasu, bo:

  1. pogoda
  2. ruch na świeżym powietrzu
  3. zatem zdrowie
  4. na którym mi przecież zależy
  5. i wszystko inne.

– nie idę. Siedzę i gapię się zamalowane na głęboki granat płótno i toczę okrutną walkę z niecierpliwością, która każe mi NATYCHMIAST usiać granat srebrnym pyłem gwiazd.

I właśnie wtedy przychodzi mi ta myśl, że to jest niepoważne w ogólnym mniemaniu, a przynajmniej w mniemaniu, z którym miewam do czynienia. 

Nie mogę iść do lasu. Tak po prostu jest. Kiedyś uciekałam z angielskiego, choć:

  1. warto znać ten język
  2. nauczyciel był w cholerę przystojny
  3. wiele fajnych rzeczy się działo

– a ja nie. A ja na jezioro, na lód na jeziorze, daleko, hen.

Powiedzcie, że jestem chora. 

Mama

Cofam wszystko, co powiedziałam o Czarodziejskiej Górze. Ludziom zdaje się, że człowiek przedwojenny to człowiek pierwotny. Tymczasem potrafi spektakularnie zaskoczyć. 

Moja mama nazywa się Kławdia Chauchat, pochodzi z Rosji, choruje na gruźlicę. Trochę się boję, że umrze. Większość czasu przebywa w sanatoriach, gdzie nie wolno mi jej odwiedzać, żeby się nie zarazić. I choć bardzo tęsknię, wolę jednak, żeby tam, choć nieobecna dla mnie, ale żyła, niż gdyby się skończyły pieniądze na klinikę. 

Mama patrzy na mnie z portretu. Każdym spojrzeniem otwiera kolejne wrota.

Mama
Noemi Susenbach
(olej na płótnie)

Bez pożegnania

Najwyższa pora wyzwolić się z ocen, jaki kto jest, bo przecież każdy jakiś jest i szkoda energii na wieczne tego analizy. Nieważne, jaki kto jest, ważne, czy jego obecność napełnia mnie mocą, czy wręcz przeciwnie – osłabia? A najważniejsze, że ZAWSZE mogę odejść.

Śni mi się poprzednie życie, uparcie coś tłumaczę, nie bądźcie tacy, nie traktujcie mnie tak, to nie fair – bez skutku. Wreszcie przychodzi zrozumienie, nic tu po mnie, nie dokonam cudu. Szukam więc wyjścia, błądzę przez chwilę, a potem przypominam sobie, że przecież umiem latać, wzbijam się w górę, walizki posłusznie lecą za mną. Adieu! Ach, bez adieu, bez pożegnania, po prostu znikam. 

Puf!

Ten moment wyzwolenia, ulgi. Wolność. Ona wcale nie jest osadzona w świecie zewnętrznym, nie jest od niego zależna. Ona jest w głowie, tak jak w głowie jest latanie i te walizki sunące jak po niewidzialnej powietrznej taśmie. Rzeczy. Leżą na ulicach. Wystawione przez bogatych na gdańskiej Strzyży, zbyt bogatych, by pomieścić wszystko, co mają. Tylko pstryknij palcami, polecą za tobą jak w liniach lotniczych, grzecznie się w luku bagażowym umieszczą. 

Pamiętasz, jak się odkochałam? Siedziałyśmy na trawie i paliłyśmy gorejące krzaki. A wokół ocean i muzyka Bony M. Nieszczęśliwa miłość pierzchła ze zmitrężonego umysłu i stało się lato. A niby wszystko tak samo. A przecież wszystko inaczej. 

Złamane skrzydło się zrasta. 

Przestrzeń czeka po wieczność.