Lajla tow

Jezioro leży przy cmentarzu.

Ale to nie jest zwykły cmentarz. To kamienny krąg dusz, gdzie każdemu kamieniowi odpowiada zatopiona w niebie gwiazda. Cmentarz jest gęsto porośnięty lasem, jednak udaje mi się latać. Może nie tak, jak wtedy z Szamanem na meteorycie – jest to raczej spokojne, pełne skupienia unoszenie się nad ziemią.

Najciekawszy jest Krąg Strażnika. Tu skamieniałe dusze kruków łączą się tajemnym sposobem w jedną, absolutną moc.

Zawsze siadam pośrodku. Czuję ten zabawny dysonans, gdy siadam, a jednocześnie kołyszę się w powietrzu między kamieniami a gwiazdami.

Język, w jakim przemawiają zmarli, nie należy do żadnej grupy językowej. To jakby zestaw slajdów, z których każdy jest symbolem, szyfrem, rebusem. Sygnałem. Sygnał dociera do mojej rozkołysanej w powietrzu świadomości i rozpoczyna kojarzenie. Rozmowę. Już wiem, czuję, że Ktoś chce mi coś powiedzieć. Czekam. Tymczasem przede mną rozciąga się granat nocy, wśród granatu swym jaskrawym światłem kategorycznie wykrzykują do mnie dwie istoty.

Jedna z nich nazywa się Księżyc.

Księżyc jest jak Wenus.

Jak noc.

Wielka noc.

Śniło mi się, że latałam po pokoju. To z całą pewnością był pokój nocny, rozświetlony elektrycznym światłem. A ja pod sufitem w euforii. Z tej radości wpadło mi do głowy, żeby zrobić zdjęcie. Pokazać światu, o proszę, patrzcie: latam. Podfruwam więc do stojącego pośrodku lustra, wyciągam aparat i już, już chcę pstrykać, gdy widzę, że w lustrze STOJĘ. Stoję? Przecież się unoszę! A jednak wyglądam, jakbym stała. Zdjęcie szlag trafił. Nic wam nie pokażę. Wszak zabronione.

Istnieje pewne prawdopodobieństwo, że znajdzie się wśród was ktoś, kto spyta, co ja właściwie robię nad jeziorem? Czemu opuściłam rozszalałe wody Oceanu Pomarańczowego? Otóż opuściłam rozszalałe wody Oceanu Pomarańczowego, ponieważ na Oceanie Pomarańczowym zbiera się huragan. I jest to huragan potężny, ten z rodzaju totalna destrukcja, amen.

(A propos. Wymyśliliśmy z Ziarnem nowy rytuał: – Ciało wirusa. – Amen.)

Zatem na oceanie wieje. Ale nie będę pisać o huraganie, bo nie o nim jest ten wpis. Nie odmówię sobie jednak wzmianki na temat Ewelin, która mi zarzuca, że piszę jak ujarana, gdyż nie poruszam spraw ważnych typu polityka, feminizm i coś tam. Ewelement zaś zauważyła, że w starym życiu wyprodukowałabym już conajmniej cztery teksty o tym, co w dobie zarazy dzieje się w rządzie i Ministerstwie Srerstwie.

Czuję się namówiona. Księżyc z Wenus mi wybaczą, gdy skorzystam z przysługującego mi prawa i na marginesie popełnię mały felietonik:

Banda baranów (dla moich przyjaciółek)

Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów.

Banda baranów, banda baranów, banda baranów.

Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów.

Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów. Banda baranów, banda baranów, banda baranów.

Banda baranów, banda baranów.

Baranów banda.

Banda baranów.


Wystarczy. Lapidarność rzecz święta. W Wysokich Obcasach był wymóg, żeby felieton zawierał maksymalnie dwa tysiące znaków. Zmieściłam się. Ale chodzi mi po głowie, żeby zrobić z tego piosenkę. Wpada w ucho. I ma laserowy przekaz. Totalnie w punkt.


Księżyc jest jak Wenus.

Jak noc.

Wielka noc.

Ktoś przez pomyłkę nadał jej rodzaj męski tylko dlatego, że nie ma końcówki „a”. W tym kraju jest nieustanny problem z końcówkami. Tymczasem: nieporozumienie! To jakby mnie nazwać facetem. A przecież istota Księżyc jest tak kobieca, że trudno znaleźć choćby skrawek argumentu dla tego zdumiewającego lingwistycznego zabiegu, przez który Księżyc to „on”.

Po ulicach WW jeżdżą karetki. Słychać zza wnęki międzywymiarowej. To jedyny możliwy sygnał wysyłany ludziom, żeby WIEDZIELI. Tak. Ludzie nie mówią do siebie słowami. Słowa już dawno straciły sens. Ludzie mówią sygnałem karetek pogotowia. Symbolami. Rebusami. Skojarzeniami.

Jak dusze z Kamiennych Kręgów.

Na soczystym granacie nieba Księżyc krzyczy wraz z Wenus. Dziwne, że krzyczą, bo przecież, choć się skupiam, a wokół cisza – słyszę tylko pożegnanie. Czy pożegnanie jest aż tak ważne?

W pokoju nocnym zaczyna wiać nudą. Obleciałam już sufit, zwiedziłam zakamarki, a lustro nie działa. Chwilę się jeszcze pobawię i lecę. Tam, na zewnątrz jest przestrzeń, tam sobie można poszaleć.

Tam jest jezioro. W jeziorze jest noc. I Wenus. I ONA. Dopełniająca do pełni, wypełniona roztopionym srebrem, magnetyczna, przyciągająca, totalna.

Pożegnania są ważne. Być może najważniejsze. W pożegnaniu można zostawić wszystko, ale można też wszystko zabrać. Pożegnaniem się wskrzesza i zabija. Nadzieją karmi. I głodzi.

Ostatnio sporo apeli. Gdzie nie spojrzeć, apele. Jak na spacerniaku. To wolno, tego nie wolno, zostańmy w domach, bądźmy razem, pomóżcie, do grobu złóżcie.

Nikt się nie żegna. Amen.

Robię ostatnią rundę wokół pokoju. Gdzieś tu, na ścianie musi być wyłącznik. Biały, plastikowy pstryczek elektryczek do gaszenia światła. Podlatuje, znajduję. Pstrykam.

I znikam.

Lajla tow. Noemi Susenbach
Part of painting

Home sweet home

Sytuacja jest taka. Leżę z misiem, przez okno wpada mi do kajuty odbita od pomarańczowej fali smuga Słońca. Wifi robi wszystko, żeby nie było łatwo, bo non stop wydaje z siebie dźwięki, które, owszem, niby nie są głośne, ale nie sposób ich zignorować. Coś jak Szaman, który się dziś rano przy śniadaniu (a warto wiedzieć, że jadłam omleta z nutellą i orzechami) dowalił, że coś tam twaróg. Się marnuje. Przeze mnie. Takie są realia. Człowiek nieuświadomiony żyje, beztrosko z misiem śpi, a tymczasem gdzieś tam czai się przycupnięty w rogu lodówki twaróg, który tylko czeka, żeby wpaść w ręce skanującego czujnie lodówkę Szamana, co tylko czeka, żeby znaleźć winnego, a właściwie winną procesu marnowania się twarogu.

I jeszcze do tego TA MIAUCZY!

Dobra. Sytuacja jest taka. Leżę z misiami, za oknem apokalipsa. Widziałam w internecie, jest już imię. Apsa. Ładne. Apsa zatem rozkręca się niczym huragan, ludzie – jak to ludzie: biegają we wszystkich kierunkach, Szaman się kłóci o twaróg, Wifi drze pysk, a ja wśród misiów. Ktoś by mógł skomentować, że cyrk, ale ja tam nie oceniam. Jest jak jest. Będzie jak będzie.

I JESZCZE na górze jakaś baba odkurza! Akurat teraz, kiedy Szaman się dowalił o twaróg i Wifi miauczy!

I teraz robimy tak:

Nie jakaś baba, tylko BaBa z PP.

Nie odkurza, tylko ogarnia porządki.

A Szaman sumiennie wypełnia funkcję ochmistrza.

A Wifi śpiewa, żeby mi miło było.

Podczas, kiedy ja leżę.

Z misiem.

Tym zdjęciem robię sabotaż.

Małe życie

Pamiętacie, jak mówiłam, że Pan Demonium się sypie? Zgubił w sumie cztery diamenty. Subiekt kulił się, jak kolejny raz wchodziłam z reklamacją (to było jeszcze grubo przed zarazą), ale zachował zimną krew. W tej chwili jest ze mną (Pan Demonium, nie subiekt) i milczy. Nic więcej nie chce powiedzieć. Rozumiem go. Najważniejsze już wiadomo. Chociaż czuję, że to nie wszystko. Że to dopiero początek.

Preludium.

Tymczasem na mojej Arce nadal wieje pustką. Owszem, mam dobre informacje: dwie osoby dołączyły do mojego kursu. Jedna z nich, Czerwony Wędrowiec, w ogóle mnie nie zaskoczyła. No, może trochę. Czerwony Wędrowiec zwykle przejawiał nietłumioną histerię wobec wirusów i bakterii, miałam więc lekkie obawy, że w obecnej sytuacji zwariował i przepadł w odmętach. Ale nie. Jest na stanowisku, trzyma ster i wygląda na ocalonego. Zajada się czosnkiem i mówi tak:

– Dajcie mi no tu tego wirusa! Czekam! Doczekać się nie mogę! Ha!

Druga postać jest kontrowersyjna. Trudno mi o niej pisać. Zdradzę tylko, że jest nią kobieta. Kobieta tak samo mi bliska jak daleka. Nazywa się Amma.

W chwili, gdy do mojej Arki dotarły wysyłane przez bezkres Oceanu Pomarańczowego sygnały, Amma była w rozsypce panicznej. Usłyszałam, że na mapie świata pojawiły się dwie dodatkowe czerwone kropki i jedną z tych kropek, według Ammy, stanowię ja. To się nazywa wiara w człowieka.

– Spokojnie, Amma, ja już dawno nie jestem człowiekiem. Nic mi nie grozi.

– Chlip, chlip!

Tego rodzaju rozmowa. Tymczasem dziś rano o piątej (!!!) budzi mnie Wifi, a budzi, kochani, łażąc mi po głowie, więc sprawa musi być poważna. Otwieram oczy i stwierdzam dwa fakty. Pierwszy jest taki, że leżę w kałuży gorączkowego potu. Drugi: mam powiększone węzły chłonne.

I teraz analiza. Bo przecież od miesięcy jestem sama jak palec, a raczej: jak trup. Nikt mnie nie odwiedza, z nikim się nie spotykam! Arka pływa samotnie po oceanie, a najbliższe sąsiedztwo pokoju dziennego oddalone jest o conajmniej jedno pokolenie. Jak więc do tego doszło!? Ten niespokojny orzeł: No? Wifi? Szaman? Wszystko wykluczone. Orzeł lata w górze, nie schodzi w rejony ludzkie, z nikim się nie brata, rzadko się odzywa. Do szkoły nie chodzi. Wifi to z kolei kot, zwierzę samotnicze, jeszcze bardziej wyobcowane. Jedyne żywe stworzenia, z którymi ma kontakt to świeżo wyklute sroki. I No.

Szaman z ludzkością ma niewiele wspólnego. Więc kto?

Ziarno! Ziarno się rozsypał, tak jak Pan Demonium się pogubił!

Ale Ziarno też się trzyma z daleka. Pisałam już, doczepił swój kantor do mojej Arki, pływa na dystans i wszelkie drogi kropelkowe między nami toną w Pomarańczowym Oceanie.

Czyżbym stanowiła to zarzewie, które tak trudno jest pojąć? Zarzewie wzięte znikąd? To jak kwestia stworzenia, ta odwieczna zawiłość powtarzana często przez dzieci: „ok, świat stworzył Bóg, ale kto, u diabła, stworzył Boga?!”.

Rzecz prosta, choć niepojęta. A wystarczy narysować koło. Bóg, a raczej świat się stworzył sam z siebie, tak jak ja teraz tworzę sama z siebie nie tylko tę baśń, ale także wirusa, który mnie w nocy atakuje naiwnie i ślepo, bo z motyką na Słońce się porwał.

Niemniej sprawy się komplikują. Bo teraz za cholerę na Arkę nikogo nie ściągnę. Teraz to już nawet nie chcę. Wszak nie lubię tłumów. A do samotności naprawdę da się przyzwyczaić. Tym bardziej, że ludzkość stanowi towarzystwo, jak obserwuję, mało wymagające intelektualnie. A towarzystwo mało wymagające intelektualnie to gwarancja nie tylko potężnej nudy, ale też mozołu. Bo trzeba to ZNIEŚĆ.

Dziękuję bardzo.

A te Chiny to też wiadomo było. Pan Demonium mi powiedział. Zresztą, Ameryki nie odkrył. A potem zaczął się gubić. Zgubił cztery diamenty. Co to oznacza? Na razie nie wiem. Ale się dowiem. Przy okazji, ktoś napisał na Facebooku, że coś tam skandal, bo jakaś baba w tramwaju jechała i zarażała. Rzecz jasna, ten kto to pisał również jechał tym tramwajem, ale za żadne skarby świata przecież nie zarażał, bo jest fajowym użytkownikiem Facebooka, a nie jakąś okropną babą. Najgorsze jest jednak to, że teraz nie wie, czy od baby nie złapał.

Pocieszające jest to, że się dowie.

Ale zanim się dowie, czas stanie. Ten marazm nie potrwa długo. Wkrótce nastąpi wybuch. To dobra wiadomość dla wszystkich żon, które z całego serca codziennie kombinują małą ucieczkę z domu do koleżanki (fitness, depilację, gdziekolwiek!), ale teraz nie mogą, bo kwarantanna.

To też świetna wiadomość dla wszystkich mężów, którzy za każde pieniądze wolą pracować, biegać maratony, trymować brody, niż pobyć z dzieciakami. Tym bardziej, że słowo „pobyć” nie jest niestety równoważne z wypowiedzeniem zdania: „Co w szkole?”

Można by utyskiwać teraz, że straszna szkoda, że nie zauważają, co jest ważne i tak dalej. Bez przesady. Zauważają. Nikt nie ośmieli się przecież podważyć ważności zarostu na twarzy w czasach, gdy osobnik tego samego gatunku depiluje całe ciało do ostatniego włoska. I to JEST ważne.

Niech sobie będzie. Bo małe życie, jak powszechnie wiadomo od kilku dni – samo się obroni.

LOL.

PS. Jeśli chodzi o przepowiednię, chętnie się podzielę. Będzie jak będzie.

PS2. Ewelement! Na śmierć zapomniałam!

Podmiot liryczny nieobecny

Miałam sen.

Serio stosuję przemówienie luterańskie? Człowiek zaskakuje przez całą wieczność. Choć nie mam pewności, czy nadal jestem człowiekiem, szczerze mówiąc mam raczej pewność, że nie jestem.

Do rzeczy. Miałam sen. Śnił mi się Wąż i Józefina. Z nią było jak z tym kotem, czarną panterą, co jej nie ma, choć jest. Bo Józefiny w tym śnie nie było wcale. To znaczy była, ale jako podmiot liryczny nieobecny. Boże, tylko ja tak potrafię zakałapućkać. Jeszcze raz. Śnił mi się Wąż wypowiadający o Józefinie te słowa:

– To NIE JEST TWOJA PRZYJACIÓŁKA.

Obudziłam się. W szarości poranka spojrzałam na frazę i jak to z szarością bywa: szczegółów nie stwierdzono. Obróciłam się więc na bok z myślą, że jasna sprawa, przyjęłam do wiadomości. W razie jakbym się kiedyś wahała – to cudowne objawienie przywróci czujność.

I zasnęłam.

A teraz, uwaga, śni mi się ONA. Idzie obok jak najbardziej obecna. Włosy roztrzepane na jedną trzecią miasta. Tylko jeden zgrzyt. NIE ODZYWA SIĘ.

No to ja kombinuję jakby tu się odezwać. Ale co nie powiem, to zaraz jakieś niepożądane towarzystwo słucha, bo jak to zwykle bywa – ciągną się za mną pielgrzymki.

Też tak macie? Lokal pusty, wchodzę, po minucie tłum. Park opustoszały, wejdę, w moment pięć rodzinek. No i teraz to samo. Chcę być z nią sama, żeby normalnie pogadać, a tu jakieś baby z dziećmi pod nosem się kręcą i niby NIE SŁUCHAJĄ.

I tak ją prowadzę przez te knajpy, parki, aż wreszcie na horyzoncie majaczy las.

Czy my kiedyś byłyśmy razem w lesie?

Byłyśmy!

Pokłóciłyśmy się. Pokłóciłyśmy się o jakąś kompletną pierdołę. Już wiem! Ja coś burknęłam zbyt ostro, a jej się przykro zrobiło. I zamiast przeprosić, to się nadęłam jak, nie przymierzając, kwoka.

Nie wiem, co się teraz kwoki czepiam. Nie jak kwoka, tylko jak ja, ta najtrudniejsza część mnie. Niekochana Nema. To taki skrót od Noemi, której nie ma. Ja mam dużo skrótów. Połapiecie się.

Ciągnę ją więc do tego lasu, bo przecież w lesie się kiedyś pogodziłyśmy po tym, jak się pokłóciłyśmy o nie wiadomo co.

No i się budzę.

Teraz tak. O co chodzi z pierwszym snem? Dane. Wąż coś wygłasza, a ja go słucham. Dobre sobie. Żaden kalkulator tego nie przeliczy, z eksela wywala od razu. Funkcja niepodzielna przez zero. Żadna. A jednak ja tu próbuje podzielić, skwapliwie tę bzdurę przyjmując. Przecież mu się to opłaca, żebym właśnie tak myślała!

A prawda jest taka, że nigdy nie miałam takiej przyjaciółki jak ona!

I wszystko co o niej napisałam, to jedna wielka bzdura wynikająca z potrzeby DRAMATU.

W Nadwymiarze się nie bluzga, ale ja mogę. Kurwa. Mać.

Być może niewiele osób wie o tym, że miałyśmy własny świat, świat dwóch spraw, do którego nie mieli wstępu INNI LUDZIE, bo zawsze, ale to zawsze, jak tylko ktokolwiek tam wtargnął, to go natychmiast obracał w proch.

Kiedyś siedziałyśmy trzy dni na tarasie (jak jeszcze miałam dom) i pryskałyśmy się pryskawką. Mimo czerwca, puszczałyśmy kolędy. Wpadło mi do głowy, żeby zrobić ognisko i na cześć lata spalić wszystkie czapki, ale na szczęście do tego nie doszło.

Basem ogrodowy chciałyśmy zażabić. Bawiłyśmy się w wojnę. Operację mi zrobili w szpitalu i po mnie przyjechała…

Może w Nadwymiarze się nie bluzga, ale ja mogę.

Kurwa mać!

PS. Nie gniewam się za tę schizofrenię. Jestem z niej dumna.

PS2. Nikt mnie tak nigdy nie rozśmieszał.

Pokój nocny

Bo my wcale nie jesteśmy żaden pokój dzienny. Pokój dzienny może nam ewentualnie nosić taborety. Jeśli pozwolimy

Łaaał. Chwila. Szukam słów. Międzygalaktyczna wojna gwiezdna? Starcie wszechświatów? Apokalipsa? Wszystko zgrane, zużyte, nieadekwatne. Za mało. Za mało słów, żeby opisać to, co się dzieje. I nieważne, w którym języku. We wszystkich językach świata – nadal za mało słów. Kiedyś pisano na skałach. Dwa symbole i konkret. Teraz całe lasy zamieniają w opasłe tomiszcza i nadal nikt nic nie kuma.

Wracając do sytuacji. Dane są takie: zagłada, wojna, koniec światów. Aby to poczuć, porównajmy do konkretnej katastrofy. Potop. Jest potop. Biegam gorączkowo po brzegu w poszukiwaniu drewna na łódź. O, przewrócony stół! Niech będzie. Ze stołu strugam naprędce arkę (bez instrukcji), (Szaman ogarnia), (Boże)… i w ostatniej chwili zabierają nas fale. Ale tam, w wodzie, rękami trzepią skazani na zagładę przyjaciele.

Ci serdeczni, z listy Zło.

Z przepowiedni pamiętam, że mam ludzkość ocalić. Koszty bycia kimś w rodzaju Noe. A więc działam. Szukam chętnych. Człowiek zawsze sięga po to, co już zna, a że ja znam najdoskonalej Węża i Józefinę (przepra za tamte złośliwości) – rzucam koło. Bez skutku. Właściwie ze skutkiem, ale marnym. Wąż jest tak zajęty wojną, że nie widzi zagrożeń. O Józefinie nic powiedzieć nie mogę, bo nic nie wiem. Brak danych. Nie widzę. Tylko czerń, toń, połyskujące fale.

Kuźwa, wiecie jak trudno takim stołem żeglować?!

Jeszcze jedno wyjaśnienie. Arka to nie tylko przedmiot wystrugany przez Szamana Mako z porzuconego na brzegu stołu w celu osiągnięcia jednostki pływającej. Łódź to symbol. Taki obrazek zamiast czegoś. Arka to tak naprawdę Miejsce – Czas – Sytuacja.

Relacja.

Doświadczenie.

Przeżycie.

No więc na mojej Arce na razie niezbyt tłoczno. Poza Szamanem (który co chwila odpływa w kierunku innych mórz) i Ewelement (która co chwila nura do wody daje, że ona SAMA) jest tu, oczywiście, No. Jest też nieodłączna BaBa z PP oraz jej pies. Raz na wieczność pojawia się też Szatan Kometa, ale on raczej z pozycji lotu, niż pływu. To chyba zrozumiałe.

Od kilku dni jest tu ktoś jeszcze. Ale zanim o tym KIMŚ napiszę, muszę choć wspomnieć, co się ostatnio działo.

No więc wojna, wojna, podkopy i strzelanina, strategia, plany. Nie będę zanudzać szczegółami, to dobre dla amatorów Czterech Pancernych i Psa. Mnie w wojnie najbardziej podobają się szyfry, kody, kryptonimy. Zagadki matematyczne, które rozwiązuje tylko TEN (lub TA), kto zna zasadę.

A zasada jest taka, że nie ma zasad.

Brak zasad nie ma nic wspólnego z brakiem moralności, bo to wiadomo. Pewnych rzeczy się nie robi. A to że przeciwnik łamie tę zasadę, nie oznacza, że wolno.

Zawsze, wszędzie, na każdej wojnie to samo. Mnie zawsze wojny nudziły. Teraz też mnie nudzić zaczęło, nawet kryptonimy spowszedniały. Czekałam już tylko JAKIEGOŚ rozwiązania, w dupie tam, mogę przegrać, byle koniec. Ile można się naparzać? Ale wojna trwa i trwa mać. Komuś na tym zależy. Bez względu jednak na wojenne gry przychodzi apokalipsa i zabiera nas z lądów Nadwymiaru. Jesteśmy więc zanurzeni w wodach wiekuistych i czekamy, aż Słońce łaskawie wyjdzie zza smolistych chmur.

Czarno wszędzie, głucho wszędzie. Co to będzie. Noc zlewa się z dniem, nikną horyzonty. Pod dnem oceanu zasypiam szczelnie. Zrywa mnie dwunastometrowa fala, z hukiem wyrzuca na pokład. Czyli blat stołu. Słabo?

Tymczasem pojawia się Ona.

Ale zanim się pojawia, mam rozmowę z No, która w całej swojej wyniosłej obojętności na moje zmagania z odmętem (pamiętacie, No jest skrzydlatym Kosmicznym Orłem), raczy mi czasem rzucić jakiś fragment, ziarno słowa, a robi to tak precyzyjnie, że owo ziarno pada na najdoskonalszą glebę i zaczyna się kiełkowanie mocy.

A trzeba widzieć, że po (Boże, ile to już trwa?) tak długim zmaganiu się z PRZECIWNOŚCIAMI LOSU, padam na twarz.

– Jesteśmy z pokoju dziennego, Nemo.

– Co to: pokój dzienny?

– Pokój dzienny oznacza taki super styl. Czyli że fajne jesteśmy.

– A. A kto tak zdecydował?

– Chyba jakaś blogerka. Widziałam ją w pokoju dziennym właśnie. Na zlocie Ludzi Wystrzelonych w Kosmos z Fajności. Pływają tam, na trzynastej.

– I co ta blogerka?

– Nic. Powiedziała, że kto jej nie lubi na Insta, musi opuścić pokój dzienny.

– Co zrobiłaś?

– Wyszłam.

– Dobrze. Bo my wcale nie jesteśmy żaden pokój dzienny. Pokój dzienny, droga No, może nam ewentualnie nosić taborety. Jeśli pozwolimy. My jesteśmy z pokoju nocnego. A raczej: bywamy.

– Dobrze.

Po tych ustaleniach spotkałam się z Ziarnem. Ziarno doczepił do naszego stolika ten swój kwiaciarnio-kantor i ciągnie ze sobą na przemian: Julię lub Agatę. Jestem mu trochę wdzięczna, bo to jednak żeglarz, w razie czego może pomóc. Natychmiast mu powiedziałam.

– Wiesz, Ziarno, co to pokój nocny?

– Weź nic nie mów, ja na kancelarii siedzę!

Fakt. Ziarno w moim Pałacu Myśli zajął kancelarię. Słowo o Pałacu Myśli. Oczywiście, że wiem, że to jest pałac pamięci. Ale zrozumcie. Mam niesamowitą potrzebę stosowania skrótów. Jeślibym używała zwyczajowej nazwy pałacu, wdarłby mi się konflikt z niejakim PP, który nie powinien reprezentować czegoś tak doniosłego jak mój Pałac Myśli. Mam nadzieję, że wyrażam się jasno.

PP. Wymyśliłam na niego sposób. Kiedy szczeka, wyobrażam sobie, że robi to w rytm piosenki PP wróć. Budzi to we mnie wyłącznie pozytywne emocje.

Już nie chcę go zabić.

Dobra, wróćmy na ocean. Na Arkę Noemi. Do pokoju nocnego. Pokój nocny ma to do siebie, że nie wystarczy go polubić. Ważniejsze jest to, czy pokój nocny lubi.

Ale najważniejsze, że w pokoju nocnym króluje Ona.

Niewiele jeszcze o niej wiem. Pojawiła się zupełnie nie wiadomo skąd. Według moich ustaleń – wdarła się przez sen. I od razu zajęła cały pokój. Nocny.

Jest czarna. W mroku jej właściwie nie widać, tylko oczy świecą żarem. Na pewno groźna, bo to dziki kot. Puma. Kuguar.

Siedzi i pomrukuje, a z treści pomruków wnioskuję, że interesuje ją głównie zabawa. Ale wymagania co do zabawy: z kosmosu. Nie wystarczy piłeczka pingpongowa, czy jakieś żenujące świecenie laserem. – Wysil się – zdaje się pomrukiwać mrok w niejasnej części pokoju.

NOCNEGO.

Zastanawiam się, czy to nie jest nowe wcielenie ocetolota Nuny, która, jak pamiętacie, uwielbiała znikać. Znów znikła jakiś miesiąc temu i tak oto (tu się domyślam) powędrowała ku małej śmierci. A śmierć, zwłaszcza mała, dokonuje wielkich zmian. Białą przytulankę zamienia w mroczną bestię. Proste.

Albo może to Sechmet, znudzona rzezią, szukając w istnieniu większego sensu niż zabijanie, wskoczyła do sypialni się pobawić?

Nie wiem.

Grunt że mam na pokładzie zblazowanego kuguara, który z pewnością nie przyszedł tylko po to, żeby spać. Kuguar wywraca do góry nogami taborety, zamienia literki, robi totalny bałagan i za nic nie przeprasza.

Chętnie pozuje, pod warunkiem jednak, że pozowanie odbywa się w absolutnej ciemności. Trudno nakarmić kocie ego, gdy można się jedynie domyślać, jak wygląda. A jednak kategorycznie domaga się portretów.

Miałam w życiu do czynienia z narcyzami, ale to już przechodzi ludzkie pojęcie. Kiedyś czytałam Życie Pi – facet w szalupie z lwem bengalskim. Na oceanie. Niespokojnym. Tymczasem ja na oceanie oceanów, na samym Oceanie Pomarańczowym (znikąd lądu), z ewidentnie szukającym zaczepki kuguarem, który jednym ruchem może zedrzeć ze mnie skórę.

Ot, choćby dla upragnionej zabawy. Dla tych siedmiu drańskich sekund frajdy, która przecież może nie przyjść nigdy, jeśli się tej skóry nie zedrze.

Ze mnie.

Pisać nie mam siły. Mogę tylko rysować. W dodatku zmuszona jestem do rysowania wyłącznie jednej postaci, która chyba tylko dlatego że ją rysuję – jeszcze mnie nie zjadła.