Gwiazda, której nikt nie widział

Śmierć to tabu, przemilczany temat. Albo odwrotnie: woda na młyn. Można ją przehandlować na tekst w gazecie, albo rozmienić na drobne rzucone księdzu. Użyć. Wykorzystać. Wybory wygrać. Płytę sprzedać. Lajka dostać. Pohisteryzować na tyle, na ile się opłaci. A potem zużytą wyrzucić, wzgardzić. Przykryć foliową plandeką. Zakopać. Zapomnieć. 

A co z poezją śmierci? Co z jej magią?!

Pamiętacie czasy, gdy się zapalało świeczki i w ciemnościach, na słuchawkach, żeby stara nie pruła – słuchało Dead Can Dance? Sisters of Mercy? The Cure? Pamiętacie ten mrok, który nikogo nie przerażał, nikomu nie szarzał życia, przeciwnie: nadawał koloryt?

Co z tego, że czarny! Czy ktoś odmówi czerni elegancji? Czy ktoś zarzuci czerni jakikolwiek brak? 

Nie bez powodu istnieje pojęcie ciała doskonale czarnego. W czerni bowiem tkwi perfekcja, tajemnica domknięcia wszystkich barw świata. Czarny to jednocześnie wszystko i nic. Największa gęstość i najmniejsza powierzchnia. Kategoryczność grawitacji. Totalna niewidzialność.

Niedościgniony paradoks słynnego zdania: „ciemność widzę!” do dziś nie został pokonany w dialogach. Każdy by chciał. Każdy by marzył. Być ujrzanym i nie istnieć. Istnieć i być niewidzialnym. Do wyboru, do koloru. Jedynego. Najlepszego. Czarnego. 

Podobno jest taka gwiazda, której nikt nie widział. Nazywa się Nemezis. Jej potężna grawitacja wyrywa z orbit ciała niebieskie, które krążą gdzieś poza naszą świadomością, dopóki wyrwane ze swojego toru nie zmienią kierunku. Być może to właśnie jej znudziło się panowanie gadów i postanowiła zmieść ich z powierzchni Ziemi jednym niedostrzegalnym ruchem woli wyrywając z toru pokaźny meteoryt. 

Czerń Nemezis ma niezwykłą moc. 

Czerń Nemezis ma moc śmierci. 

Hałaśliwa pstrokacizna tandety wyparła z życia szlachetność śmierci. Ludzkość o niej zapomniała. Jakby jej nie było, jakby nie istniała – niczym kolor czarny. A przecież jest. Na każdym kroku. Codziennie. 

Wczoraj, dziś, jutro. 

Byliśmy, jesteśmy, będziemy. 

Umieraliśmy, umieramy, umrzemy. 

Czy ktoś odmówi jej elegancji?

Wieża w ogniu

Ktoś może zapytać, jak Wifi zareagowała na obecność Nuny. Odpowiedź jest oczywista. Wifi zareagowała na obecność Nuny jak typowy kot. Nijak. 

Koty maja osobowość perfekcyjnie odizolowaną od wszystkich innych osobowości. Koty to wyspy nie tylko bezludne, ale też bezkocie, bezpsie, doskonale pozbawione jakichkolwiek wpływów lądy bogate za to w ptactwo, myszy i ważki. Konkretnie: w kocim świecie nie ma nikogo, kto by kotu przeszkadzał.

Gdyby tylko ludzie odrobinę zmądrzeli, mogliby nauczyć się od kotów tego dystansu. Niestety, na wszystko się zanosi, nawet na koniec świata, ale na to, że ludzie zmądrzeją: kategorycznie nie. 

Koty nie przejmują się więc innymi kotami, choćby to były same ocetoloty, czy inne serwiwale. 

Żaden kot nie bierze do głowy tego, co sobie o nim inny kot pomyśli. W jego kryterium wartości nie ma więc miejsca na plotki, a fakt, że w ludzkim świecie istnieje takie zjawisko jak dziennikarstwo (opłacane i to słono opłacane plotkarstwo, które nadaje potężny sens istnienia, wywołuje żywe reakcje, wypełnia czas spotkań, rozmów, a nawet winduje lub niszczy życie ludzkie) – mógłby doprowadzić kota do takich spazmów śmiechu, że biedny by się udusił. 

Na szczęście kot w ramach ekspresji emocji, zdecydowanie wybiera ziew. 

Dlatego właśnie Wifi na widok Nuny ziewnęła, po czym zamknęła oczy i poszła spać. Miała prawo. Dopiero co rozłupała jakiegoś nieszczęsnego gołębia, którego truchło leży teraz pod oknami mieszkania Wió i drażni Sąsiadkę z PP. Sam pies PP od jakiegoś czasu siedzi cicho, ciało gołębia daje mu do myślenia, nie jest wszak dużo od gołębia większy, za to głośniejszy w cholerę. Pamiętajmy też, że pies nie ma skrzydeł. Krótko mówiąc: PP jest w tak zwanej „D”. Nie zadziałało palenie świec żywota, kot wziął sprawy w swoje pazury i dał radę. Cisza jak makiem zasiał. 

Nuna za to chodzi ze mną krok w krok, zwiedza okolicę, była nawet w kawiarni, gdzie ludzkość oszalała na jej widok. No tak. Ludzie szaleją na widok kota, ale za cholerę się od kota nie uczą. 

Ludzie w ogóle się niczego nie uczą, choć w kwestii rozwoju robią histeryczne halo. Organizują warsztaty, sympozja, wykłady. W tym celu muszą przede wszystkim wydać kasę. Człowiek musi wydać kasę, żeby ujrzeć sens w czymkolwiek. Zapaćkać internet ogłoszeniami. Zdjęć napstrykać. Dyplomów nadrukować. Pooznaczać się ze znajomymi. Plakatów, ulotek, reklam narobić. Nie mówiąc już o czymś takim jak gadżety. Catering. Pokazy akrobatyczne. Hotele pięciogwiazdkowe. Baseny. Sauny. E tam, baseny, sauny. Zajęcia fitnes! Odchudzanie! Oczyszczanie jelit!

Mindfullness.

Kołczing. Srołczing.  

Wegejogozen.

Kiedyś miałam okazję być na czymś takim. Nazywało się to Kongres Kobiet. Feministyczny zjazd w celu pitolenia o sprawach, które tak naprawdę wszyscy mają dokładnie tam, gdzie jest PP. Zjechało z wielkich miast redaktorek i innych celebrytek tłum. Każda hotel za kupę szmalu dostała. Wino, kolację i diabli wiedzą co jeszcze. Telewizja, gazeta, zdjęcia na ściankach. Szumu narobiły, a kobiety jak klepały patriarchat tak klepią.

Ja, mili państwo, niczego nie oceniam. Swoje przeszłam. A wy róbta co chceta. Idę do Ziarna pogadać. W jego kantorze dziś młyn. Przed świętami szajba. Wino kupują. Skrzynkami. Nagle wchodzi facet, przedstawia się jako naukowiec fizyk. Czujnie badam, czy to aby nie Albert Einstein, bo jak wiecie – kantor stoi na krawędzi światów i wszystko jest możliwe. 

Facet jest tak samo szalony i tak samo ekspresyjny. Typowy naukowie fizyk. Albert Einstein. Gada i gada. Że promieniowanie pięć gie, że nie ma ratunku, że rolety na oknach specjalne montuje przed zagładą. Nastawiam uszu. A ten jak nie wypali:

– Trzy dni temu śniła mi się arka. 

– Arka? – prostuję się gwałtownie na krześle.

– Tak, potop. 

– Niemożliwe!

– A jednak. Śnił mi się potop, woda zalała świat. 

– Niech pan opowie!

– Woda zalała świat, bo się wszystko roztopiło na skutek zmiany magnetyzmu Ziemi. Raz na trzynaście tysięcy lat takie rzeczy się dzieją.

– I co? I co?

– Jest tylko jedno miejsce, w którym można się schronić. 

– Jakie to miejsce?!

– Arka. To nie jest żaden statek. To po prostu geografia.

– Gdzie to jest?! 

– Tego nie wiem. Jeszcze. 

– A co z magnetosferą?

– Wiatr słoneczny pokona osłabioną barierę magnetosfery. Zapali wszystkie przewody elektryczne. To się stanie oczywiście jeszcze przed powodzią.

W tym momencie przypomniał mi się mój sen. Dawno, dawno, gdy jeszcze żyłam, śniło mi się, że lecę przestrzenią kosmiczną. W jej czerni widzę białą wieżę. Wieża jest piękna, pełna blasku, spowita błękitną poświatą. Żeby do niej wlecieć, muszę rozbić kryształową szybę. Kryształowa szyba to… pole magnetyczne! 

Tak. 

A biała wieża to planeta Ziemia. 

Przelatuję przez rozbitą szybę, wlatuję do środka. W wieży stoi ołtarz. Hej, bóg, pozdrawiam niewidzialną istotę, bo przecież jak jest ołtarz, to musi być i bóg. Tymczasem ten „bóg” posyła pocisk, który trafia mnie prosto w serce! 

– Oż ty, kuźwa twoja mać! – klnę po rosyjsku, co konkretnie brzmi: A paszoł na chuj!

I oburzona wylatuję z wieży. A gdy jestem już w bezpiecznej odległości, odwracam się i z ramienia wypuszczam serię strzałów prosto w jej kierunku. 

Trafiam bez pudła. Wieża staje w ogniu. Pomarańczowe płomienie wybuchają jak najbardziej spektakularne fajerwerki świata. Płonie błękitna planeta piekielnym ogniem apokalipsy. A taka ładna była…

– Proszę pana, proszę pana! – wołam Einsteina, gdy ten z butelką wina wychodzi z kantoru. 

– Słucham? – Einstein staje w drzwiach. 

– Po co panu wino?

Biez pał litra nie razbieriosz.

Mroczna przepowiednia

Powiedziałam Ewelement o mojej wizji. Od razu zaczęła węszyć podstępy. Na pierwszy ogień poszła, rzecz jasna, Nemocja. Że to przez nią, że to ona winna, coś tam. 

– Ona cię zabije! Pamiętasz, jak rozbiła talerz, przysłała mroczną kobietę, cały zastęp demonów?! Ona cię zabije…

– Nie. Taki plan by się nie realizował, gdyby miał się tak głupio skończyć. 

– Hm… To jak pokonasz Nemocję?

– Nie pokonam jej. Nawet nie zamierzam. Z demonem się nie walczy. Z demonem się tańczy. Warunek jest tylko jeden: nie wolno się bać.

– Jak można nie bać się demona? 

– Można. Wszystko można. 

– Sama słyszałaś: myślisz, że ludziom wszystko wolno? Bóg zapowiada ludziom zagładę!

– Mnie to nie dotyczy. 

– Jak to możliwe?

– Tak. 

Ewelement zamilkła na chwilę, ale wciąż była poruszona. Uznałam, że to dobry moment na włączenie muzyki. W Nadwymiarze jest muzyka i to bardzo dobra. Wybrałam płytę „Aenima” zespołu TOOL. Stare, ale świetne. No i straszliwie straszne. Można jeszcze bardziej nastraszyć tego zabawnego „Prosiaczka”, jaki tkwi w Ewelement. Uwielbiam ludzi, którzy się boją. To takie słodkie, dziecięce. Sama chciałabym się czasem trochę bać. Ale nie mogę. Wolfgang mi zabroniła. 

– Kim jest Nemocja?

– Nocą. 

– A ty?

Tym razem ja zamilkłam. Od pewnego czasu prowadzę bardzo poważne śledztwo w tej sprawie, a wnioski wciąż stoją pod znakami zapytania. Owszem, mogłabym udzielić odpowiedzi. Problem polega na tym, że nie wiem, którą wybrać. 

– Jestem Noemi. NOEMI. Rozumiesz?! 

– Noe to tylko skrót…

– Na razie wystarczy i to aż nadto.

Nienawidzę mieć misji. W ogóle nie znoszę zadań. Gdy jeszcze żyłam, pracowałam w urzędzie gminy. Gruba historia. Na szczęście skończona. Warto umrzeć, żeby nie pracować w urzędzie gminy, jak Boga kocham. Napisałam kiedyś książkę o tym. Pewnie gdzieś krąży w WW, można przeczytać. MA-SA-KRA. Gdy więc przeszłam przez Bramę Raju, na serio odetchnęłam.  

Misja Ocean z kolei mnie nie przerażała, bo była całkiem przyjemna. Dzielić się z ludźmi szczęściem – super. Ocean Pomarańczowy jest nieskończony, starczy dla wszystkich. Nie spodziewałam się jednak, że jest druga strona medalu. Nie spodziewałam się, że szczęście można odrzucić. A kiedy odrzuca się szczęście – ono się odwraca. Kiedy zamyka się Trzecie Oko, powstaje czarny oczodół. Ocean Pomarańczowy jest ciepły i piękny, ale gdy się nim wzgardzi – zrywają się potężne fale gniewu. 

– Ewelement…

– No?

– Co mnie to wszystko obchodzi? 

– W sensie?

– Dawno już umarłam, pływam sobie na pompowanym flamingu po Oceanie Pomarańczowym, rozmawiam z drzewami. Szaman wraca z mórz i kradnie dla mnie diamenty…

– Diamenty się gubią. 

– Ludzie też…

Teraz zamilkłyśmy obie. Chwilę to trwało, w końcu całkiem już przerażona Ewelement wykrztusiła:

– Przeciwstawisz się Słońcu?

Wiedziałam, że o to zapyta. Wiedziałam też, co mam odpowiedzieć. Klasycznie, wbrew wszelkim naukom, pytaniem na pytanie:

– A co zrobiła Sechmet?

Sechmet – wyjaśniam raz jeszcze – zbuntowała się bogu Ra. Bóg wysłał ją na Ziemię, by przywróciła porządek wśród ludzi, którym już całkiem odbiło. Sytuacja jakby współczesna. Sechmet pod postacią lwicy zstąpiła na ziemski padół i jęła przegryzać ludziom gardła. Spodobało się jej to zajęcie. I choć ludzie obiecali poprawę, a bóg Ra dał znak na zakończenie akcji – Sechmet wcale nie zaprzestała rzezania. Padł dziki strach zarówno na ludzkość, jak i na bezradnego boga. Tylko Sechmet bawiła się setnie. A potem została… 

Ewelement zbladła. 

– Chcesz zostać bogiem?

Czasem ludzie zadają takie pytania, że łeb urywa. Nie, nie chcę. Nie chcę być bogiem, a ty nie chcesz być przyjaciółką boga. LOL. 

Porzuciłam jednak sarkazm i zmieniłam temat. 

– Śniły mi się statki. Puste, stare, zardzewiałe, dryfujące bezpańsko po morzu. I dzieci. Same dzieci, bez rodziców, bez dorosłych… 

– Kryształowe dzieci?

– Jeden z nich, chłopiec z jasnymi włosami i niebieskimi oczami, wziął mnie za rękę, poprowadził wgłąb wzburzonego morza, na którego brzegu stał kontener ze śmieciami. 

– Ludzie w chwili apokalipsy wykombinowali, że pozbędą się śmieci, które zabierze woda?

– Bez komentarza. 

– I co ten dzieciak?

– Pokazał mi to. 

– Co?

– To było jakby za siatką, za ogrodzeniem… w tym morzu, staliśmy na płyciźnie. 

– Co było za siatką?

– Za siatką skończyła się płycizna. 

– Co było dalej?

– Otchłań. 

– Koniec?

– Śmierć…

Ucichła płyta TOOL-a, powietrze wypełnił potężny szum wiatru. Huraganu. I nagle usłyszałam brzęczenie owada, nieznośny, metaliczny bzyk jakiegoś obrzydliwego insekta. Rozejrzałyśmy się po mieszkaniu Wió. Nie, to nie owad. Spojrzałam na Zarę Li. Leżała nieruchomo. Nagle zrozumiałam. To dźwięk przeskakujących iskier wysokiego napięcia, dochodzący nie wiadomo skąd. Huragan się wzmagał, szum zamienił się w huk. Powietrze dziwnym zrządzeniem niejasnych sił jednak stało. 

– To tylko dźwięk… – szepnęłam do przyjaciółki. – To tylko mroczna przepowiednia.

Gdy tylko to powiedziałam, huk przepadł. Z kakofonii wydobyło się teraz basowe, wszechpotężne, cyfrowo rytmiczne bicie olbrzymiego serca. 

– Czy wśród tych dzieci była Kalinka?

Jeden z nich, chłopiec z jasnymi włosami i niebieskimi oczami, wziął mnie za rękę, poprowadził wgłąb wzburzonego morza…

Noe to tylko skrót

Niemal każdy człowiek ma telefon komórkowy. Z tym telefonem jest straszliwy ambaras, bo dzwoni non stop, w kółko właściwie i człowiek ma serdecznie dosyć, chciałby go rozbić na kawałki, zniszczyć, zakopać. Jednak tego nie robi. Odwrotnie. Kupuje etui, uważa, żeby nie spadł. Mało tego. Wciąż kombinuje, jak tu sobie sprawić lepszy, jeszcze bardziej dzwoniący. 

Sprawia. 

Nie działa. Ledwo kupiony, już zepsuty. Zamiast przystojnego bruneta, dzwoni baba ze skarbówki. Nie tak miało być. Znów więc go trawi pragnienie, żeby telefon zniknął, zamilkł, przepadł. 

A potem przychodzi śmierć.

Ze śmiercią jest tak, że nagle spokój. Spokój martwy. I nie ma znaczenia: dzień, czy noc. Spokój. Boże, jaki spokój! Kruk nad lasem ze złotym zniczem w dziobie. Patrzysz na kruka, patrzysz na drzewa, patrzysz na świat i nic, nic, nic się nie dzieje, kompletnie, zupełnie nic w kwestii żadnej, totalne NIC, głucha cisza absolutna, AMEN. 

Korci, żeby jeszcze komuś zrobić awanturę, bo jednak śmierć to dobry pretekst. Jednak nie ma komu tej awantury zrobić, wokół pusto i cicho. A telefon, jakby się wszyscy skrzyknęli – milczy. 

Jest taka zasada fizyczna. Nikt nie dzwoni do trupa. Serio. Nie wiem, skąd nagle wszyscy wiedzą o śmierci, jednak wiedzą. Jak na komendę. Nie ma co. Abonent wiekuiście niedostępny. 

Raz mi się zdarzyło, z tymże odwrotnie. Trup zadzwonił do mnie. Kompletnie zbaraniałam. Patrzę na wyświetlacz: Tadeusz. A Tadeusz, co wiem doskonale – dawno w grobie. Zmarł na raka mózgu po trzech chemiach, bo tyle ich wytrzymał. Swoją drogą, przedziwne czasy. W średniowieczu ludzkość padała na dżumę, jednak jak wiemy – dżuma ludzkość dziesiątkowała. Bez żadnego leku. A teraz proszę. Jak co dziesiąty przeżyje: sukces. W sumie nie wiadomo, przeżył chorobę, czy leczenie? Zawiła to rzecz. Ale ludzkość to gatunek panicznie unikający prostoty. 

Wracając do telefonu. Zimne ciarki na plecach. Tymczasem to nie Tadeusz, tylko Andrzej, co firmową komórkę dostał po denacie. Przestańmy więc niepokoić zmarłych. To jest właśnie ta zasada fizyczna. Niby nikt nie wie, że człowiek nie żyje, jednak do niego nie dzwoni. I tak już do końca wieczności. 

Ze mną podobnie. Mój telefon też zamilkł na dobre. 

Kiedyś, gdy jeszcze nikt o mnie nie słyszał, a właściwie: kiedy jeszcze nikt mnie nie czytał, pisałam opowiadania. Wysyłałam je do różnych redakcji z nadzieją, że ktoś zauważy. Codziennie sprawdzałam skrzynkę, w której wiało nicością z braku jakichkolwiek odpowiedzi. Poprosiłam więc zaufaną przyjaciółkę, by mi od czasu do czasu coś przysyłała. Chciałam zobaczyć tłusty druk nieotwartej wiadomości. Bo mi to pomagało. Psychicznie w sensie. 

Przysyłała. W temacie maila wpisywała: tłusty druk. Tłustym drukiem, rzecz jasna. 

Dziś nikogo o nic nie proszę. Niczego nie potrzebuję. Nic mnie psychicznie nie karmi, bo nic mnie psychicznie nie głodzi. Siadam rano przy biurku, patrzę prosto w Słońce bez lęku że oślepnę – wszak zmarli nie ślepną. 

Gdy tak patrzę, Słońce otacza się różową poświatą niczym szalem. I nagle milczący od miesięcy telefon się odzywa! A słyszę go tak, że rozrywa mi mózg! Najlepsze dźwiękowo słuchawki na świecie nie dają takiego efektu. Tonacja około 963 Hz. I z tego pasma powstają słowa, a słowa są kategoryczne, wręcz straszne: 

To co powiem, jest ważne. Dla wszystkich. Ludzi. Na świecie. 

Nieruchomieję jak posąg. Boję się poruszyć. Z oczu lecą mi łzy, strach choćby mrugnąć. Róż poświaty słonecznej kłuje dotkliwie, cierpię niczym mnich, ale twarda jestem. Patrzę!

Słucham!

Nigdy nie było żadnego potopu. Wizja, którą znają wszystkie religie świata, to tylko wizja. Na razie… Zamknij te oczy, do cholery!

Boże. Męczeństwo wyssałam z mlekiem matki. O ile mnie w ogóle karmiła. Z ulgą zamykam powieki i natychmiast widzę tysiąc razy więcej. Wokół mnie rozlewa się czerwona potęga, wypełnia przestrzeń jak spieniona krew. W czerwieni, w samym jej centrum pojawia się najbłękitniejszy we Wszechświecie błękit. Ten błękit pulsuje, żyje, pochłania. Jest tak intensywny, że czuję go wręcz namacalnie w samym środku głowy.

I teraz on przemawia:

Idzie wielka woda. Największa. Burze i pioruny. Gniew mórz i oceanów. Toń, odchłań, zagłada. 

Czerwień nadal świeci absolutną czerwienią, tymczasem błękit ustępuje innej barwie. Jest nią indygo. Indygo drży przez chwilę, rozbija się na milion maleńkich cząstek, fraktalnych jak atomy, gdzie każdy wypełnia się nagle fioletem. Ten fiolet jest jak źrenica oka. Z kulistej przybiera pionową formę, zmrużoną, czujną, przenikliwą jak spojrzenie. 

Spojrzenie Boga. 

Myślisz, że ludziom wszystko wolno?!

Nie myślę tak, nie myślę – zdążam w panice zapewnić i oto wybucha feeria kolorów: pomarańcz, złoto, seledyn, znów błękit, indygo, fiolet, królewski ametyst, rubinowa głębia, wszystko, wszystko, wszystko…!

A mi słów brak. 

A mi słów brak. 

A mi słów brak. 

Nigdy nie było żadnego Noe. Bóg nie powierzyłby ocalenia ludzkości mężczyźnie.

Wstrzymuję oddech. Nie wstrzymuję, bo już od dawna nie oddycham!

Noe to tylko skrót. Od imienia… 

DOŚĆ!

Otwieram oczy. Buczenie ustaje. Biała tarcza Słońca świeci jak gdyby nigdy nic. I tylko mroźna różowa poświata przypomina o grozie proroctwa. 

Perpetuum mobile

Największy mój problem wcale nie dotyczy żadnej wojny. Ani z Wężem, ani z ludzkością. Największy mój problem to mój własny osobisty obóz koncentracyjny w mojej głowie. Od chwili śmierci, gdy już NIC nie muszę, każdego dnia walczę z samą sobą, żeby pozwolić sobie na to, żeby właśnie nic nie musieć. 

Każdego dnia coś mnie zrywa z sarkofagu i każe zapieprzać grom wie dokąd. 

A że nie mam dokąd i po co (wszystko już przecież zrobiłam, wszystko!) – leżę drżąc w poczuciu winy, że nigdzie nie zapieprzam. 

Bo zaraz, za chwilę, dziś, jutro, przyjdzie jakieś absolutnie kategoryczne pismo, że coś gdzieś jednak jest nie zrobione i zapłacę za to, oj, jak ja za to zapłacę! 

Przyjdzie kurator sądowy, policja z milicją, dyrektorka szkoły z matką przyjdą i będę miała za swoje. A przecież wszystko, wszystko, rodzina, dzieci, praca, kariera, siedem książek, dom, nominacja do nagrody, podłoga w kuchni, naczynia, obiad, wywiadówka, bigos na święta, remont, porządek w szafie, nauka języków obcych, korepetycje z matematyki, depresja i terapia, WSZYSTKO MAM ZROBIONE. 

To czego jeszcze od siebie chcę?!

Oczywiście, leżąc tak w bezruchu, starając się po tym ZROBIENIU WSZYSTKIEGO odpocząć, wszak obiecano, że po śmierci będzie spokój – gówno odpoczywam, bo mięśnie napięte do granic możliwości męczą mnie straszliwiej, niżli bym w polu robiła. 

Czemu jestem taka zmęczona, pytam Ewelement, a ona mi mówi, że w blokach startowych zawodnicy męczą się najbardziej. Napięcie. Napięcie sięgające zenitu. 

Napięcie przed nie wiadomo czym. 

– Na terapii mówią… – zaczyna Ewelement, czym mnie doprowadza do furii, bo czy ona myśli, że ja nie wiem?! Nie wiem niby, co mówią na terapii?! Ja z terapii mogę zrobić profesurę, przewodnik terapeutyczny napisać mogę, co zresztą już dawno MAM ZROBIONE. W kilku tomach.

Tylko nie wiem nic o odpoczywaniu.

Odpocząć – rzecz to niemodna, niewłaściwa, naganna. Zwłaszcza dla kobiet. Kobieta to taki instrument, który zaprzecza prawom fizyki. Perpetuum mobile. Chora nie chora, umarła nie umarła, dryd-dryt, dryt-dryt, kręcą się koła zębate niezmordowanej maszyny. Chciałabym zalać świat Oceanem Pomarańczowym, a sama się nawet w kostium nie przebrałam. Nie mam czasu. Muszę zapieprzać. Muszę myśleć, że muszę zapieprzać. Muszę myśleć, że jak nie zapieprzam, to jestem WINNA. Wypełnić napięte ciało poczuciem winy za to, że JEST. Człowiek przecież nie może po prostu być, człowiek musi coś robić, usprawiedliwić się przed światem, po jaką cholerę na niego przyszedł. 

Wytłumaczyć się z istnienia. 

Zapłacić za życie. 

A przecież sama w sobie jestem życiem! Nieskończonością istnień! Jeśli tylko chcę… 

– Pewnie że chcę! Chcę zamienić się w wicher, być zorzą polarną, światłem! Z wielką ochotą! Tylko czemu tak uparcie wyrywam się z tamtej świadomości, czemu schodzę z chmur i sama sobie dokręcam tę psychopatyczną śrubę? Czemu katuję się z powodu wymyślonych przez siebie, nikomu nie potrzebnych zadań? Czemu więżę się za tą bramą z napisem ”Arbeit macht frei?!” 

Ewelement słucha mnie w milczeniu, ogląda jakieś fotki, a gdy wreszcie stawiam poprzedzony długim i pełnym emocji monologiem znak zapytania, odpowiada głucho:

– To nie był dobry pomysł. Robić zdjęcia mojej siostrze. 

Oczy rusałki

Pompowanym flamingiem! Można. Pływać. W moim oceanie. 

Tymczasem minęło sto lat od mojego ostatniego wpisu i zdażyło się milion rzeczy. Najpierw: Pan Demonium. Zaniosłam go do jubilera i zrobiłam aferę jak sto pięćdziesiąt. Dobrze się złożyło, bo gdy wchodziłam do salonu, szef siedział na fotelu i jakaś dziunia do spraw obsługi klienta kluczowego i polerowania gablot – robiła mu zdjęcie komórką. Widząc, że oto wchodzi Szwadron Śmierci (ja i Zara Li), który bezlitośnie konstatuje ten jego być może jedyny w życiu narcystyczny moment i bezgłośnie prycha, bo nie ma nic śmieszniejszego na świecie niż facet pstrykający sobie selfie i to nawet nie samodzielnie pstrykający sobie selfie, ale za pomocą dziuni – przerywa gestem sesję zdjęciową, cały w ambarasie, raz dwa!, staje przy mnie i pyta: 

– Czym mogę służyć?

UNIŻENIE.

No to jadę. Bez ogródek. Bez dzień dobry. Dla kogo dobry, dla tego dobry. I tak:

N: Postaram się nie oceniać, tym bardziej, że ocena sama się nasuwa!  

Selfie-man: Będę wdzięczny, tym bardziej, że to nie ja jestem winien. 

N: A kto? 

SM: Diamenty. 

N: Diamenty winne! Bogu ducha chyba! Wyrwane z serca Ziemi przepiękne kamienie szlachetne, które zostały SFUSZEROWANE?!

SM: Czy pani chce w zamian inny pierścionek?

N: Co?! Dobrze słyszę? Pan chce w miejsce mojego klejnotu, który MA IMIĘ, dać jakiś inny pierścionek?!

Kajał się. Wziął Pana Demonium ostrożnie w ręce, z drżeniem się nim zajął. Obiecał, że brylanty choćby spod ziemi wykopie i osobiście od nowa zakuje. No może nie osobiście, ale głową ręcząc. 

A ja po raz pierwszy od śmierci złożyłam podpis na dokumencie reklamacyjnym. Noemi Susenbach. Trzęsła mi się dłoń. 

No i sprawa załatwiona. Tymczasem dopadły mnie kolejne problemy, bo jak się okazuje – w raju spokojnie wcale nie jest. Bynajmniej. 

Są pewne instytucje, które nawet po śmierci cię dopadną. Jedną z nich jest ZUS. 

Słowo honoru. ZUS mnie dopadł. I już im raz odpisałam, że nie żyję, a jeśli chodzi o kasę, to ściślej mówiąc: nie mam za co żyć. Ale nie dotarło. Będąc duchem trudno odpisać tak, żeby dotarło. Choć trzeba. 

Jak się przekonuję, są rzeczy, które trzeba bez względu na fizyczną wykonalność. To jest tak, jakbyś stała przed wielką boginią Nemezis i mówiła: ej, serio, to się nie da – a ona nawet ramionami nie wzruszy, tylko patrzy ci głęboko w oczy, tak głęboko, że masz ciary i wtedy dociera do ciebie nieuchronność jej decyzji.

MUSISZ. 

Obiecałam sobie, że nie siądę do pisania, zanim się z tym ZUS-em nie rozprawię. I tu się zaczęły schody. Bo ja bardzo lubię pisać, dokładnie tak samo, jak Krucy lubi latać. To się lubi strasznie, po prostu uwielbia. I teraz się stoi przed tą Nemezis i ona oznajmia:

– Mam dwie wiadomości, jedną dobrą, drugą złą. Którą chcesz najpierw?

– Dobrą. 

– Możesz pisać, kiedy chcesz. 

– Juhu!!!

– Druga wiadomość jest taka, że musisz najpierw ogarnąć ZUS. 

Aaaaa!!! Nie! O Boże! Tak się nie robi! To jakbyś wzięła dzieciaka na basen i kazała najpierw w brodziku dwie godziny (CONAJMNIEJ) spędzić, żeby potem pozwolić na zjeżdżalnię!

Ogarnęłam. Ogarnęłam to w try-pindy pisząc w sumie całkiem przyzwoite rzeczy, bo jedynie prawdę. Wiecie, o co chodzi z tym, że mi się zawsze wszystkie wątki zapętlają? Bo ja nigdy nie zmyślam. Zmyślanie jest dla ludzi, którym się w życiu nudzi. W moim jest siwy dym. To co ja jeszcze będę dokładać? 

Niemniej ogarnęłam, napisałam, wysłałam i nie mój problem chwilowo. Człowiek nawet w spokoju umrzeć nie może. Hieny. 

Wyjdźmy z krypty. 

Więcej napisać nie mogę. 

Zjeżdżalnia jest dobra, ale męczy. A ja po chorobie. I śmierci. 

… Na marmur się im dorzucać! Sama nagrobka nawet nie mam. 

Dobra, Ocean Pomarańczowy. Szatan Kometa dał mi książkę. On wie, że mnie już niewiele zachwyca (trudny stan), a jednak potrzebuję paliwa, bo zjeżdżać na zjeżdżalni każdy debil potrafi. Parafrazując No, rzecz jasna. Ale latać w siedem de przez przestrzeń kosmiczną to już trzeba paliwa. 

I on dał mi tę książkę. 

Andrzej Sapkowski. 

„Ostatnie życzenie”. 

Byłam przekonana, że jeśli napiszę tu o jakiejkolwiek książce, to z pewnością będzie to tylko MOJA książka. Dla kogoś to już się narobiłam. 

Tymczasem proszę. I to mężczyzna! Nie wierzę. A jednak. 

Mam za sobą pierwsze opowiadanie o strzygach, właściwie o strzydze jednej, która była królewną. Brzmi jak brzmi. Ale ma potencjał. Tym potencjałem jest Głos Rozsądku o numerze 1., który opowiada o dziewczynie z oczami rusałki, co ją widziano w okolicach RUMIANKOWEGO MORZA. 

Andrzej, jesteśmy z pobliskich planet. Tyle ci powiem. Może być, że się nie rozstaniemy. Trochę ci już zazdroszczę. Poznania mnie. 

Sami widzicie, jak to się dzieje. Ledwo udostępniłam go światu (Ocean Pomarańczowy), a już znalazł kolegę. Wszechświat jest niesamowity. To się samo dzieje. Wystarczy zaufać. 

No i ostatnie. Nuna się znalazła. Konkretnie przyszła z lasu do mieszkania Wió, stanęła pod oknem i rozdarła się jak klasyczna dziewczyna z Kętrzyna. A potem przyszła Ewelement i pstryknęła to zdjęcie. I nikt mi nic nie zrobi, bo sami widzicie, jaki to rodzaj fotografii. 

Przyszła z lasu, stanęła pod oknem i rozdarła się jak klasyczna dziewczyna z Kętrzyna…

Misja Ocean

Zgubiłam dwa diamenty! Faaak!!! 

Ostatnio zredagowałam wiadomość do Ziarna (lecieliśmy meteorytem z Niebiesowem i Ewelin przez WW): „lecimy do Redlajt, fkcr!” Rano, wciąż zdziwiona, że Ziarna nie spotkałam, zorientowałam się wreszcie. Owszem, wiadomość została stworzona, ale nie wysłana. A ja, zanurzona po sam nos w Oceanie Pomarańczowym zlekceważyłam coś tak nudnego jak wysyłanie wiadomości. 

Też tak macie? Wam też największą frajdę sprawia pisanie listów, nie: ich wysyłanie? Wysyłanie to nuda, kolejka na poczcie, drobne na znaczek, kaszlące dziecko na rękach stojącej z tyłu baby. Bo przecież nie faceta. 

Wracając do diamentów. Jestem OBURZONA. Wy już nic nie umiecie zrobić. Wszystko spartaczycie. Wyrwiecie tej Ziemi klejnot z serca i przykleicie go na super-glu. Idioci. 

Szaman Mako wrócił z mórz, nic nie mówiąc przedarł się przez wnękę międzywymiarową, udał się do jubilera, tam rąbnął Pana Demonium, przyniósł mi i wręczył jak na amerykańskich filmach. Zapomniał jednak, że pierścionek rąbnął w WW, a tam już nic nie jest przyzwoite, nawet kamienie. 

Co to za badziew?! 

Ile to kosztowało? Siedemset miliardów dolarów? Weźcie przestańcie. Już nawet powstała historia o przehandlowaniu Nogiłóżki za ten pierścionek, że o Szamanie nie wspomnę*. A to takie dziadostwo?!

Wystarczy. Wiem, że wystarczy. Pan Demonium ma te same cechy, co ja. Gubi się. Gubi wszystko, dlaczego więc miałby nie gubić maleńkich kamyków? A że cech ziemski go nie dogania, co poradzić? Mnie też cech ziemski nie dogonił. 

I nie wygląda, żeby zdołał kiedykolwiek. 

Nie ma rady, trzeba wrócić do WW i zrobić aferę. Jeszcze nie wiem, jak się reklamuje rzecz rąbniętą, ale się dowiem. I wtedy drżyj, subiekcie. Cały świecie, drżyj!

Dobra. Mam misję. Oczywiście, kompletnie nie wiem, jak się za nią zabrać, dlatego piszę. Podczas pisania przychodzą rozwiązania. Żadnych gotowych scenariuszy, czysty żywioł. Oto ja i reszta Wszechświata. Całość. 

Wczoraj przyśnił mi się zapach. Znów użyję języka z szuflady. TO BARDZO CIEKAWE UCZUCIE. 

Zapach jest niewidoczny, a jednak bardzo wyraźny. Czasem kojarzy się z czymś materialnym, jak ściana. Mur. 

Albo obłok, ale o konkretnych granicach, namacalnym wręcz kształcie.

Kiedy wchodzę do mieszkania Wió, wiem, czy ktoś przed chwilą w nim był. Skąd wiem? Po zapachu. Czuję zapach niezwykle wyraźnie, bo cierpię na migreny. Migreny męczą mnie od bardzo wczesnego dzieciństwa. Jest to przypadłość dość przykra, ale ma swoje zalety. Które, rzecz jasna, kiedyś traktowałam jak wady. Właśnie to. Wyjątkowa wrażliwość na zapachy. 

I dźwięki. 

Każdy ruch powietrza. 

Każda barwa oddechu. 

Każda obecność.

Nic nie ujdzie mojej uwadze, choć oczywiście nie zawsze to zdradzam.

Skoro jednak nic nie uchodzi mojej uwadze, a ja nie informuję nikogo, to co z tym zrobić? Przecież nie będę tego dźwigać na plecach przez całą wieczność. Wyrzucę to z siebie w odpowiednim czasie i na swój ulubiony sposób, dokładnie tak, jak umiem najlepiej. 

Na przykład tu. 

Tak, tak. Jesteście w idealnym miejscu o idealnej porze. I jeśli za chwilę zadzwoni telefon, przyjrzyjcie się dokładnie, co widzicie na wyświetlaczu. To jest fala Oceanu Pomarańczowego. Właśnie uderzyła o wasz ląd. 

Warunkiem istnienia jest zmiana. Kto jej nie ulegnie – umiera. A umiera po to, by ulec zmianie. 

Każdy z was boi się zmiany. Ale zastygnięcie w bezruchu nie ma fizycznego uzasadnienia. Mówcie, co chcecie, zgadzam się ze wszystkim. Nie zaprzeczycie jednak, że żyjecie we Wszechświecie. A skoro w nim żyjecie, jesteście jego częścią. A skoro jesteście częścią Wszechświata – jesteście częścią PROCESU. 

Nie ma takiego procesu, który by stał w miejscu. 

Dostałam misję. Nie wiem, czy od Wolfgang, czy jeszcze wyżej. Bo tam, w wymiarze Wolfgang wydaje się najwyżej. Ale to się tylko wydaje. Poziomy pną się w nieskończoność. Bóg jest nieskończonością. Nieskończoność jest Bogiem. 

No więc dostałam misję od Boga. Kłóciłam się trochę. Ale zaczęły wypadać diamenty z Pana Demonium i jest to zdecydowany znak, że mam się dalej nie kłócić. To znaczy: mogę. Ale na cholerę tracić jeszcze rubiny?

Nie wiem, jak się do tej misji zabrać! Powiem wam po prostu, punkt po punkcie, o co chodzi. 

Jak wiecie, jakiś czas temu doświadczyłam błogiego stanu wejścia w posiadanie Oceanu Pomarańczowego. Fajnie. Popluskałam się, popływałam, zabawa. OK. Problem polega na tym, że ja mam się nie pluskać, nie skakać przez fale, nie świrować jak na imprezie u milionera. Nie w tym rzecz. Nie po to jest mi to dane. Owszem, czasem, w piątunio, proszę bardzo. W sobotę. Nie ma sprawy, zabawa jest ważna. Bez zabawy nie ma nauki. 

Zapach, który mi się śnił, był owocowo-kwiatowy. To był zapach pomarańczy. 

Kwiatu pomarańczy. 

Owocu pomarańczy? 

Rozprysłam go w migoczący obłok i wołałam, żeby ktoś przyszedł powąchać. Jak to pięknie pachnie! To przecież najpiękniejszy zapach na świecie. Możecie sprawdzić. Nazywa się Neroli. 

Kwiat pomarańczy inaczej pachnie, niż owoc. Jednak to, o czym piszę, jest jednocześnie i kwiatem i owocem. Jest tym, co widać i czuć. Jest wszystkim.

Przykład. Dawno temu, za życia jeszcze, byłam z Zuzą (kumpelą) w Tunezji. Północna Afryka. Jechałyśmy autokarem przez Saharę. Nagle autobus się zatrzymał, spojrzałyśmy w prawo, a tam jakiś przypadkowy kram w owocami. Obsługuje młody Arab. Jest upał, pustynia. Chłopakowi chce się pić. Bierze nóż, kroi wielką pomarańczę, podnosi połówkę i wyciska wprost do ust. 

Obie z Zuzą podskakujemy na siedzeniach. Mimo szyby, klimatyzacji, zamknięcia szczelnego – obie czujemy ten zapach!

To zapach Oceanu Pomarańczowego.

Który jest mój, ale NIE TYLKO DLA MNIE. 

Kiedyś, w poprzednim życiu z Wężem, w ostatnim porywie dobra kupiliśmy kajak. To był piękny, dziecięcy gest. Każde z nas chciało dostać prezent. On chciał kajak. Ja chciałam zobaczyć jego uśmiech. 

Kupiliśmy, spakowaliśmy na dach samochodu, pojechaliśmy na jezioro. Była piękna pogoda, słońce schodziło ku zachodowi. Szykowała się niezwykła wyprawa. Zwodowaliśmy jednostkę. Ja się chyba już nawet władowałam na pokład, Wąż coś tam ogarniał przy wiosłach, gdy na brzeg wybiegła baba z krzykiem, że to jest JEJ PRYWATNE JEZIORO i precz z wody. 

– Ale co pani zależy? – zapytał Wąż. 

– Właśnie – dodałam rezolutnie, bo ja zawsze taka rezolutna byłam. 

A baba, że jak nam pozwoli, to zaraz się zleci pół Polski po jeziorze pływać kajakami i będzie tu kajakowe centrum doświadczeń. 

Teraz ja jestem tą babą. To znaczy nie tą, bo ja jestem inną babą. Jestem babą, co ma swój własny prywatny Ocean Pomarańczowy i pozwala w nim pływać kajakiem, wpław, jak sobie chcecie. Tylko słomek nie wrzucajcie. Ani butelek PET.


* że o skrzydłach nie wspomnę.