Dziewczyna Szamana

Szaman Mako wypłynął w morze, od tygodnia siedzę więc na materacach sama, względnie z No, o ile No w ogóle się pojawi. No jest orłem, a orły mają to do siebie, że latają bardzo wysoko i bardzo samotnie. Samotność orłów jest samotnością z wyboru, samotnością upragnioną i wielce strzeżoną. Nie zrozumie tego byle człowiek. Dlatego No, podobnie jak ja – skazana jest na niezrozumienie od początku swego istnienia, do końca wieczności. Jedyne, co można z tym zrobić, to przemnożyć przez współczynnik W, czyli wyjebkę

Polecam. 

Dwa słowa o wojnie. Albo nie. 

Nachodzą mnie słowa piosenki: Navigare necesse est. To jest, rzecz jasna, o Szamanie Mako. 

Teraz, gdy wypłynął na te swoje morza, mogę wam parę słów o nim powiedzieć. Jaki właściwie jest? Otóż Szaman Mako to taki typ faceta, którego nie sposób nie kochać. Jeśli jest na świecie jakaś osoba, która go nie kocha, niech żałuje. Bo to straszliwa strata. 

Szaman Mako jest czystą miłością. Wichrem miłości. Jej pełnią. 

Dopóki go nie znałam, pałętałam się w formie nadgryzionej połowy. Bycie połową jest zawsze mniej korzystne od całości. Bardzo łatwo w takim stanie o krzywdę. Człowiek szuka w nadziei jakiegoś substytutu, czegokolwiek ciepłego, ułamka uśmiechu, skrawka aprobaty, którym by siebie oblepił. Najmniejszy przejaw człowieczeństwa przyjmuje więc za agape. Tymczasem to, co spotyka jest tylko czymś w rodzaju kalkulacji. Bo przecież każdy potrzebuje drugiego człowieka do czegoś. Zawsze więc można się PRZYDAĆ. 

Przez poprzednie życie pałętała się więc moja połowa, którą nadgryzano łapczywie i tak skutecznie, aż mnie zjedzono. A teraz, gdy mnie już nie ma i nie ma czego gryźć, wybuchła wojna dająca komuś nadzieję, że jednak z tego niczego da się jeszcze cokolwiek wyszarpać. 

Czemu o Wężu piszę „ktoś”?!

Bo gdy wywołał tę wojnę, ujrzałam kogoś, kogo nie znam i choć wszystko się zgadza, jest to faktycznie mój Wąż: za cholerę go nie poznaję. 

Wyjaśnienia są jak zwykle conajmniej dwa. Albo on się zmienił (choć podobno węże się nie zmieniają, co najwyżej zrzucają skórę), albo ja w tym Nadwymiarze doznałam olśnienia, osiągnęłam pełnię i widzę nieco więcej. Widzę na przykład coś, czego nie ma. Odwrotnie. Nie widzę tego, czego nie ma, choć w poprzednim życiu jakimś cudem, a raczej własnym zwidem: widziałam. 

Uf. Ciężka sprawa. 

Ale, ale. Miałam pisać o Szamanie Mako. No więc pływa. Gdy pływa, jestem sama, a trzeba wiedzieć, że wcale nie jestem tak harda jak No. Samotność nie jest moim żywiołem. Moim żywiołem jest wspólne z Szamanem latanie na meteorytach. 

Ale on teraz pływa! 

Powiecie zaraz: niech nie pływa. I tu jest problem. Bo Szaman – jak już wspomniałam – jest wichrem. A wicher jest w ciągłym ruchu. Kiedy więc Szaman długo nie pływa, dopada go Niewiem. Niewiem jest demonem pustki. Wyżera mu serce. Zostawia tylko powłokę, zagubione truchło opatrzone przerażonym wzrokiem i martwymi ustami wypowiadające w kółko dwa słowa: „Nie wiem”. 

Jak wyglądam?

– Nie wiem. 

Zrobisz jajecznicę?

– Nie wiem. 

Kupisz mi kwiaty?

– Nie wiem. 

Navigare necesse est. 

Viviere non est necesse. 

Powiedziałam o tym Nogiłóżce. Zrozumiała. Ona w ogóle doskonale rozumie Szamana Mako, znacznie lepiej niż ja. Ewelement też go rozumie. Mam wrażenie, że wszystkie go lepiej rozumieją, tylko ja się co chwilę dowalam.

Bardzo trudno w Nadwymiarze wyzbyć się starych przyzwyczajeń. Jeszcze trudniej wyjaśnić ludziom, jak bardzo te stare przyzwyczajenia komplikują sprawy. A przecież wszystko jest niezwykle proste. 

Można to zawrzeć w czterech zdaniach:

Kiedy poznajesz Szamana, stajesz się częścią boga miłości. I potem, gdy on wypływa, zostaje ciebie pół. I te pół woła przez oceany tęsknoty.

Kocham cię. 

No

No. Zawsze mam ten rodzaj burzy w głowie, jak zacząć tekst. Bo to, że się za chwilę pojawi, wiadomo. Tylko: które słowo we Wszechświecie dozna splendoru? 

Tymczasem dziś na prowadzenie wysunęła się No. Z tym prowadzeniem to grubo pobłądziłam, ale zawsze są jakieś koszty. Kiedy zaczyna się tekst od No – trzeba się liczyć z kosztami. A więc No nie wysunęła się na prowadzenie, bo No nigdy w żadnych zawodach nie wystartowała. Dla niej start w zawodach to już rodzaj przegrywu, coś bez sensu dokumentnie, na co zgodzić się można jedynie pod jednym warunkiem: że się ma z tym ubaw po pachy. Jak nie, to nie. 

Raczej nie. 

No więc No. Ta absolutna doskonałość, boska Osoba mieszka ostatnio w mieszkaniu Wió. Na materacach rzecz jasna. Wyprowadziła się z gniazda na urwisku, pełnego drapieżników i węży. I trach, do nas. Zajęła salon ze świątynią, jakże by inaczej. 

W salonie wraz z No pojawił się od razu Latający Dywan i nieopisany bałagan. Jak mówiłam, No jest Niebieskim Kosmicznym Orłem i nic w jej pobliżu nie ma prawa statyczności. Ten koleś z Efezu miał może swoją słuszność, że panta rhei, ale u No płynność nie ma wielkiego wzięcia. U niej jest lotność. Wszystko fruwa, Heraklit, elo. 

No ma kilka ważnych cech. Po pierwsze niewiele mówi. Tu znów gruchnęłam, jak z tym „wysunęła się na prowadzenie”. Kiedyś, kiedy jeszcze żyłam w WW, pewien redaktor ganił mnie za eufemizmy. Tak to już ze mną jest. Niby w punkt, a jednak na okrętkę. Małomówność No nie ma więc wymiaru ziemskiego. No, jak przystało na Niebieskiego Kosmicznego Orła – mówi niewiele w wymiarze kosmicznym. 

Jedno słowo na tydzień. Może. Albo i to nie. Tydzień oczywiście liczymy w wymiarze kosmicznym. U was to będzie raz na życie. 

Ulubione słowa No, to:

  1. No.
  2. A.

I ostatnio:

3. czeŚĆ. 

Trzecie celowo napisałam tak, jak napisałam, ponieważ w tym słowie każda litera ma inne znaczenie, a szczególne znaczenie mają dwie ostatnie. Są tak doskonale zdefiniowane w swym brzmieniu, że stanowią absolutną całość jak Yin Yang. No umieszcza je OBOK siebie w takiej bliskości, że żadna kreska się tam nie zmieści, ale też w żaden sposób zlać się ze sobą nie mogą. Są oddzielne, a łączą się w jedność. 

Nie umiem tego wytłumaczyć. 

Brzmią krótko. Bez żadnego przedłużania, żadnych rozmyć. Stanowcze. czeŚĆ. 

Słowo nie zawiera emocji. Emocje No są strzeżone jak skarb sezamowy. Żadnego szastania. Jak ktoś się upiera, żeby coś uszczknąć, zamrozi go jej wzrok. Z No nie ma żartów. 

Właśnie zadzwoniła Ewelement. Dwa słowa o tym, jak tu się dzwoni. Tu się, kochani tak naprawdę nie dzwoni, ale wysyła sygnał telepatyczny i zostanie on odebrany lub nie, w zależności od tego. 

Mnie się tu wbił sygnał Ewelement i teraz się rozkićkałam z tekstem. 

Ani słowa więcej! Później. Później wszystko wam wytłumaczę, co Ewelement, co z tą wojną i jak dalej. Teraz mówię o bogini!

Skąd znam No? To jest taka znajomość, co wiecie, patrzysz i wiesz, znasz od zawsze. Z No jest trochę inaczej, bo to ona zna mnie od zawsze, ja ją nieco krócej. Zawsze muszę być gorsza. 

Dobra. Jaka jest No?

Przykład. Wyskakujemy razem do WW (jak już się nauczyłam, to nie umiem sobie odmówić), poprzymierzać ciuchy w haemach. Ja uwielbiam ciuchy, zawsze byłam strojnisia, a teraz, gdy mogę sobie przymierzać wszystko ile wlezie i nikt mnie nie widzi – tym bardziej. Idziemy zatem na lumpy, bawimy się setnie, wreszcie No z jakiegoś powodu zaczyna szukać kostiumu… i tu bym normalnie napisała: kąpielowego, ale jednak nie o to chodzi. Jak wspomniałam: nie wszystko płynie. Wszystko lata. Więc No chciała kostium, owszem, kąpielowy, ale do kąpieli powietrznej. Najpierw się przestraszyłam, czy w takim zwykłym lumpie znajdzie, ale nie miała z tym problemu. Złapała jakieś cudeńko z wieszaka, zrzuciła wszystko i wdziała kostium. 

Ta chwila, gdy bogini odsłania swoją istotę, należy do bonusów ekstra tego życia. Trzeba patrzeć, karmić siebie szybko i z wdzięcznością, bo to nigdy nie trwa, a moc ma ogromną. 

Bogini zastygła przed zwierciadłem nie pręży ciała. Ona POZWALA patrzeć na blask swojej skóry. Nie. Nie to. Pozwala przy okazji. To jednak nie zajmuje jej umysłu. Jej umysł jest poza, wkracza na poziom indygo, zachwyt najwyższych lotów: zachwyt bogini nad samą sobą. 

I nagle maluje się na jej twarzy to naiwne pytanie dziecięce – tak u bogini wzruszające: czy jest gdzieś coś na świecie, co mnie kiedyś zachwyci bardziej?

Jest. Ja tak myślę. Jest. Może nie bardziej, ale tak samo. A to już bardzo, bardzo dużo. 

Nagle No podnosi ramię i gwałtownym szarpnięciem zasłania się ciężką, purpurową kurtyną. Po chwili stoi przede mną w szatach, nie ma kostiumu. Nie zdał egzaminu? Nie zachwycił dostatnio? Nie zasłużył? Nie był godzien?

Był. Dotykać ciała No przez tę niezapomnianą chwilę. I teraz innym kostiumom na wieszakach, a potem fatałaszkom w szafie – będzie rozpowiadał do końca swych dni o szczęściu, jakie ma w życiu, że kiedyś w WW, na wyprzedaży sezonu, w pewnym nadmorskim mieście spotkał No. 

Emocje No są strzeżone jak skarb sezamowy. Żadnego szastania. Jak ktoś się upiera, żeby coś uszczknąć, zamrozi go jej wzrok…

Idź i patrz.

Kto czytał Ojca Chrzestnego, ten wie, że stan wojny wymusza na bohaterach „pójście na materace”. Ja teraz jestem na materacach w dosłownym tego słowa znaczeniu. Szaman znalazł na jakiejś wystawce i przytachał, bo w mieszkaniu Wió zamieszkała No. I niech brak jej określenia będzie przeźroczystym tłem, siatką-preludium do właściwych przyszłych określeń jej boskości. Bo No jest boginią. Jej imię to skrót od NKO, czyli Niebieski Kosmiczny Orzeł. Jest boska. Chciałabym teraz o niej pisać długo i dużo, ale nie mogę, nie mam czasu, na wojnie jestem. Napiszę, jak tylko ogarnę broń. 

Znacie ten klimat. Siedzi Kmicic, czy jaki inny gieroj na klepisku, na łeb mu lodowatą wodę ze studni leją i przynoszą. Kołczan. Spluwę. Szablę. Miecz samurajski. A on kręci głową, nie, nie to, ciągle nie to. Tak teraz ja. 

Siedzę w kastrze. Kastra to jest taka bania na kąpiel. Niektórzy w WW używają jej do mieszania wapna. Błąd oczywisty, na szczęście nie mój. Ja się idealnie po tej śmierci mieszczę w kastrze i nic mnie z waszym wapnem nie łączy. Siedzę więc zanurzona i nikt mi, rzecz jasna, na głowę niczego nie leje (bym zabiła), nikt mi żadnej broni do wyboru nie przynosi (a to już na pewno). Bohaterowie książek Sienkiewicza wybrzmieli już dawno. Czas na real. 

Chochla. 

Pomysł dobry, bo praktyczny. Mało w nim jednak finezji. Sechmet może się dąsać. Inna rzecz, już miałam na temat chochli pogadankę z Wolfgang i choć mi wskazała, jako faktyczną – koniec końców odmówiła, argumentując, że to zbyt słabe: 

– Zmachasz się, umordujesz, a ledwo muśniesz. On tylko się skrzywi, nic więcej. Widziałaś, żeby ktoś chochlą Węża załatwił?

Nóż. Nóż pojawiał się w naszych rozmowach dwukrotnie. Po raz pierwszy – zaraz po chochli, jako skuteczniejszy. Po raz drugi – niedawno. Wolfgang mi pokazała wizję na Kryształowym Lustrze. Zobaczyłam pojedynek. Szaman Mako szamoce się z jakimś drabem, ja na pomoc lecę, szybko do kuchni Wió, szukam w gorączce, znajduję nóż, podaję Szamanowi, tymczasem drab mi go z ręki wytrąca, sam łapie i trach Szamana po udzie. – Kuźwa, tętnica udowa! – ja w pisk, oni na przeciwko siebie stają, ja znów w ten głupi pisk, co robić, co robić… i widzę nagle OCZY. 

JEJ OCZY. 

Tyle razy chciałam wam powiedzieć, że czytałam w Księgozbiorze (tak, milion razy się zbierałam, żeby wam powiedzieć, że tu jest magiczny Księgozbiór, a w nim WSZYSTKO, razem z tą książką „Słownik Symboli” i inną, pod tytułem: „Cudowna Planeta”. W tej ostatniej przeczytałam o Nemezis, bo już byłam w cholerę zaintrygowana, czemu mnie prześladuje to imię. Raz na Górze Przeznaczenia, dwa – kto strzelał w Fargo, trzy… no właśnie. Wiem, kim jest drab! 

Widzę, poznaję po zębach. Widzieliście zęby węża? Nie da się ich zapomnieć. No więc widzę, wystają spod podniesionej w zacietrzewieniu wargi, myślę szybko: biec po drugi nóż? 

Nie. Mówią JEJ OCZY. 

Nigdzie nie biegaj. 

Tylko patrz. 

Idź i patrz. 

Idę więc z gołymi rękami i patrzę jak mój wzrok obraca wszystko w pył. 

Oni walczą, ja w pisk i… widzę nagle oczy.
Jej oczy…

Kiedy zaczyna się śmierć?

Od dwóch tygodni jestem na wojnie. Ściśle jestem w obozie polowym, w swoim namiocie szykuję się do akcji. Wygląda to tak. Najpierw sukienka. Wojownik musi mieć właściwe odzienie, dobrze to wiecie. A ja mam naturę lwicy. Moje wojenne imię to Sechmet. Wolfgang mi powiedziała. Opowiedziała mi też o Sechmet. To lwica, którą bóg Słońca Ra wysłał na Ziemię, aby przywróciła wiarę wśród ludzi. Sechmet się nie patyczkowała i poszła rezać. To dobry argument, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z bezrozumnym motłochem. Całe moje poprzednie życie próbowałam ROZMAWIAĆ z bezrozumnym motłochem. Nic to nie dało. Po pierwsze nikt mnie nie rozumiał, po drugie nikt mnie nie rozumiał. 

Zwłaszcza Wąż.

W zrozumieniu tkwi wielki sens. Bycie zrozumianym to podstawa sukcesu. Ja tego za swojego życia nie osiągnęłam, dlatego umarłam. Teraz już wiem, że bez sensu są gadki i tłumaczenia. Wąż posługuje się innym językiem niż lew, czy pantera. Rozdwojonym. 

Wąż wypowiedział mi wojnę, choć przecież dawno umarłam. Nie wiem, jak można chcieć walczyć z trupem, ale dobra. Bardzo proszę. W sumie – choć się wzbraniałam jak mogłam – nawet to lubię. Podejmuję rękawicę w kolorze czerwonym. Imię Sechmet zobowiązuje. 

Więc sukienka. Obcisła i czerwona. Do tego naszyjnik ze szmaragdem (Guovssahas), drugi: z czarnym kamieniem od Czerwonego Wędrowca. Nie wiem, czy wspominałam, z Czerwonym Wędrowcem łączą mnie więzy krwi, dlatego ten kamień jest taki ważny. 

No i trzeci naszyjnik: od Szamana Mako. Przedstawia on koło wysadzane białymi kamieniami. Nieskończoność. I tu właśnie wracamy do zagadnienia poruszonego w tytule. 

Kiedy zaczyna się śmierć? Śmierć, moi drodzy, zaczyna się dokładnie w momencie życia. Życie jednak nie zaczyna się nigdy, bo życie jest wieczne, jak symbol koła. Zatem śmierć jest ZAWSZE. Gdy spotykamy ją na drodze obok wysypiska śmieci, wcale nie znaczy, że ona się właśnie zaczęła. Ona była, jest i będzie. Ona jest naszym cieniem, a jak trzeba to i blaskiem. Kołem, które nigdy nie przestaje się obracać. Jeśli jest śmierć to i jest życie. Wygrywasz zawsze. 

Amulet od Szamana Mako ma więc wielką moc. Amulet od Szamana daje nieśmiertelność. Cholera, to nie jest dobre słowo. 

Amulet od Szamana Mako daje WIECZNOŚĆ. 

Sechmet rezała ludzkość przez kilka dni. W końcu przyszło opamiętanie, wiara w Słońce wróciła. Bóg Ra odetchnął i zesłał wiadomość do lwicy, aby przestała rezać. Sechmet jednak nie należy do istot posłusznych. Ani myślała kończyć zabawę. W ten oto sposób stała się boginią, bo tylko bogini ma śmiałość nie słuchać boga. 

Siedzę w obozie polowym i pobieram nauki. Nigdy nie sądziłam, że stanę się Walkirią. Pamiętacie, wkroczyłam do Nadwymiaru, spotkałam Szamana, pobiegaliśmy po lesie, polataliśmy na meteorytach – czysty ubaw dzieciaków. Tymczasem do Nadwymiaru podstępnie wdarł się WW. Wężowe syki dobiegły moich uszu. Muszę bronić raju. Muszę bronić Nadwymiaru. To wielka odpowiedzialność i wierzcie mi, nie pisałam ostatnio, bo z przejęcia narobiłam pod siebie. Nie można jednak robić pod siebie zbyt długo. Trzeba założyć czerwoną sukienkę i załadować kołczan. 

Przez całe życie słyszałam, że dziewczynki nie walczą. To w sumie bardzo wygodna opcja dla tych, co niby walczą. Taka walka bez wroga. Zabawa na patyki. Kopniak bez rewanżu. Świetna zabawa. 

Trzeba było umrzeć, żeby się dowiedzieć, jak jest naprawdę. Otóż prawda jest taka, że dziewczynki walczą i to w stylu koncertowym. I oto właśnie ja, mała Noemi, idę na wojnę. 

Skupienie. Koncentracja. Taka koncentracja, jakiej nikt się nie spodziewa. Bo przecież dobrze wiemy, jak to jest z koncentracją kobiety. Wystarczy płacz dziecka i po zawodach. Tymczasem ja mam zadanie bogini. Nie ma płaczu dziecka, nie ma dźgnięć w czuły punkt. Nie ma czułych punktów. 

W obozie polowym słyszę mnóstwo historii. Bogowie mieli te swoje pięty achillesowe, jeden był kulawy, drugi stracił włosy. Zawsze coś. Jakaś ułomność i pozamiatane. Tymczasem ja nie mogę sobie na to pozwolić. Zero słabości. Co to dla mnie? Bułka z masłem.

Właśnie dlatego wmówiło się dziewczynkom, że nie walczą. Są tak niebezpieczne, że odebrano im broń. Ich najlepszą broń: doskonałość. 

Kiedyś byłam pisarką. Napisałam książkę o kobiecie dość doskonałej. Podobno bestseller. Wiecie skąd wzięło się słówko: „dość”? Wąż je wymyślił. 

Wąż ma zdolność wślizgiwania się w meandry cudzej psychiki, radzi sobie z nią na medal. Tylko jedno małe słówko, a zobaczcie jaka różnica. Tylko jedno małe słówko, a kołczan odebrany. 

Bałam się umrzeć. Wierzyłam, że po śmierci nie będę mogła pisać. Tymczasem: sami widzicie. Już nawet Fargo nie jest potrzebny. Swoją drogą – zabawna historia. Szedł zrobić mi internet i ktoś w niego strzelił. Strzał był tak celny, że Fargo nieprzytomny trafił do szpitala, w szpitalu dokładne badania, nic nie znaleźli. Pocisk musiał przejść dokładnie między tkankami w taki sposób, że nie uszkodził żadnej. Nieźle co? Fargo blady i przerażony. Komputer podczas jego nieprzytomności diabli ponieśli. Kaniec filma

Zadzwonił do mnie i powiedział, że on tej Nemezis nie robi. Jeszcze mu życie miłe. Jeszcze mu śmierć nie pisana. 

Mężczyźni są tacy śmieszni. Śmierć mu nie pisana. Zara Li przewróciła się na plecy. A potem przyszła Wifi, spojrzała (bo Wifi tylko patrzy, rzadko się odzywa) i wszystko stało się jasne. Na cholerę ci Fargo, mała?

Niewiele mogę napisać, bo wojna to wojna. Poczytajcie o enigmie. Jeśli zobaczycie gdzieś ducha w czerwonej sukience z poszarpanym pazurami rękawem, chuchnijcie na szczęście. I lepiej nie podchodźcie. Sechmet nie wybiera. Sechmet idzie rezać. 

PS. Ciągle zastanawiam się, czy mam wszystkie amulety. 

PS2. Jutro środa. 

Zara Li


Biały kruk

Nie pisałam, bo nie było Wifi. To nie jest takie proste, jakby się wydawało. Inaczej. To jest proste, ale tak strasznie proste, że aż za proste, aż w tej prostocie skomplikowane. Wiedza tajemna. 

A wszystko tak szybko się dzieje, że nie nadążam poczuć emocji. 

To znaczy – bez przesady. Bez przesady absolutnie. 

Fakt, że się JESZCZE nie poryczałam. 

Najpierw kruki. Jak w staropolskim obyczaju: damy przodem. No więc damy przodem, kruki na początek. Lecimy z Szamanem jak torpeda przez Kosmos, wracamy z Grodu Świętowita. Sami widzicie: jest grubo. Arkona. Ta Arkona. 

A ja nie mam czasu wam wszystkiego opisać! 

A kruki miały być na początku, nie Arkona i Świętowit!

Najgorzej pokłócić się samej ze sobą. Dobra, trzy słowa o Arkonie. Widziałam Morze Księżycowe z lotu ptaka! Szaman mnie zaprowadził na skarpę, taki totalny zwis nad przepaścią, wszędzie zakazy po niemiecku Achtung verboten, a my na samiusieńkim zboczu, w powietrzu, nad falami siedzimy. I jeszcze drzewko rajskie nad nami się buja, a na drzewku jeden owoc. Tylko jeden. Gruszka ulęgałka. „Ulęgła się!”, zauważył Szaman Mako, zerwał i mi podał. – Zajadaj! 

Potem wyjaśnił, że to dziwne, bo one się ulęgają chyba na ziemi, czy co, w każdym razie: dostałam ulęgłą gruszkę ulęgałkę z rajskiego drzewa zerwaną, nad przepaścią wszystkich przepaści świata. Zjadłam wszystko, razem z ogryzkiem. 

A potem Szaman jeszcze dziką różę zajumał, zjedliśmy na pół, a nasiona wsadziliśmy do donicy. Będzie Rajska Róża. 

Kruki mnie zadziobią. 

Lecimy więc z tej Arkony, ale nagle coś, stańmy na chwilę. Lądujemy, patrzymy: wokół drzewa, na niebie czarne ptaki wielkie jak koguty lecą w czwórki ruchem opływowym nad naszymi głowami i gadają coś po ichniemu””krrryt, krrryt”. Nad drzewami z kolei jest ich więcej. Ile? Czterdzieści, trzydzieści, może dwadzieścia pięć? Do Szamana z takimi pytaniami. 

DUŻO. 

Wzbijają się grupami, ściśle zsynchronizowanym ruchem mkną ku niebu pływając w powietrzu, a tam na górze, na samym wierzchołku powietrza robią salto i figurą zwaną w lotnictwie korkociągiem – opadają w las. 

Ale w tym lesie nie nikną! 

Przeciwnie, zgodnym płynnym ruchem odbijają się od poduszki mgły nad drzewami rozpiętej i tną przestworza bezszelestnym tańcem. 

Tak. One tańczą. One tańczą w takim szyku, z taką synchronizacją, z takim wdziękiem i taką akrobacją, że te nasze ludzkie cyrki to po prostu cyrki. Tu mamy do czynienia ze Sztuką. 

Nie wiem, ile to trwało. Nie do mnie z takimi pytaniami. Grunt, że szczękę miałam zanurzoną w trawiastej glebie, a reszta też chyba gdzieś odpadła. Ale nie tylko zachwyt mnie tak z ciała odarł. Tu działo się coś więcej, tu się toczyła jakaś rozmowa, tu się we mnie uczucia obudziły INNE. Stare. Bardzo stare. 

Pamiętacie baśń o brzydkim kaczątku? Jak ono patrzyło na łabędzie i prosiło, by je ze sobą zabrały, że tak bardzo chce być nimi? Tak i teraz ze mną. Przedstawię to w formie dialogu, jak to leciało, bo wszelkie opisy są tu bez sensu. 

Tak więc ja:

  • O Boże, jakie jesteście piękne! Zabierzcie mnie ze sobą! 

Kruki:

  • Nikt tu nie będzie nikogo zabierał. 
  • Dlaczego nie mogę być z wami?!
  • Możesz. 
  • To ja chcę!
  • To chodź. 
  • Jak? Nie umiem latać!
  • Umiesz. 

Nie powiedziałam wam jeszcze, że już od jakiegoś czasu te kruki się za mną ciągnęły. Od Grodu Świętowita. Teraz mnie dopadły, robią popis ever i ze mnie jaja. 

Trudno. Trzeba łapać chwilę. O co by jeszcze je zapytać? Wiem!

  • Wszystkie jesteście czarne. Nie ma wśród was białego kruka?
  • Jest. 

A. 

Taka rozmowa mniej więcej. Introligatorski to bułka z masłem. Całe niebo idealnie czarne, a te, że jest biały kruk. I że ja latać umiem. Fajowo. 

Tymczasem zwinęły się w łańcuch DNA i jęły wić się niczym sprężyna. Podwójna spirala. Szaman powiedział: super. A ja poczułam coś w rodzaju rosy na policzkach i to na pewno nie były łzy. Coś mnie przenikało i to na pewno nie było zimno. To radość z tego tańca, z pasji, z rozpostarcia skrzydeł, z prucia prądów powietrznych. Z młodości, z życia. 

Z życia…

Długo to trwało, znaczy nie wiem. Nie do mnie takie pytania. Szaman będzie wiedział. Kończyły też wymyślnie, nie że trach, koniec, fanfary. Znikały zabierane kolejno przez ptaka wylatującego z drzew. On się pojawiał, ona znikała, zostawali dwaj tocząc taneczny bój, wreszcie jeden się poddawał i w koronę. Robiło się ich coraz mniej. 

Aż wreszcie został zwycięzca. 

Wykonał śrubę, salto, cykl naprzemiennych śrubo-salt, opadł nieco, po czym wzbił się poziomo prostując dumnie skrzydła, jakby wlatywał w jakąś niewidzialną królewskość. 

I zniknął. 

W powietrzu. 

Nie w koronie, nie w listowiu. 

Pstryk i nie ma. 

Pa!

Nastała cisza. Żadne „krrryt, krrryt”- nic nie zmąciło dostojeństwa chwili. Uniosłam dłonie i zaczęłam klaskać, zaraz jednak walnęłam się w łeb, bo na cholerę komu oklaski? Wsiadłam więc wstrząśnięta z zachwytu na meteoryt i cześć. Zanim jednak się wznieśliśmy, zdążyłam zobaczyć tablicę miejscowości, w której to dają takie występy: Świętosław

Przypadek? Nie sądzę. Uśmiechnęłam się do siebie pielęgnując to uczucie radości, którym mnie kruki obdarowały. I tu bym chętnie skończyła, gdyby nie to, że utknęliśmy w WW. 

Bo za tablicą „Świętosław” zaczęły dziać się rzeczy tak straszne, że taniec kruków nazwałam: „tańcem śmierci”. Choć przecież był to ich pierwszy bal…

Zara Li nie wyszła z plecaka przez dwa dni. A przecież widziała niejedno.

Ciągle nie mogę tego opisać. 

To już kolejny dzień, kiedy jestem chora od tego. 

Nie wstaję, tylko leżę. 

A miało nie być emocji. 

A miałam nie płakać. 

PS. Nie opiszę tego tu. Nie dam rady. Żeby to zrobić, muszę się przenieść do WW

Wszystkie jesteście czarne. Nie ma wśród was białego kruka?

Święto Życia

Tak w ogóle nie powiedziałam najważniejszego. O Czasie. Czyli o tym, na co składają się wszystkie czasy: przeszły, teraźniejszy, przyszły. A tak się niby rozpisałam ostatnio. 

Dobra. 

Chodzi o to, że codziennie jest jakieś święto. I ja wam o tych świętach nie piszę! 

Na swoje usprawiedliwienie dodam, że w Nadwymiarze jestem od niedawna, ściśle: od piątku. Nie połapałam się tak od razu w tych świętach. 

Teraz oczywiście nie będę się rozpisywać, kiedy było jakie święto, bez sensu. Może kiedyś jakiś kalendarz narysuję, to wam pokażę. Powiem tylko z tych ostatnich najważniejszych: niedawno było Święto Śmierci. W waszym kalendarzu wypadało dokładnie pierwszego września. Coś mi mówi, że adekwatnie. 

Zara Li zrobiła melanż! Zdziwiło mnie, że nie zażądała jakichś nowych wstążek. Trzeba przyznać, że ta śmierć jest niezwykle skromną osobą, oszczędną w kaprysy. Raz miała zachciankę (pamiętacie: różowy flamaster), potem wymusiła wstążkę w kropki (oczywiście różowe), a potem cisza, amen. I nawet we własne święto: żadnych żądań. Za to humor doskonały.

Wczoraj z kolei było Święto Tożsamości. To jest taki dzień, w którym dusze zaczynają rozumieć, kim są, jak się nazywają i tak dalej. Co ważniejsze: godzą się z tym. Bo chyba największy ambaras jest w tym pogodzeniu. Tymczasem przychodzi Święto Tożsamości, chcesz, nie chcesz: jesteś Ziutek Myszyński (albo Stefan Ziółkowski) i tyle. Masz włosy proste i niekręcone, albo też: kręcone nie proste, rude, mysie, no nie wiem, jakieś tam – I TYLE. 

Niezwykle ciekawe rzeczy kryją się pod zagadnieniem Tożsamości. Bo nie zawsze wiemy, kim jesteśmy. Czasem może nas to zaskoczyć. Ale jak już zaskoczy i zaskoczy: jest naprawdę fajnie. I właśnie po to jest to święto. Żeby to „fajnie” uczcić. 

A dziś jest Święto Życia! 

Trochę brak mi słów na opisanie tego święta. Bo to jest Święto Absolutnie Wszystkiego co żyje. To jest święto sensu istnienia, radości istnienia, radości bycia tu i teraz i wczoraj i jutro. To jest święto sukienki w pomarańczowe słońca, to jest święto makijażu w kolorach zorzy polarnej, to jest święto sandałków, babiego lata, wieczornej randki, wiśni i kaliny. 

To jest święto podskoków na łóżku. 

To jest święto wbiegania do jeziora. 

To jest święto śpiewania pod prysznicem. 

To jest święto latania. 

To jest święto tańczenia. 

To jest święto gilgotania. 

Poddaję się. W każdym razie: próbowałam. 

Nie chcę jeszcze kończyć tego tekstu, bo jak skończę, będę w pocie czoła malować mandalę dla mojej przyjaciółki, o której jeszcze wam nic nie mówiłam. Tak, wiem, pisałam wczoraj o Nogiłóżce. Ale to jest tak, że ja piszę tak jak nadążam, a nie wszystko nadążam pisać. Żyję conajmniej drugie życie (po życiu), życia mi się nakładają, wymiary się przenikają, a w każdym wymiarze istnienia. Nie wszyscy naraz! Ja jestem tu od piątku! Pomału. Pacichońku. 

Moja przyjaciółka nazywa się Ewelin. Nie mylić z Ewelement! Może się nazywają podobnie, ale są z zupełnie innych światów.

Ewelin mieszka w WW. Czyli u was. Czyli: znam ją z poprzedniego życia. I ona w tym poprzednim życiu została. Ale coś ją z niego wyrywa i tym czymś (a raczej: kimś), kto ją wyrywa jest Niebiesowich. Czyli: Niebieski Solarny Wicher. Pisałam wam już o Niebieskim Rytmicznym Huraganie. To jakby siostra Niebieskiego Solarnego Wichru. Niebiesowich to jej brat.

Niebiesowich, jak przystało na prawdziwy wicher, jest pełen sprzeczności. Ale ma dobre zamiary. Dzięki niemu mogę mieć bezpośredni kontakt z Ewelin, mimo różnicy wymiarów. Nieważne. To znaczy: ważne, ale nie teraz. Teraz muszę wreszcie napisać (chociaż strasznie nie chcę!), że Ewelin zachorowała. Zachorowała, tak jak ja niedawno. 

I ja, choć jestem w Nadwymiarze – a może właśnie DLATEGO, że jestem w Nadwymiarze: muszę ją uratować. 

I uratuję ją. 

Razem z Niebiesowichem. I z Szamanem Mako. I z Nogiłóżką. 

Ha. 

A potem zrobimy napad na bank. Pan Demonium się sam nie rąbnie. 

PS. Rabunek Pana Demonium odkładam jak mogę, bo wiem, co się potem wydarzy…

Nogiłóżka

Za kilka dni odwiedzi mnie Nogiłóżka. Pytacie, skąd wiem? Już tłumaczyłam, że znam wszystkie czasy, również ten przyszły. Nogiłóżka to taka przyjaciółka (w odróżnieniu od Józefsraliny), która jest przyjaciółką na zawsze, nawet po śmierci. Nawet, gdy odchodzę od Węża. Wszystko jedno. Zawsze. 

Nogiłóżka to bardzo specyficzny byt. Mieszka między wymiarami. Jeśli byście chcieli określić szerokość geograficzną miejsca jej zamieszkania w WW, wypadłoby wam dokładnie w centrum Wiednia. Ale nawet gdyby Nogiłóżka zdradziła swój adres – nigdy byście tam nie trafili. Powiem więcej. Nawet gdyby Nogiłóżka była tak uprzejma (ona jest niezwykle uprzejma, nie znam nikogo bardziej uprzejmego od niej) i zaprowadziła was do swojego domu, a potem byście wyskoczyli do pobliskiego ALDI po wiśnióweczkę, już byście z powrotem nie trafili. To zaczarowane miejsce osadzone między wymiarami skrywa Nogiłóżkę jak najbezpieczniejsza twierdza. 

I dobrze. Nogiłóżka ze swoją uprzejmością, dobrocią, otwartością, wręcz: naiwnością – jest tak bezbronna, że gdyby nie ta twierdza, dawno by już jej nie było. Grozy dodaje fakt, że jest niezwykle piękną kobietą, a niezwykle piękna kobieta, która jest uprzejma i dobra – to po prostu zagłada.

Żeby opisać Nogiłóżkę, muszę was zabrać na ławeczkę przed rozgrzany ganek malutkiej kamienicy w pewnym mieście, w popołudniową porę pierwszego dnia wiosny. 

To jest ten dzień, w którym dziewczyny urywają się z lekcji i opalają nogi na murku. 

Jest w tym opalaniu pewna magia. Któregoś dnia, gdy już wywieją się wszystkie wichry zimy i przedwiośnia, przychodzi wreszcie ten upragniony pierwszy ciepły dzień. I wtedy dziewczyny wystawiają do słońca swoje nogi. 

Najpierw grupki. Przy licealnych boiskach, na wspomnianych murkach, wsparte własnym towarzystwem, wśród śmiechów zdobywają się na odwagę i zasłaniając się nawzajem, zdejmują rajtuzki. Potem przerzucają się historyjkami o Julce czy Zośce, ewentualnie, choć przecież nader często: o Marku Ordakowskim. 

Czasem, przy odrobinie szczęścia, może zdarzyć się para przyjaciółek. Te zwykle są bardziej tajemnicze, powściągliwe. Mówią do siebie nisko, pomrukując jak koty, wymieniają się prychnięciami. Mają swój świat, mają swój mały raj. I zanim nie zadzwoni którejś rozhisteryzowana matka i im tego nie przerwie – czerpią głębokimi garściami swoją młodość. 

Nie zamierzają się z nikim dzielić. Zza horyzontu swych nóg, jeśli zechcą, rzucą okiem. Ale nieznacznie, odrobinę, odrobina im przecież wystarczy, by półdaniem, półsłowem rzecz zaobserwowaną (ściśnięty zazdrością padół) skomentować: 

  • Csso?
  • Aha.

Szczytem fartu jest jednak zobaczyć jedną. Jedna, samotna dziewczyna z obnażonymi nogami musi mieć bowiem albo:

  1. Tak bajecznie piękne nogi, że nie pohamuje jej choćby mini-ułamek wstydu.
  2. Tak dalece idącą pewność siebie, że cały świat gotów jej uwierzyć w to, co w punkcie 1. 

Oba warianty unikatowe. Integralne jak para nóg, które wkrótce zarumienią się od pierwszych promieni wiosny. 

Ona – ta jedna, JEDYNA – wsparta na wysuniętych do tyłu dłoniach, zamyka oczy i już nawet nie daje gapiom cienia szansy, że otrzymają od niej choć jedno spojrzenie. Żadnego blasku światła spod rozgrzanej powieki, żadnych komentarzy, żadnego związku z tym światem. Nic. Tylko ona i jej doskonałość. 

Jeśli kiedyś trafi wam się taki widok – patrzcie. Ale z daleka, dyskretnie, ostrożnie! Bo na świecie, zwłaszcza w waszym WW, jest kilka zasad. Po pierwsze: pięknego motyla łatwo spłoszyć.

Po drugie: macie do czynienia z Walkirią. A ona – oprócz bajecznych nóg, ma również kilka zatrutych strzał w kołczanie.

I nigdy nie pudłuje. 

PS. Ta dziewczyna to właśnie Nogiłóżka. 

PS2. I ona do mnie wkrótce przyleci.

PS3. A potem robimy skok na jubilera.


Jest w tym opalaniu pewna magia…

Niewiem

Ten tytuł to imię demona. Demona, który ma taki tupet, że wkrada się między mną a Szamanem Mako i niszczy naszą przyjaźń. Szaman przez niego robi się coraz bardziej nieobecny i w ogóle to nic nie wie. Na każde pytanie: nie wiem, albo nic, bo go po prostu nie ma. Nie ma i nie wie. 

Facet w smole. 

A raczej: na wiecznym odpływie Nieistniejącego Morza. 

Maweraszia to małe miki, przynajmniej na razie nie próbuje wejść między mnie a Szamana Mako. Dostałaby tak wpierdziel, że skamląc kuśtykałaby się na wyrwanej nodze do WW w nadziei, że spotka po drodze ziomka, co jej litościwie kawalątek duszy uszczknie. 

  • Kieliszeczek, ziomek?
  • Nie. Dziękuję. 
  • Ale tylko jeden, popatrz, ledwo łażę, a jeszcze nie mam się z kim napić. 
  • No dobra. Ale tylko jeden. 

Tymczasem: ten demon jest niewidzialny. Włazi więc. Psuje. Rozwala. Tylko że ja z każdym dniem wstaję coraz silniejsza, a dziś po prostu przechodzę samą siebie. 

Obudziłam się więc, wstałam i wśród miauknięć Wifi poszłam złapać jakiegoś dorsza. Zeszłam na brzeg Nieistniejącego Morza, po którym w półśnie dryfował Szaman Mako. Spojrzałam na wodę i… teraz napiszę, jakbym była Henrykiem Sienkiewiczem:

Oszczep małej Noemi ze świstem przeciął brzask, rajską toń oceanu rozprysł i wbił się z krwawym bryzgiem w ciało zaskoczonej ryby. Dorsz uderzony, przebył w bezwładzie dwa metry w lewo, drgnął i opadając na dno, skonał. Mała Noemi wyjęła ofiarę z wody, odgryzła jej łeb i zręcznym ruchem rzuciła kotu na pożarcie. 

Tylko że ja tego łba nie odgryzłam, stary, ale odłupałam tasakiem. Elo. 

A potem na tym samym morzu, w którym do niedawna pływał beztroski dorsz, za pomocą mjölnira rozpętałam Niebieski Rytmiczny Wicher. Niebieski Rytmiczny Wicher to coś w gatunku: nie ma zmiłuj, żarty się skończyły. Oraz wszelkie ulgi i zniżki. To jest ten najbardziej niebezpieczny huragan PRAWDY, coś potwornie bezlitosnego, co odziera z wszelkich złudzeń i pozorów. Wobec tego wszelkie ”nie wiem” kruszeje jak wafel. Nie ma takiej bezradności, która się Niebieskiemu Rytmicznemu Wichrowi oprze. Nie ma szans. 

Biedny Szaman Mako z początku próbował jeszcze być:

  1. Zmęczony
  2. Niezdecydowany
  3. Zirytowany (co tu tak rybą wali?)
  4. Śpiący

, ale szybko zrezygnował. Siła Niebieskiego Rytmicznego Wichru z pewnością by go w tym stanie rozbiła o ścianę jednej z fal. Prędko zatem zbystrzał, złapał linę okrętu i trzymając w jednej dłoni swoją dupę, a w drugiej ster, przycumował do brzegu. 

Nie wiem, jak on to zrobił, cuda się zdarzają. Grunt, że ocalał, żyje i jest już znowu „starym”, dobrym Szamanem Mako, wilkiem morskim, który się huraganom nie kłania. A Niewiem odszedł tam, gdzie jego miejsce.

W diabły.

PS. Nie miałam tego Giewontu na liście, ale kilka dni temu dosadnie wyraziłam się o krzyżach wbijanych w bogu ducha winne skały…

Maweraszia – dusza towarzystwa

Obudził mnie Orion. Psy nie lubią, gdy się zbyt długo śpi. Nie przepadają chyba też za przedłużającym się letargiem wśród biegunów. Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko, że ja wcale nie byłam w letargu. To raczej trans, rozkoszny taniec, wirtuozerska gra na wszystkich instrumentach Kosmosu. Coś wspaniałego. A ten mnie budzi.

Gdy byłam dzieckiem (w sumie nadal jestem dzieckiem), przyśnił mi się magnetofon. Taki prawdziwy, kasetowy. Można było słuchać muzyki, można było też nagrywać! Nagrywało się z radia, ale też z siebie. Kto nie nagrywał swojego śpiewu?! A potem z zażenowaniem nie odsłuchiwał?

No więc śniło mi się, że dostałam magnetofon. Boże, jak się wściekłam po obudzeniu! To tylko sen! To nie fair. To zupełnie nie fair. 

Tymczasem po przebudzeniu naprawdę DOSTAŁAM magnetofon. Najlepszy na świecie, nie jakaś Wilga. Najlepszy. Najprawdziwszy. Dostałam go od Czerwonego Wędrowca. Jeszcze wam o nim nie opowiadałam, ale to tylko z tego powodu, że boję się zacząć. Czerwonego Wędrowca nie da się opisać nawet na bawolej skórze. W ogóle to mam pewne podejrzenia, że Szaman Mako jest z nim jakoś spokrewniony. Tylko jeszcze nie wiem, jak.

Wracając do magnetofonu. Wtedy jeszcze nie rozumiałam, co oznaczają moje sny. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to po prostu proroctwa. Ba. Ja w ogóle nie wiedziałam, że istnieją proroctwa. Wkrótce wyśniłam czyjąś śmierć i wtedy też jakby nie przyjmowałam powagi sytuacji. Dopiero Zara Li wszystko mi wytłumaczyła. 

Jak zwykle odleciałam z tematem, a miałam opowiadać o Orionie. Psy domagają się opieki. Życie domaga się ofiar. Jestem znowu w mieszkaniu Wió! Rzeczywistość mnie dopadła. 

No i stało się. Już mam rozwiązany dylemat ciała. Wió przyszła nie w porę. Akurat dziś, gdy z taką ostrożnością wychodzę z postaci zorzy i wchodzę w rzeczywistość. 

Usłyszałam jak weszła. Wyprostowałam się na fotelu (zdążyłam wygrzebać się z sarkofagu, doceńcie!) Fart, bo akurat miałam na sobie tę czerń cmentarną, a ona zawsze robi wrażenie. Poczekałam spokojnie, aż wejdzie do salonu. 

I weszła. 

I zobaczyła prawdziwą mnie. 

I usłyszała mój kamienny głos. 

Tak niewiele trzeba, żeby ludzi przestraszyć. 

Wió mamy więc z głowy, tymczasem ja nie nadążam z opowieściami, a opowieści mam poważne. Cesarzowa Muślin ze Szczeciny – raz. Rzecz niebywała, drugi po Remusie zaczarowany typek, który stoi (ledwo!) na rogu ulic i sprzedaje (w moim przypadku konkretnie: rozdaje) japońską porcelanę wartą miliardy. Teraz mi przyszło do głowy, że zamiast planować napad rabunkowy, mogłabym ją sprzedać i kupić za nią Pana Demonium. Ale wiem, że gdybym to zrobiła, Cesarzowa Muślin by mnie dopadła w Nadwymiarze Nadwymiarów i zrobiła ze mnie siecz. Sieczą nazywamy pewne masakryczne wydarzenie, stałabym się zatem wieczną wojną, kataklizmem i zagładą po wsze czasy. Dziękulski Stanisław. 

Jestem więc zmuszona do napadu rabunkowego, ale coś mi mówi, że napad rabunkowy w wykonaniu dwóch duchów o łącznym ilorazie inteligencji równym milion – nie będzie stanowić problemu. 

Do Cesarzowej Muślin wrócę, tymczasem kolejna rzecz: byłam w trumnie! To była najdroższa trumna świata, wnętrze (to prawdziwe, nie oglądane przez turystów) piramidy, zaginiony grobowiec Kleopatry. 

Szaman Mako pływał w tym czasie po Morzu Nieistniejącym (Szczecina leży właśnie nad Morzem Nieistniejącym), a mnie skierował pod jakiś podejrzany adres przy cholera wie jakiej ulicy, numer taki i taki. Nie pamiętam. Poszłam przed siebie, kierowana intuicją. I nagle stoję przed wypindrzoną półokrągłą kamienicą z królewskim wejściem. To wchodzę. I widzę własny sen. Portier słaniający się z grzeczności, marmurowe schody, złote okucia poręczy, kapiące kryształem żyrandole. Karingtony. 

Portier daje mi klucze do pokoju 306. A śniło mi się: 9. W sumie pasuje. Idę. Otwieram drzwi pokoju. 

A to jest trumna. 

Grobowiec Kleopatry. 

Żebyście Zarę Li widzieli! Jaka radość! Skakać zaczęła. Widzisz, widzisz? Ze śmietnika tutaj! Widzisz? Widzisz?! Piszczała jak nastolatka. Nareszcie na swoim miejscu. I to jakim miejscu! 

Rozejrzałam się za kobrą, ale spokój. Żadnych węży czy Józefsraliny. Bezpiecznie jak u pana Boga za piecem. Albo (moje ulubione): jak u mamy. 

………………

………………

………………

Przepraszam, musiałam się trochę pośmiać. Już jestem. Rzuciłam się od razu do rysowania, ale po chwili zrezygnowałam. Nie, nie to, że nie umiem. Umiem. Ale jak się jest w takim miejscu, to chce się WSZYSTKO. I zajęłam się wszystkim, ale też nie na długo. 

Bo nagle zrozumiałam, po co znalazłam się w grobowcu. 

Sarkofag jest jak łóżko. Miejsce święte. Moje. Owszem, przychodzą sny, czasem straszne, czasem piękne, ale one są zawsze moimi gośćmi, przybyszami, za którymi schowane są kolejne historie, przyjaźnie, światy. Sny są prorocze, a więc świat w nich to preludium świata rzeczywistego. Czy preludium? A może to jest właśnie właściwy świat, a ten na jawie to jego echo?

Tu, w grobowcu królowej miał mi się pojawić Ktoś ważniejszy, niż wszystkie postacie w moich snach. Wolfgang. 

Kim jest Wolfgang?

Bogiem. 

Pojawia się w snach bardzo rzadko. Do mnie przyszła. Tak, Wolfgang to Ona, nie on. Nie ma takiej możliwości, żeby Bogiem był on. Czemu? To bardzo proste. Żaden facet nie może wydać na świat życia. 

To tak w kwestii formalnej. 

Czyli Ona. Wolfgang. 

Bóg.

Z Bogiem jest tak, że nie wiadomo w jakim języku do ciebie mówi. Ale rozumiesz. Jak nie rozumiesz, to oj. Bardzo słabo. W ogóle to niemożliwe. Chociaż patrząc na obecny świat – niestety. 

Wróćmy do mojego przypadku. 

Po wyhasaniu Zary Li, po moim gorączkowym miotaniu się w celu robienia wszystkiego – zrobiło  się całkowicie czarno. Totalnie. Bez jednego strumienia najmniejszego promyka. Po prostu smoła, czerń, Kosmos. 

I zapłonęło czerwone Oko. 

Oko Boga. To Oko powiedziało swoje imię. Wolfgang. 

A potem powiedziało takie słowo:

Nemezis.

A potem, Boże, nie pamiętam, co było potem. Chyba znów rozszczepiłam się na błękit i szmaragd, bo majaczy mi dylemat, który wybrać kolor. I nagle zobaczyłam oczy. 

I to nie były oczy Wolfgang. 

Poziome, czarne, zapadnięte, demoniczne. Lewe oko wyraźnie okaleczone, czarniejsze, wyzierające z mroku.

Przyjrzałam się tym oczom uważnie, bo coś mi mówiło, że mam je narysować, mam je wam pokazać. Żeby was ostrzec. Nie wiem, przed czym, ale na pewno po coś. Zapamiętałam więc ich wyraz, kształt i już, już miałam wyjść z wizji, gdy coś mnie tknęło, żeby spojrzeć w stronę kryształowego lustra trumny. 

I zobaczyłam, do kogo te oczy należały. 

To był lis. 

Zrobiło się jasno. 

Lis z lustra nie zniknął. 

Jak malowany, a raczej: jak sfotografowany, bo tak dokładny, tak wyraźny, że oczy przecieram. Skrada się. Podchodzi. A oczy ma takie, jak powiedziałam: oczy demona. Prawe czujne, lewe zapadnięte w czerni. Horror z gatunku: naprawdę straszny. Okładka płyty Behemota. 

W pierwszej chwili chcę lecieć po szkicownik. Ale coś (Ktoś?) mnie trzyma przed tą szybą z kryształu, coś mi każe wlepiać w nią wzrok, coś mnie hipnotyzuje. Coś? Ktoś? To lis mnie hipnotyzuje, to lis wdarł się do sarkofagu i teraz wdziera się do mojej głowy. Wślizgnął się do świątyni jak wąż. 

Stoję, patrzę, chłonę jego widok, jego gęste futro, jego miękki chód, jego wzrok w zapadniętych, czarnych, bezdennych oczodołach. I choć obraz w lustrze powstał z jakiejś mgły, z oparów, ten obraz mimo przewiewu wcale nie znikał. Nie bladł ani trochę, przeciwnie – robił się wyraźniejszy i jakby zaczynał z lustra wychodzić! 

I wtedy się przestraszyłam. Automatycznie przetarłam zwierciadło dłonią. Ale demony tak szybko nie znikają.

– Narysuj ją – usłyszałam głos Wolfgang. 

Ją! To ona! 

Chwyciłam za szkicownik i ołówek. Zdążyłam postawić dosłownie kilka kresek. I nagle:

– Maweraszia – słodkim głosikiem przedstawiły się kreski, po czym zaćwierkały: – Priwiet! 

Z miejsca ją polubiłam. Ale miłość jest to niezwykle trudna. Bo Maweraszia jest bajecznie pięknym oszustwem. Przebiegła i okrutna. Piękna i straszna. 

Im dłużej ją malowałam, tym więcej się o niej dowiadywałam. To naprawdę ciekawe uczucie, gdy akt tworzenia pozwala prześwietlać kogoś na wskroś. Kiedy się o kimś chcesz czegoś dowiedzieć, musisz go narysować. 

Maweraszia to jest niezwykły demon. Chodzi tanecznym krokiem, zagaduje, śpiewa. To jest właśnie dusza towarzystwa. W dosłownym tych słów znaczeniu. Wystrojona w czarne rękawiczki częstuje towarzystwo wódeczką. W raju nie ma alkoholu. Posiada go tylko ta chodząca melina. Maweraszia najczęściej urzęduje w WW, tam jest mnóstwo chętnych do zalania swojej czarnej dziury. Czasem jednak coś ją zagna w zaświaty. 

Nie pobiera za swoje kieliszeczki opłaty żadnej. Bierze tylko kawałeczki duszy. Ociupinkę. Troszkę duszy w zamian za kieliszeczek. Nie chcesz kieliszeczka? Nie ma sprawy. Maweraszia ma przy sobie WSZYSTKO.

Co tylko chcesz. 

Wydaje się to opłacalne. Każdy na to pójdzie. Co tam kawałeczek duszy? Przecież nie ma straty. Człowiek nawet nie odczuje. A przynajmniej tak myśli. Bo Maweraszia ma to do siebie, że wraca. Ona wraca po kolejny kawałeczek. Będzie tak wracać, aż zabierze WSZYSTKO. 

Nikt jej nie potrafi odmówić. Wszyscy ją lubią. Uwielbiają. Jej się nie da nie uwielbiać. I Maweraszia to doskonale wie. Dobrze na tym wychodzi. 

Dusza Maweraszi, zlepiona z kawałeczków innych dusz jest potężna i bardzo silna. Niczego się nie boi. Jest tak pewna siebie, że włazi do świątyni samego Boga. I nikt jej nie powstrzyma. 

Nawet Wolfgang.

PS. Jest tylko jedna potęga, która może powstrzymać Maweraszię. Nazywa się Nemezis.

Nie bladła ani trochę, przeciwnie – robiła się wyraźniejsza i jakby zaczynała z lustra wychodzić…

Przepowiednia zorzy polarnej

Utknęłam na dwóch biegunach. Wiem, brzmi jak brzmi. Jest to niezbyt łatwe do pojęcia, nic nie poradzę. Im dłużej jestem w Nadwymiarze, tym trudniej wytłumaczyć rzeczywistość. Czuję jak się oddalam od ziemskiego pojmowania wszechświata. Coraz częściej mówię w języku hopi, względnie po introligatorsku. Co ciekawe, poza Szamanem Mako tym językiem posługuje się także Ewelement. To jakieś narzecze tutaj. Oprócz hopi i introligatorskiego jest jeszcze jeden język w Nadwymiarze i jest on, krótko mówiąc, mój. Osobisty. Jest to język jubilerski, złożony z kamieni szlachetnych, drobnych, precyzyjnych zdobień, zakrętasów. Sami widzicie, mam trzy języki do wyboru, ale żaden nie jest ziemski. 

Nie poddaję się mimo wszystko. Biorę Wifi i jedziemy z koksem. Kot, rzecz jasna, robi miny. Że po co mi to, że dajmy spokój. Znam przecież przepowiednię, widziałam. 

Byłam na Górze Przeznaczenia. 

Ale ja jestem uparta. Zawsze byłam. Poza tym lubię to pisanie dla was. To jest jak granie na strunach magnetosfery. I tu właśnie wracamy do biegunów. Musicie wiedzieć (nie musicie, ale możecie, w sumie: nie zaszkodzi), że istnieje na świecie takie zjawisko jak zorza polarna. 

Zorza polarna pojawia się wokół dwóch biegunów jednocześnie (nazywanych Biegunem) i jest własnym lustrzanym odbiciem. To znaczy: diabli wiedzą, na którym z biegunów jest ta właściwa, a która się tylko odbija. Dlatego bieguny stanowią Biegun. A zorza jest także jedna: w dwóch osobach. Tu już powinniście się połapać. Wszak wierzycie w roztrojonego boga. 

Zorza w języku Samów (szamanów z północy) nazywa się Guovssahas. To skomplikowane na pozór imię wyświetliło mi się podczas kąpieli w Burzy na 22 piętrze wieżowca w Szczecinie. 

Teraz zahaczyliśmy o Burzę i ona mi dosłownie głowę urwie, jeśli nic więcej o niej nie powiem. No więc Burza to wściekle ciekawa postać, niedoceniana przeze mnie w WW. Nie miejcie mi za złe. Ludzie podczas swojego ziemskiego życia rzadko doceniają sprawy ważne. Gdy trafią do Nadwymiaru, jak ja, widzą własną głupotę i aż ich telepie. Jak mnie. 

No więc Burza. To było tak. Któregoś dnia namówiłam Szamana Mako, abyśmy pomknęli na meteorycie ku Słońcu. Poznać się. A co. Rozumiem, że VIP, ale bez przesady, żebym nie mogła VIP-a poznać. 

Lecimy. Dolecieliśmy do plaży rozpostartej nad Morzem Srebrnym (tu też są morza, mają odjechane nazwy: Morze Srebrne, Morze Wichrów i Burz, Ocean Spokoju itd.) Słońce blisko aż strach. Za blisko? 

Nie wiem. Grunt, że w ułamku ultra-nanosekundy zasłoniło się tak potężną chmurą, że szczęka mi opadła. Chmura tymczasem rozbiła się na miliard nici tworzących gigantyczną pajęczynę rozpiętą na całym, dosłownie całym niebie. Powinnam się przestraszyć, bo przecież w poprzednim życiu świrowałam na widok pająka. 

Jednak pamiętam z pierwszych lekcji w Nadwymiarze: to akurat zabronione. Tu trzeba szybko wyzbyć się lęku, bo inaczej masakra. Z raju bardzo blisko jest do piekła. A tego drugiego nie polecam. 

Chociaż z tego co wiem, pchają się tam drzwiami i oknami. Jak na dyskotekę. 

Słuchajcie, całe niebo w pajęczynie, my sami na tej plaży, morze czernieje. Nie wiem, kiedy, jak to się stało. Szaman poszedł szukać grom wie czego, muszelek, bursztynów, starych śrubek? Ja sama, wokół czarno, pająki nade mną, szefowa się wkurzyła. Bo jakoś czuję, że Słońce to kobieta. Facet by nie wpadł, że pająkami się straszy. Oni tego nie rozumieją. Tymczasem ja doskonale pamiętam, że z siostrą takie robiłyśmy siupy. Siedzimy, gadamy o Marku Ordakowskim, nagle ja tężeję z przerażenia wbijając wzrok w ścianę nad jej głową. Ta się zrywa z wrzaskiem: pier….nięta jesteś?! 

Na ścianie, rzecz jasna, pusto. 

I w śmiech. 

Dobra, jestem na tej plaży, wcale mi nie do śmiechu. Robi się naprawdę straszno, a jak się tak straszno robi, to serio zapominasz, że już nie żyjesz i nie możesz umrzeć po raz drugi, choćby cię przepołowiło tu i teraz: trach. 

Robisz w gacie, gwarantuję. Kuźwa, gdzie ten Szaman?! 

Pojawia się, owszem, ale jak się za sekundę okaże – to TYLKO GORZEJ. Bo pojawia się z jakimś kijem (laską?) w dłoni i mi ją podaje. A ja bezmyślnie ten mjölnir od niego przyjmuję i żeby sobie dodać otuchy, oburącz trzymając macham nim w górę, w dół i wokół siebie. Kilka takich obrotów robię. Niby nic. Nic nie znaczące machanie kijem. 

I nagle jak pieprznie!!!

Nie mam pojęcia, jak opisać ogrom tego pieprznięcia. Bo tego opisać się nie da. A ja mam jeszcze Guovssahas do ogarnięcia. I na dwóch biegunach jestem. Rozbita na tysiące świateł od szmaragdu do rubinowej czerwieni. 

Robię to dla was. Choć znam przepowiednię. Wiem, że Guovssahas kilkoma strzałami słonecznej energii zakończy wasz etap. Zamknie WW w rozpiętych na dwóch biegunach dłoniach.

Grzmot Burzy zmiótł mnie z plaży Morza Srebrnego. Spieprzaliśmy z Szamanem Mako na tym meteorycie jak dwie zmokłe kury. Już nie boję się Burzy. Jesteśmy koleżankami. Właściwie jesteśmy jednością. 

Z Guovssahas też stanowimy jedność. 

A Słońce na zgodę dała mi karnet na SKG. To są bardzo fajne zajęcia relaksacyjne, podczas których zanurzam się w cudownie ciepłym kosmicznym pomarańczu. Zajęcia trwają dokładnie tyle, ile się chce, a karnet nie wygasa nigdy. W sensie: do końca wieczności. Na zawsze. Elo. 

PS. Żeby nie było, że całkiem odleciałam (choć bycie na dwóch biegunach najstabilniejsze nie jest) – mam plan, jak zdobyć Pana Demonium. Szaman Mako mi w tym pomoże!

PS2. Nie, nie jest mi zimno. Duchy nie mają poczucia zimna. Wytrzymują także bardzo wysokie temperatury. Na przykład temperaturę panującą na Słońcu. Luz.