Mała Księżniczka

Pochodzi z planety o nazwie Purpura. Jej historia nie kończy się ukąszeniem przez żmiję, przeciwnie. Jej historia zaczyna się ukąszeniem przez węża. I prawdopodobnie nie kończy się nigdy, tak jak nie kończy się droga biegnąca po okręgu. 

Czym wszakże różni się koniec od początku? Czy jeden i drugi nie stanowi siebie nawzajem? Cóż, Mała Księżniczka jest dziewczynką, a dziewczynki są z natury silniejsze, co pozwala im przetrwać niejedno ukąszenie, co z kolei pozwala koniec nazywać początkiem. A dopóki koniec jest początkiem, dopóty droga biegnąca po okręgu tonie w kwiatach. Nie są to żadne róże, ale stokrotki, niezapominajki i mlecze. Mniszki lekarskie. Babki lancetowate. I szałwiodziurawce. 

Podróże zakazane! Od kiedy na Ziemi wybucha panika z powodu bliżej niezdiagnozowanej choroby, statki kosmiczne przestają latać. Purpura oddycha bez maski. Oddychałaby jeszcze lżej, gdyby nie ziemskie kosiarki spalinowe, piły łańcuchowe oraz ciężarówki wywożące tony śmieci każdego dnia bez wyjątku po sześć na placówkę z czterema kubłami. Nie wiem zresztą dokładnie, musiałabym policzyć, ale nie chce mi się wychylać głowy z atmosfery. 

Atmosfera Purpury ma barwę turkusu. 

Baobabów nie stwierdzono. Wiadomo jednak z całą pewnością, że rosną tu gorejące krzaki. Gdyby zarosły całą planetę, pewnie by spłonęła i cześć. Ale nie zarosną, bo rządy sprawuje kobieta. I niech ten argument wystarczy. 

Czy Mała Księżniczka ma jakichś przyjaciół? Całe mnóstwo. Nie mają profilów w internecie, milczą niezapytani, a zapytani – też milczą. Są zbudowani z kamieni, szmatek lub sierści. Od tych w internecie różnią się tym, że mają duszę. Duszę ma bowiem ten, kto z niej się nie odarł. 

Czasem na Purpurze pada deszcz. Nie jest to zwykła ulewa, nie jest to żadna mżawka. To burza. Z piorunami. Z zsynchronizowanym wybuchem wulkanów. Trzęsieniem płyt tektonicznych. Apokaliptycznym huraganem o barwie niebieskiej, rytmiczną zagładą. Giną wtedy wszystkie żale, umierają w rozpaczy smutki. Przytwierdzone do skał drabiny lecą w bezdenne przepaście. A potem zapada cisza. I znowu, od nowa, po drodze – teraz już innej – w nieskończoność okręgu mknie nigdy nie znudzone sobą życie.

Zaczarowany młynek

Śni mi się purpura w kolorze turkusowym. Jakkolwiek to brzmi, stanowi tajemnicę. Bo nie wiem. 

Z rzeczy przyziemnych: przydałoby się posprzątać. Może by się znalazł młynek, w którym na pewno jest trochę zioła, akurat na jednego buszka. Ale nie chce mi się. Znaczy, zapalić: owszem, bardzo poproszę. Ale sprzątać nie. Jestem leniwa jak zodiakalna krowa, leżę i zbieram pyłki z powietrza, wzbudzony porankiem srebrny kurz wdycham zamiast marihuany i mam katatoniczny odlot. 

Oto lecę w kosmos. W tym kosmosie tworzę świat, planetę bez ludzi, bez śmieci, bez kosiarek, bez alarmów i bez masek. Wśród zieleni turkusowej, w samym sercu dżungli lśni w słońcu purpurowy zamek, a tam, na balkonie podniebnym, w jedwabiach, aksamitach: ja. Bujam się w hamaku i palę fajkę, której zawartość nie kończy się nigdy, gdyż odnaleziony młynek jest zaczarowany i mieli w nieskończoność kosmiczne THC. 

O żadnych królewiczach, rzecz jasna, nie ma mowy! A jeśli by się cudem jakiś przybłąkał – z balkonu zastrzelę, z łuku. Konia sobie zostawię. Białym galopem będę mknąć przez knieję planetarną. Do jeziora! W turkusie się zanurzę, w wodzie się rozpuszczę, w potoku się rozszemrzę. 

A potem wyparuję.
A potem spadnę burzą.
Aż wreszcie zniknie wszystko.

Nawet Księżyc. 

W aksamit się zawinę
i zasnę. 

Przyśni mi się maleńka planeta. W kolorze purpurowym. Z okiem jeziora o barwie turkusu.

Tresowanie rekina

Nie chodzi tylko o to, że pojawia się rekin. Wszak towarzyszy od zawsze. Swą nieobecnością, rzecz jasna. Choć, faktycznie, większość czasu go nie ma, to jednak niezaprzeczalnie JEST. Przenika, budzi, nachodzi. Każe tęsknić. A potem…

Żeby tylko zjadł, pożarł, zabił. Pół biedy. Ale nie. 

On się lubi pastwić, szarpać i znęcać. 
A więc się znęca i bada. 
Czy ofiara krwawi?
Czy nie pomóc aby? 
Bandaż podać, opatrzyć?

I nagle trach, szast – prast, szczęki dwa. 
Wypełnia rekinim DE-EN-A. 

Niepojęte zmysły zaczynają działać. Węch węszący z innego oceanu. I ten wyczulony na ruch, zryw, kierunek, atak. Trach, szast-prast, szczęki dwa. Ulalala…

Linia boczna. Szósty zmysł. Dobrze jest mieć coś na boku. Czuć na odległość dotyk. 

Rekin jest w ciągłym ruchu. Nie zatrzymuje się nigdy. Gdy się zatrzyma, choć to brzmi kuriozalnie: tonie. 

PS. Podobno ten gatunek jest starszy od dinozaurów. Długo sobie radzi. Aż do wynalezienia zupy. 
PS2. Czy rekin może być piękny? Nie może być. Jest.

Matura, dzień pierwszy

Znam prawidłowe odpowiedzi. I wiem, że są nieprawdziwe. 

9:30.

Czasem rozmawiam z Bogiem. Lubię te rozmowy. Są zawsze korzystne. Ja: „Muszę iść na floating!”. Bóg: 

NIC NIE MUSISZ. 

I dwie stówy w kieszeni. 

9:37

Idę zapalić. 

Szelest

Sny mówią, co robić. Dzisiejszy sen każe nie robić nic. Odpoczywaj, szepcze wśród nocy, odpoczywaj, powtarza nad ranem. Żadnych walk, żadnego mozołu. Żadnych starań, wspinaczek, wysiłków. Tylko słońce, łóżko, leżak w ogrodzie, herbatka, kawałek ciasta, najlepiej makowiec, bo usypia. A z herbatek: melisa. I buszek na uspokojenie. 

Ludzie

Ludzie biegają we wszystkich kierunkach
Bez celu
Jak przestraszone żuki

PS. Lubię u ptaków ten ledwo słyszalny szelest piór. Wydobywa się tylko z aksamitnej ciszy lotu. 

Szelest. Noemi Susenbach
(olej na płótnie)

Przepraszam

A więc przepraszam. Za każdą krzywdę, każde słowo, każdą dręczącą mnie myśl. Za każdą chwilę, którą poświęcam nie sobie. Za smycz na swojej szyi, za własną niewolę. Za żal, którego wyrwać z siebie nie umiem, bo wnika zbyt głęboko – do mikrootworów w kościach, do ich gąbczastej tkanki. 

A więc przepraszam. Za pretensje. Za zbyt niską ocenę. Za ocenę w ogóle. Za ustępstwa i na wszystko zgodę. Cztery browary wieczorem. Pół paczki fajek. I wysokie obcasy rujnujące mi zdrowie. 

Przepraszam. Że wybaczyć nie mogę. Chłodu, dumy, milczenia. I przełkniętych łez.

Przepraszam. Noemi Susenbach
(olej na płótnie)

Dom

Mam już kilka tekstów do tego obrazu, ale tak mi się podoba, że postanawiam napisać kolejny. 

DOM. Z pierwszego: uciekam. Rzecz się dzieje pod osłoną nocy, w ogniu walki o godność. Z drugiego, gdzie odgrywam rolę niezwykle poważną – również uciekam. Tu już nie ma miejsca na walkę, walka z mężczyzną jest nierówna i niesie zbyt dużo ofiar. Nie potrzebuję ofiar, potrzebuję wolności. Przestrzeń między Ziemią a Kosmosem jest zbyt kusząca, by dźwigać balasty. Zostawiam więc wszystko i unoszę się ponad. 

DOM. Ile kosztuje wynajem gniazda? Ceny spadają, bo covid. Ach, załamanie rynku, jaka szkoda! Tu w lesie jest szałas, ktoś mieszka pod kocem, kimś przestał interesować się świat. Na plebaniach zbyt duże są brzuchy, bo bezdomnego pomieścić. A na Garnizonie lofty. Za milion. 

DOM. Lubię być niewidzialna, znikać wśród drzew, rozpływać się w chmurach. Widzę wtedy pióra. Słyszę rozmowy elfów. Dziś tu, jutro tam. Las mnie prowadzi zawsze gdzie indziej. Z góry widać kręgi koron królestwa, które jest jednocześnie moje i nie moje. Jak wszystko. 

Dom. Noemi Susenbach
(olej na płótnie)

Strach

Człowiek tak bardzo się boi, że ze strachu niszczy wszystko dookoła, by mu nie zagrażało. Istnieje więc spora szansa, że faktycznie wreszcie wszystko zniszczy, dzięki czemu umrze, co uwolni go od nieznośnego lęku. 

Stoję w piekarni, wchodzi pięciu mundurowych, atmosfera aż gęsto, sprzedawczyni nóż wypada z ręki brzdęk o podłogę, zimna krew, tylko zimna krew, gdy nagle jeden z nich zabiera głos, mianowicie radzi, abym założyła maseczkę. Pieszczotliwie i z wielką troską. Chyba się o mnie martwi. 

We wczorajszej torebce, owszem, mam z koronki czarnej, niezwykle adekwatną, lecz wieczorową, a tymczasem poranek, ja prosto z lasu, jeszcze szyszki w kapturze, więc am sorry, nie posiadam. Ale dziękuję serdecznie i do widzenia. 

Znaczy: żegnam. 

Noemi Susenbach

Ocena niedostateczna

Znów śni mi się szkoła, praca domowa w holu, szybko, zaraz lekcje, ledwo brnę przez pierwsze zadania, jakieś tłumaczenia z rosyjskiego na angielski, siedem milionów stron plus matma, wykresy, funkcje, nic nie rozumiem, pół książki zadane, sprawdzam, nie mam książki, jest tylko polski, opasły tom bzdur sprzed wieków, komu to potrzebne, po co to wszystko, już nie mogę, nie dam rady i znów ta myśl, déjà vu, znikąd pomocy, donikąd droga, jedyne wyjście: ucieczka.

Coś mi jednak każe zostać. Posłuchać. Popatrzeć. Najwyżej mnie ocenią

No i co?

Koty pod łóżkiem

Sława to takie zjawisko, które polega na tym, że non stop napierdala telefon. Nie, nie dzwoni, dzisiaj telefony mają dużo więcej funkcji niż samo dzwonienie, samo dzwonienie jest właściwie tylko retro dodatkiem do wielopoziomowości komunikacji werbalno-wizualnej z nowoczesnym wszechświatem. A więc sławnemu człowiekowi telefon, powtarzam: napierdala ze wszystkich stron i na wszystkich kanałach i nie ma od tego ucieczki. 

Niesławnych ludzi telefony milczą. Śpią bezgłośnie jak koty pod łóżkiem. Czasem miaukną zbłąkanym esemesem, wymruczą jakiś horoskop. A potem znów zwijają się w sen, obdarowując świat cudem błogości ciszy. 

To kto się lepiej bawi?