Enigma

To tak, jakby nauczyć się języka, którego nikt nie zna. Po latach nauki odbierasz nagrodę prymusa, wybiegasz z radością ze szkoły i… ściana. 

Emocje: gniew, bunt, zdziwienie, jak to, gdzie mama, smutek, łzy, rozpacz, lęk. 

CAŁE ŻYCIE BEZ SENSU?! 

Cisza. Uczucia są rozpuszczalne w ciszy, łączą się z atomami pustki, stają się przeźroczyste, doskonale żadne. Na tle tych reakcji rozgrywa się spektakl pytań, bo przecież, jeśli bez sensu, to czymże w takim razie jest sens? Albo, diabli wiedzą, skąd to pytanie, ono zawsze pojawia się z mroku, z niewiadomego kierunku, jak odłamek, pocisk: czy lepiej nie znać języka? Lepiej nie wiedzieć?

Wstęp do biologii molekularnej jest zapisany szyfrem trójek zasad komplementarnych oraz sekwencją aminokwasów zawartych w RNA. W sklepie, gdzie nie ścigają za maski, kupuję białą świecę. Ma na imię Kasia. Zapalam ją, siadamy blisko i gadamy, gadamy całą wieczność, bo przecież ten pomysł z trumną to jednak absurd, błąd młodości, żadna z nas się nie wybiera. 

Podczas treningów oddechowych człowiek się uczy jeszcze jednego języka. Najtrudniejszego języka logiki. Brakuje mi kogoś, kto by chciał czytać Wstęp do biologii molekularnej

Hetman

Bezimienny świniak pośród innych wiejskich zwierząt czuje się zapewne jakby nie istniał. Jest tylko przyrostem masy. Koza nazywa się Basia, gąska Balbina, pies Cezar, a świniak to po prostu świniak, tak wyjaśnia pan Przecinek z CPN-u, który mnie zabiera do swojej rodziny na wieś, żebym zobaczyła. Patrzę więc na zlekceważone samotne prosię w chlewiku i jest mi go bardzo szkoda. Czuję okrutną niesprawiedliwość i smutek, choć przecież lubię pana Przecinka. Nawet nie ma imienia?!

– Świniak to świniak.

Wspomnienia z dzieciństwa są obarczone niewypowiedzianymi emocjami, tłumionym niezrozumieniem świata, czasem są to łzy tak zaschnięte, że trzeba je z siebie boleśnie wyskrobywać. Inaczej zamienią się w złość. A złość jest złośliwa jak nowotwór, czerń zapadłych komórek, które wprowadzają nowy ład, czyli stary burdel. 

Parę lat wcześniej. Stoję w otwartym oknie na czwartym piętrze i tylko jeden krok dzieli mnie od mamy, która z siatkami zakupów patrzy z podwórka i myśli: o kurwa. Okno uchylone w kuchni. O kurwa. 

Ile mam lat? Trzy, może cztery? W domu nikogo nie ma, nikt więc mi nie wyjaśni, że z okien się raczej nie skacze. Instynkt. Instynkt. Instynkt. Mimo gorączki zwykle pomagającej w lataniu, teraz pojawia się strach tak silny, tak potężny, jakby między matką a parapetem była smolista czerń. 

Nogi mi drżą ze strachu, łapię framugę okna i powoli się od czerni odwracam. Mama porzuca zakupy i pędzi po cztery stopnie w górę. Serce jej tłucze dokładnie tak mocno jak mi wczoraj w nocy, gdy znów wędruję po parapetach przez sen. Lęk wysokości fascynuje podobnie jak ogień, rozpięty między życiem a śmiercią, cienką linią prowadzi do dawnych, nigdy nie wyrażonych emocji, które, tak jak świniak, mają prawo do imienia, nazwania, wyrażenia. Bycia. 

Świniak już dawno nie żyje, przerobiony na kiszkę, z ziemniakami i zsiadłym mlekiem spożyty przez rodzinę Przecinków, niknie w mrokach pamięci. Tylko jeden ślad może go ocalić. Imię. 

Latarnia Diogenesa

Dziewczyna z długimi włosami kolor ciemny blond zadaje dziwne pytania. I jak teraz wyjaśnić tej kosmitce, że tu nikt nikogo nie rozumie, taki klimat planety, może błąd w systemie, w sumie powinna to wiedzieć, czym oni się w tym kosmosie zajmują, przysyłają tu dzieci we mgle? A ona, że taki jest plan – zadawać pytania, pełno pytań, jak Diogenes z beczki, i że nie pyta przecież, czy ktoś kogoś rozumie, tylko: dlaczego NIE? 

– A co trzeba zrobić, żeby zrozumieć innych?
– Nic.

Po ulicy Ratuszowej biegną bezpańskie dzieci wschodu, nikt ich nie pilnuje, nie mają telefonów komórkowych, GPS-ów, lokalizacji, ani wyliczonego czasu. Życie bez monitoringu. Największy skarb, klucz na szyi. 

Dziś każde dziecko ma czip, wiadomo nawet, kiedy się po głowie drapie, może mieć wszy, a przecież na wszy są znane sposoby. Współczesna Europa nie zgadza się na nic, czego się nie da skontrolować, dlatego dzieci z Ratuszowej są poza Europą i gdyby nie mróz, można by powiedzieć, że to już właściwie Afryka. 

Jestem z czarnego kontynentu, nie jadam śniadań, nikogo nie obchodzę, prawie nikt mnie nie chce. Od pierwszych chwil istnienia mam zagwarantowaną wolność, muszę tylko nauczyć się latać. I zwiać. 

To nie będzie trudne. Właściwie nic nie jest trudne w tym wymiarze, wystarczy zaprzyjaźnić się z Nemo, której imię wywołuje emocje, niektórzy przekręcają, tworzą anagramy, prawdopodobnie są zdania, że wszyscy powinni nazywać się Kasia. 

Nemo ma włosy ciemny blond i jest z kosmosu. Czeka pod ratuszem, żeby przekazać wiadomość. Ale zamiast tego, zadaje pytania i to jest największa trudność w tej całej misji zwanej podróżą ku wolności, czy jak kto woli: życiem. 

Hatteria

Na trzecim poziomie metody oddechowej przychodzi kryzys. Zwykle pojawia się gdzieś w brzuchu i łudząco przypomina lęk. Jakby go streścić, brzmi: „uduszę się!”, jakby rozwinąć, pojawia się śmierć w męczarniach, ciało ofiary podejrzanych praktyk, która mimo dostatku tlenu, nie żyje z braku tlenu. Na końcu tej gmatwaniny symboli stoi babcia Stasia, zmartwioną głową kiwa nad zwłokami i mówi, że przecież zawsze mówiła. 

Kryzys może też przybrać formę gniewu. Japońscy mnisi uderzają innych kijem podczas ich medytacji. Fascynujące, jakie meandry umysłu i ciała musi pokonać gniew mnicha, który uderzony w plecy, nie przerywa zen, nie wyrywa tamtemu kija i nie okłada go z furią. 

Czy można skierować gniew ku słońcu? Jaskrawa tarcza absolutu jest niewzruszona. Odbiera więc energię złości beznamiętnie, beznamiętnie ją w swej kuźni przekuwa (wszystko to dzieje się w jednostce czasu zwanej mgnieniem oka), po czym obsypuje zbuntowanego delikwenta kwantami światła, które w jego pulsującym ciemieniu jakimś cudem przekształcają się w radość. 

Perpetuum mobile, nawet bardziej. Tymczasem mija trzecia minuta, lektor mówi: weź głęboki oddech i oto lecisz w samiusieńki środek tego słońca, rozmawiasz z pierwiastkami, dzień dobry, mam na imię Hel, bardzo mi miło, tętnice pulsują od żaru, ale gdzieś w innym bycie. Tylko niech to się nie kończy, tylko niech się nie kończy! 

Natychmiast po pojawieniu się tego pragnienia, błogi stan znika, w błogim stanie bowiem nie ma żadnych pragnień. Żelazne zasady natury. Na przykład: ewolucja. Hatteria to zwierzę, które ma trzecie oko. Stanowi ono część szyszynki. Pod wpływem promieni słonecznych szyszynka się uaktywnia i zmienia hatterię w wiedźmę. Wiedźma widzi. Ma czym. 

11:11, 13:13, 14:14, 19:19…

Przebudzonych można poznać z łatwością. Mają otwarte oczy. 

Miami

Podróż do Miami wciąż trwa, ponieważ, jak mawiają ludzie oświeceni: droga jest celem, podróż to właśnie Miami.

Wieje tak, że wywiewa z głowy poglądy, człowiek patrzy przez okno w przestrzeń, w której bezładnie latają liście, kot by miał zabawę, ta myśl, jedna z nielicznych, zaczepiona o dendryt jakimś cudem zostaje, reszta znika. Jezu, jaka ulga, jakby ktoś posprzątał, ktoś bardzo bliski… ja?

W puste miejsca po zagładzie wprowadzają się nowe myśli. Jest ich niewiele, ale każda VIP. Lokują się wygodnie jak w pierwszej klasie, ach, przecież lecą do Miami! 

Wśród nich jest złota rybka. Rybka mieszka w żarówce, a celem jej życia jest znalezienie odpowiedzi na pytanie, czy jest gdzieś w kosmosie jeszcze więcej światła. Bo coś jej mówi, że tak, choć w telewizji zaprzeczają, mówiąc, że to absurd. Słońce? – drwią. I dodają epitety pod adresem rybki: szur!, foliarz!

Ale gdy rybka zasypia, we śnie opuszcza żarówkę przez odpływ gwintu i tam, pokonując czarne korytarze nicości, z sercem na płetwie i ściśniętymi skrzelami, wreszcie odnajduje upragniony promień. 

O dziewiętnastej pod ratuszem

Największa radość po przebudzeniu? Że można coś stworzyć. To jak zapowiedź dawno upragnionego spotkania. O dziewiętnastej. Pod ratuszem. 

Tego dnia siadasz jak ptak na kamieniu i patrząc w światło pod powiekami, szukasz odpowiedzi na milion pytań, które jednocześnie przecież są odpowiedzią. 

To się dzieje naprawdę?

To się dzieje naprawdę. Jesteś stwórcą, jesteś bogiem, jesteś własnym kosmosem, w którym właśnie takie rzeczy się dzieją, właśnie konkretnie TO. 

O dziewiętnastej pod ratuszem czeka na ciebie dziewczyna z długimi włosami, kolor ciemny blond. Ma dla ciebie wiadomość z kosmosu. 

W zamian za nic. 

Kwestia czasu

Czas czasami znika. Gdy zanurzysz się w tu i teraz, przestaje nagle istnieć i właściwie dziwne, że do tej pory istniał. Przecież to jakaś abstrakcja. Czas? Chodzi o zmianę, a nie o czas. O to, że ta chwila jest tylko na chwilę, bo po niej następuje inna, a po innej jeszcze inna. Czas nie istnieje, jest tylko jego doświadczanie, a właściwie doświadczanie zmian, jakie zachodzą na skutek procesu, który jest procesem nieustającym, od czasu niezależnym. Czas jest wtedy, gdy planujesz. Gdy wyprzedzasz siebie, swój los, drwiący z ciebie po cichu, bo przecież możesz sobie próbować ile chcesz, i tak nie dasz rady. I tak nie wiesz. 

Zatem czas to iluzja. Śmieszne wyobrażenie, połamane fragmenty osi wieczności, wygięte niezdarnie przez przekonanego o swej słuszności człowieka.