Because of you

Szaman wypłynął w morze. Zanim wypłynął, zrobił coś, co wprawiło mnie w stan osłupienia. Zgolił brodę.

Na taki trzydniowy zarost.

Pytań, które się nasuwają po takim akcie jest bez liku. Wątki cisną się masowo, a że jest ich właśnie tyle, żaden nie przeciśnie się przez zdławione gardło. Przemilczałam sprawę i teraz nie wiem, od którego, pozostawiona w ciszy mieszkania Wió, mam zacząć. Może od podania danych?

Moja galaktyka nazywa się Strzyża, znajduje się w konstelacji Wrzeszcz w gwiazdozbiorze Gdańsk. I chciałabym, żeby powiedział to jakiś Niemiec.

Tymczasem chodzi o to, że w tej konkretnej galaktyce panuje moda na brody.

Do pielęgnacji bród przeznaczone, gęsto upchane po okolicy salony, a raczej STUDIA trychologii oferują nietanie usługi, dzięki którym mężczyzna może naprawdę powiedzieć o sobie, że jest mężczyzną. A przynajmniej tak wygląda. W sensie: dokonuje starań. Aby wyglądać. Jak mężczyzna.

Mój Boże, dane! Dane! Szaman nie pielęgnował brody w studiu, dawno miał brodę, od początku ludzkości miał brodę i gwizdał na kwestię jej strzyżenia. Oraz śmiał się. Ale rzadko, bo przecież prawdziwy mężczyzna nie śmieje się za bardzo. Półuszkieszkiem najlepiej. I tak, żeby nikt nie widział.

A dziś, przed wyjazdem DO ROBOTY ściął brodę. Ostrzygł. Wypielęgnował. I wygląda tak, że budzą się we mnie wszystkie demony naraz.

Nienawidzę każdej baby, która na niego spojrzy.

Ziazio. Noemi Susenbach

Idę do Ziarna.

Un bacio per la strada

Jedna z nich ma na imię Kasia. Nieco przy kości, drepcze po kuchni, jak sama określa: w kółko na szmacie. Jest, a jakby jej nie ma. Bardziej niż ona – stanowi ją mąż. Facet totalnie żaden. Od kilkudziesięciu lat szuka pasji. Owszem, zna się, ale tylko na piwie. Dlatego ma browar. Jeśli zaś chodzi o całą resztę – wyliczył, że najlepiej znać się na muzyce, którą według statystyk lubi najwięcej ludzi. Czyli Kazik, Led Zeppelin. I Mozart jeszcze.

Albo Vivaldi.

Druga to Józefina. Bystra i niezależna, świadomie wędruje po krętych schodach piekła. Nie wie, że pocałunek leżącej przy wejściu na dantejski melanż Księgi Fatum, jest śmiertelny. A może wie? A może? Wszak ona wie wszystko. Dlatego, gdy wspinam się po schodach ku wyjściu, staje na palcach z umalowanymi na czerwono paznokciami i szepce mi do ucha: – ja tu zostaję. Zostałam ukąszona.

Trzecia. Jagoda. Rozpromieniona blondynka. Jej ciało świeci w ciemnościach, dlatego ciemność jej pragnie. Pilnuje.

Jagoda chce nauczyć się pływać. Ale nie wie, czy jej wolno.

Nie wie, czy jej wolno…

Czwarta to ja. Mam na imię Noemi. Wysyłam pocałunek na drogę.

Un bacio per la strada. Noemi Susenbach

Arka Noemi

Miejsce zdarzenia: Ocean

Narzędzie zbrodni:

?

Zadanie brzmi: żadnych emocji.

Tylko fakty.

Czy ktoś zginie? Ba! NIE WIEM. Zmieniam się w kronikarza i opisuję, co widzę. W czym, jak się okazuje, siedzę. Po samiuteńką szyję.

To przez Bellę. Przez to, że jest lekarzem. A ja w samym środku załamania nerwowego trafiam w jej ręce.

– Emka czy kwas? – pyta Leo, gdy mnie przywozi na sygnale. Już chcę odpowiedzieć, gdy on tymczasem, że chodzi o Szamana. Po czym znika w prrossecctorrium, wraca ze szklanką, a że jest lekarzem: żadnych protestów.

Piję, płaczę, że zdrada to zbrodnia i dlaczego mężczyźni to robią?! Z tym, że bardziej kwieciście.

Nagle spokój, robi się jaśniej, kręcąca się po prrossecctorrium Carolina podsuwa, że przecież kobiety też są spoko. I robi się nawet zabawnie. Z sufitu spada olbrzymia kropla Oceanu Pomarańczowego, rozbija się o podłogę, z kropli wyskakuje duch Belli i śpiewa nieprawdopodobne historie. Że fili-fili, powinnam być niezależna jednak. I że jestem bioinżynierem. I że przecież ciekawie jest pracować naukowo. Coś odkrywać, badać.

A potem zgarniać profity, bo czemuż by niby nie?

Mówisz i masz, odpowiada Los i dziś oto dzwoni sama Bella w najczystszej z realnych postaci.

Biorę udział w projekcie naukowym. Moją rolą jest spisanie eksperymentu psychologicznego. Dane mam dostawać na bieżąco. Zaczynam w poniedziałek.

Szaman od razu, że to pewnie na myszach. Albo szczurach.

Ale ja myślę, że nie.

Inaczej nie byłoby to ŚCIŚLE TAJNE.

***

Jestem Noe

Zamiast statków* wolę

Rżnąć epistołę.

* SZAMAN

wie o co

KAMAN

Arka Noemi. Noemi Susenbach

List do Białego Psa

Kiedy byłam w szpitalu psychiatrycznym*, wydarzyła się zabawna historia. Po tygodniu spędzonym w pokoju z wariatką alkoholiczką rąbnęłam walizką o podłogę, spakowałam rzeczy i w milczeniu wyszłam. Ona miała jakieś pretensje. Nieważne. Chodzi o to, że wprowadziłam się do pokoju obok, a tam mieszkała piczka zasadniczka. I od razu do mnie, że owszem, mogę z nią mieszkać, ona się zgadza, a nawet, co tu kryć – cieszy!, ale są pewne warunki i należy trzymać się swoistych reguł, mianowicie że są dwie. W tym pokoju bynajmniej.

Reguły lecą tak:

  1. Żadnych imprez, koleżanek, hałasów! Chociaż koleżanki, cóż, niechby i KOLEDZY, czemu nie, ona sama się chętnie dołączy, a imprezy, komu to właściwie przeszkadza; ostatecznie, niech będą!
  2. I to właściwie wszystko.

Trzymam się tych reguł żelaźnie. Tymczasem jest dzień Białego Psa i śnił mi się Biały Pies. I wiem, że anegdotkami z psychiatryka się nie wybronię. Aczkolwiek warto próbować.

Orionie.

Masz w głowie korytarz, w którym tkwi hasło „miś”. To korytarz telepatyczny. Miś ma kolor różowy. Jest skaleczony.

Nazywa się Wrosiaczek.

Opowiem ci o nim więcej, ale musisz się do mnie odezwać.

—————————————————————————————–

* Może jeszcze zrobicie ze mnie wariatkę?

List do Białego Psa. ZK

Polska ulica

Dzieciństwo to, eufemistycznie mówiąc, był turbohorror. Podczas świąt wujek z dziadkiem bili się pięściami, a po ścianach tryskała krew. Gdy była impreza, przypadkowe pijane pary trafiały do mojego łóżeczka. I żeby sobie porzygać do miski. Kiedyś z tego powodu nie spałam całą noc, nazajutrz musiałam iść do szkoły. Amma była zła, że przyniosłam tylko czwórkę.

Zero zmiłuj.

Przez cały ten czas pisałam pamiętniki. To mi pomagało. Nikt nie zwracał uwagi na skuloną w kącie dziewczynkę, która coś tam sobie zapisuje. Tak rozpoczęła się kronika mojego życia.

Piszę do dziś. I nikt mi tego nie zabroni, choćby bardzo chciał. A jeśli (co już się zdarzało) ktoś się obrazi za prawdę, to KURWA PROSZĘ BARDZO. Przynajmniej nie będzie mi dupy zwracał.

Rodzice są przereklamowani. I bardzo chcę zrobić taki rysunek. Laurkę. Chciałabym tu zakląć siarczyście, ale literatura nie lubi powtórzeń.

Ten, kto wymyślił czwarte przykazanie, NIE JEST BOGIEM. To potężna ściema, która jak zatruty szpikulec skorpiona dźga ludzkość od tysięcy lat. Nie ma w przyrodzie takiego kuriozum. Szacunek bez podstaw nie istnieje. Nikt nie może rościć sobie pretensji o cześć tylko i wyłącznie z tego powodu, że uprawiał seks.

Żebym przestała pisać, trzeba by mnie zabić. Ale mnie się zabić nie da, gdyż jestem nieśmiertelna. Martwa już byłam.

Piszę to ze szczególnym adresowaniem. Tam, gdzie trafia głównie słowo pisane, do tych zniemczonych polaczków, którzy są jeszcze bardziej niż Niemcy. Chociaż do Ammy też. Zabij mnie. Boże, jak mnie zabij. Za wszystko. Za wszystko, co jeszcze o swoim życiu, które tak niefortunnie się z twoim splotło – napiszę.

POWODZENIA.

Jedna rzecz mnie nurtuje. Po kim odziedziczyłam inteligencję?

  1. Po leniwej matronie z odwieczną migreną, która tak naprawdę jest kacem?
  2. Po sztywnym paniczu, tak skąpym i do tego głupim, że byle niepiśmienna baba skubie go do zera?

Jest jeszcze opcja, o której mówił Leo, czyli bodaj sześćdziesiąt procent to wychowanie. Jeśli przyjąć tę rozhisteryzowaną figurę, którą jest Czerwony Wędrowiec, trzeba by odjąć właściwie większość życia. Bo był nieobecny.

Obecny był za to ten super-hero Ammy, co mnie uderzył pięścią w twarz. I tym uderzeniem zakończył wszelki na mnie wpływ.

Zatem wychowała mnie polska ulica.

O Boże, jak dobrze, że nie niemiecka!

– Halo…

Polska ulica. Noemi Susenbach

Gwiaździsta zabawa

Niemcy.

Wylądowałam u Eve i jej faceta Sajko. Sajko to Niemiec najczystszej krwi, niezwykle uprzejmy i uczynny człowiek, który – według Eve – może zabić za miód. Po kilku dniach przebywania w zniewalająco cacanej atmosferze, wyrażanej w najwyższych tonach słówka: Hallo! – trafiam do lekarza.

Jest taka książka „Nieznośna lekkość bytu”. Nie mówię, żeby zaraz całą czytać, ale już sam tytuł daje do myślenia.

Do lekarza zabiera mnie Klaudiusz. A że lekarz to jej mąż, jestem u nich trochę jak pacjent, a trochę jak gość.

Herr Doktor po piętnastu latach małżeństwa z Polką w kwestii jej mowy ojczystej zna dwa słowa. Głupia kobieta. I chcąc się popisać – tymi słowami mnie wita.

Fakt. Zbyt długie przebywanie w atmosferze cacanej jest ryzykowne. Czujność zapada w sen. A tu proszę. Pobudka! Byłabym się zwinęła z powrotem, ale to niemożliwe. Galaktyka Herr Doktora jest odległa od Hallo! o Niebieską Rezonansową Noc. To poważna odległość. A mnie coś weszło w serce i boli jak cholera.

Tak, że umieram.

Zamiast się obrazić, wybieram więc wariant drugi: pacyfikację Herr Doktora. I zmuszenie go do przeprosin. Po polsku! Sprawa nie jest aż tak trudna. Niemcy to ludzie, którzy wbrew pozorom uwielbiają jeść z ręki. Tymczasem ból rośnie. Kulę się więc na doktorowej leżance, łzy mi lecą po twarzy, i nagle: bach!, Klaudiusz mówi Herr Doktorowi, że tak naprawdę to ojciec Pio jest moim biologicznym ojcem. Ale on zaprzecza (ojciec Pio), gdyż myśli, że nie udało mi się zrobić testu. W dodatku pieprzy teraz po całej rodzinie, że jestem narkomanką. I pewnie dlatego mi serce pęka.

Psychosomatisch – wyjaśnia.

Herr Doktor, jak na prawdziwego lekarza przystało, bierze temat pod lupę, analizuje, bada. Zapada marmurowa cisza, ale niedługa, bo…

Ale zanim to się dzieje! Zanim to się dzieje! Zanim to się dzieje, muszę się przecież zemścić!

Za tę „głupią kobietę”.

Rewanż na Niemcu to klasyka gatunku. Pamiętacie Grzegorza Brzęczyszczykiewicza? Niedawno chciałam zrobić rysunek: Mieszkam na Strzyży w Gdańsku Wrzeszczu i chciałabym, żeby powiedział to jakiś Niemiec – ale nie mogłam się zebrać. Tymczasem tu, zebrana nagle jak sto złotych, rozochocona tym „przepraszam”, rzucam zadanie:

– Świerszcz!

Herr Doktor już ugrzęźnięty, już spokorniały, język łamie, ale jedyne, co mu się udaje to:

– Sierść.

I tu zabawa robi się gwiaździsta. Klaudiusz leży ze śmiechu i płacze, wyjaśniając mu wśród spazmów, co powiedział. A ten ambitnie i rzeczowo powtarza po sierści:

– Ćwierć.

Teraz już obie leżymy, chociaż śmiech w bólu do łatwych nie należy. Herr Doktor się nie poddaje, po szczebelkach lingwistycznej kariery kroczy i z mozołem najwyższej próby artykułuje ostatnie, jakże do ćwierci przypisane słowo:

– Śmierć.

Gwiaździsta zabawa. Noemi Susenbach

PS. Może i jest inna forma poprawna tego słowa, ale „gwiaździsta” ma w sobie gwóźdź.

Dlaczego palę

Dlaczego palę?

Bo pochodzę z piekła.

Nie ma innej drogi, niż ta

przez OGIEŃ.

Żywioły mają swoje kaprysy,

żądają ofiar w substancjach smolistych.

No trudno.

Żeby się tego bać,

trzeba być durną.

*

Ciekawe, czy ludzie widzą,

kiedy latam?

Nikt do mnie nie podchodzi

i dobrze.

Bo jak by kto podszedł

to by zginął.

BUM!

Tarantino.

*

Pięknie mi się leci…

na czerwonym skrzydle smoczym, płonącym pierzem pokrytem…

Ogień jest gotów wystrzelić,

pretekstu pozbawion,

grzeje mnie jeno po białość.

A każdy kolejny trzepot wstrząsa planetą całą!

Jakby mógł wstrząsać połową.

Białogłowo.

*

Achtung, bebe!

Zaczęła się szkoła.

Szkoła zaczyna się Świętem Śmierci.

Nic się tak źle nie kojarzy.

Dlatego tak jest.

Dżembori Dżez.

*

Dlaczego palę?

Bo jestem z piekła.

Pozdrowienia przesyłam.

I uściski gorące!

*

Ze wszystkich swoich wcieleń

Najbardziej lubię być brzdącem.

Brzdąc. Noemi Susenbach

This Is Poland

– W skrócie TIP – wyjaśnił Leo, gdy zza wnęki międzywymiarowej doleciały nas bluzgi.

Będę ten skrót stosować. Za każdym razem, gdy zabrzmią te wrzaski, gdy usłyszę o pedofilii w Kościele, gdy ZUS będzie mnie ścigał za to, że żyję, gdy kolejny pierdyriald zostanie przepierdyriolony na jakieś ha gie wu co.

TIP.

Wygląda jak stempel, brzmi jak puenta.

TIP.

Dziecko owsik do mamy owsika: – Czemu mieszkamy w dupie? Tu jest tak brzydko i śmierdzi!

– Bo to jest nasza OJCZYZNA.

TIP.

Policja więzi za kwiaty w kieszeni.

Warto się lepiej upić.

TIP.

Na zewnątrz to „Kongres Kobiet”.

A w środku stara baśń.

TIP.

– Mąż rzucał krzesłami o ścianę.

– Lecz w panią nie trafił, więc jaki problem?*

TIP.

– Mówił, że robię „chujowe” spaghetti.

To jak pani gotuje?!*

TIP.

Ach, jaki to piękny kraj! Tu są nasze billboardy, tu jest nasza TĘCZA.

A w lasach śmieci kolorowe.

TIP.

Ten łabędź na nodze ma takie żelastwo, że nie może chodzić. Ale ładnie wygląda. W parku.

Nemezis. Noemi Susenbach

* fragmenty oznaczone gwiazdką pochodzą z rozprawy rozwodowej w Sądzie Okręgowym w Gdańsku.

This Is Poland.

RIP.

Nieobecność

Śniło mi się, że sprzeciwiłam się autorytetowi i porwałam tłum. Ktoś spytał, jak tego dokonałam. Odparłam:

– To proste. Wystarczy przystawić pistolet do skroni.

Niestety, nic więcej nie zdążyłam wyjaśnić, bo zadzwoniła Bella. I cała w nerwach, że jak to? Wyjechałam, wyjeżdżam, gdzie, co? Ona na melanżu od tygodnia, nie wie, co się dzieje, a tymczasem: MNIE NIE MA?!

Muszę przyznać, że uwielbiam ten stan. Ten, w którym mnie nie ma. Jest to coś absolutnie wybornego. Nieobecność jest wyraźniejsza od obecności. Wie to bodaj każda matka, której dziecko nagle znika z pola widzenia. Jak ona wtedy kocha! Jak dba! Rozstrzęsiona nagłym przypływem miłości zawiadamia wszystkich sąsiadów, może nawet władzę o swym rozpalonym do czerwoności uczuciu. Rzecz się diametralnie zmienia, gdy obecność wraca. Miłość gaśnie, ustępuje miejsca wściekłości, którą przez zaciśnięte zęby słychać: jeszcze raz mi znikniesz…

– …to zabiję – chciałoby się dodać, ale za dużo sąsiadów wokół. No i policja, więc grząsko.

Logika podpowiada, że to nie ma sensu i każde rozumne dziecko znika ponownie. Z powrotem się jednak nie spieszy. Niech się uczucie wzmocni. Niech wzrasta.

Bella mówi, że tak w ogóle to może być problem z tym powrotem, bo znów zamkną granice. Z powodu choroby bezobjawowej. Stwierdzonej na całym świecie, po wszystkich stronach granic. Należy więc zachować ostrożność, bo jeszcze, nie daj Boże, rozniesie się ten brak objawów, który obecny jest wszędzie.

Logika podpowiada, że to nie ma sensu?

Logika, kochani, jest nieobecna, zwinęła swoje dwie kiecki w kolorze czarnym i prysnęła w mrok. Z powrotem się spieszyć nie będzie. Niech się uczucie wzmocni.

Niech wzrasta.

Nieobecność. Noemi Susenbach

Trzy sekundy

Wyjeżdżam. Opuszczam gniazdo No, wypływam z zimnych mórz, wylatuję z ogrodu BaBy z PP. Przez jakiś czas nie będę słyszeć soczystego języka polskiego, co mnie niezwykle cieszy. Mam dość soczystego języka polskiego. Mam dość Polski.

Sorry Polsko, chciałoby się zaśpiewać, gdyby się miało ochotę na teksty czyjegoś autorstwa. Bo tekst mojego autorstwa brzmiałby nieco (jak na język polski przystało) soczyściej. Ale nie po to się uczę języków obcych, żeby na tej soczystości spocząć. W ramach mowy ojczystej trzymam się zasady trzech sekund. Kiedyś trzy pierwsze sekundy rozmowy telefonicznej były za darmo. Człowiek więc nie pytlował bez sensu, jedynie treść skrótowa miała rację bytu.

Kunegunda tak się kłóciła z chłopakiem.

Szanuję to. Kłótnie są wszak zazwyczaj przegadane. Emocje i czas nieokreślony to najgorsi doradcy. Gdyby stosować zasadę trzech sekund – o ileż wzrosłaby jakość dyskusji! Używając jedynie słów niezbędnych, wyrażałoby się samo sedno. Dajmy na to:

– Spie… – i wszystko jasne.

Tymczasem wyjeżdżam. No podpowiada, żebym zrobiła czeklistę. Nawet zaczęłam:

  1. Bikini
  2. Black dress nr 1
  3. Black dress nr 2

Nic więcej mi nie przychodzi do głowy. Bo co więcej potrzeba? Wichry nie noszą walizek.

Ponadto nic więcej nie mam. Wszystko co miałam, zabrał mój były – Wąż. Będę to powtarzać, a z czasem i książkę napiszę, co gorsza: przetłumaczę na sześć języków. Początkowo sześć. A potem się zobaczy.

Jadę! Puściłam do Belli wiadomość, ale ta przysyła mi tylko czarne serca. Nie zdradzę czemu. Ale wiem.

Kiedy byłam dzieckiem, wciąż chciałam wyjechać. Podróżując nieustannie w myślach, nie mogłam doczekać się podróży właściwej. Choć mi ją obiecano. Obiecano mi podróż bajeczną, daleką, na długość całego życia. Amma powinna się orientować. Chyba że i to wyparła.

Nie pojechałam. Obiecanki, cacanki. Dzieci najłatwiej okłamać. Raz, że ufają, dwa: nie zgłaszają pretensji. A nawet jak zgłoszą, to co? Nic. Zero konsekwencji.

Fajnie się dzieciom kłamie. Wiedzą to wszyscy rodzice.

Zrywam więc pępowinę ostatecznym ruchem, zostawiam ich pod własną opieką.

AŻ MNIE CIARY PRZESZŁY.

Szaman szaleje, dopina szczegóły i trochę też załamuje ręce. Ale co zrobić. W ciągu trzech sekund trudno mu coś powiedzieć, a po introligatorsku jeszcze się nie nauczyłam.

Czy przetłumaczę książki na introligatorski?

A może Szaman to zrobi?

Boże, jak się cieszę.

– Arrivederci!

Hm. Za długie…

– Adieu!

Trzy sekundy. Noemi Susenbach