Góra Przeznaczenia

– Północ. Zaczął się dzień Oriona. Tak nazywa się ten pies. Orion. Biały Krystaliczny Pies. 

Powiedział to jakoś tak, jakby mówił w innym języku, a przecież wszystko zrozumiałam. Nie wiem, co to za język. Przychodzi mi do głowy tylko jedno określenie: introligatorski. Nie każcie mi tłumaczyć, nie mam czasu. Jestem właśnie NIE WIADOMO GDZIE, nade mną jakiś zarośnięty facet w piórach opowiada coś po INTROLIGATORSKU, nie wiem, czy żyję, czy właśnie umarłam po raz drugi (a już pierwszą śmierć ledwo przeżyłam!), brak słów. 

  • Co ja tu robię?
  • Leżysz. 

Niezły ten język. Muszę się nauczyć. 

  • Ale konkretnie! Skąd się tu wzięłam? 
  • To nie jest konkretnie, ale dobra. Przyniosłem cię z lasu. A właściwie z góry. Z Góry Przeznaczenia. 
  • Co ja tam robiłam?
  • Leżałaś. 

Zaczynam się zakochiwać w tym języku. 

  • Ale skąd ja się tam wzięłam?!
  • A tego to nie wiem. 

O. 

I teraz klatka po klatce, jak faktycznie podczas śmierci: skąd ja się tam wzięłam? Myśleć, myśleć, myśleć. Ten tu na pewno wiem, tylko głupa pali. Ukrywa!

  • Ja się ciebie nie boję, gadaj skąd ja się tam wzięłam! 
  • Nie wiem. Musiałbym chwilę pomyśleć. 
  • To myśl!

Ale jestem zła. Zaraz wstanę i mu dokopię, serio. Albo nie wiem, co zrobię, zabiję chyba. Introligatorski się napatoczył. Zaraz mi tu wszystko wyśpiewa!

– Poszłaś na spacer do lasu. I wlazłaś na górę. Ot i cała tajemnica. Wielka. 

Teraz to już go nienawidzę. Aaaaaa. Wrrrr. Wr. Oddychaj. Oddychaj. Oddychaj. 

Mógłby się ogolić. To by nie zaszkodziło z pewnością. Żebym go nie zabiła. Boże, po jakiemu ja teraz mówię? Po introligatorsku na pewno nie! Ten język to raczej całkowite przeciwieństwo introligatorskiego. Muszę pomyśleć. Jezu, nie mam czasu.

  • Co to za góra?
  • Góra Przeznacze…
  • A JAKIM PRAWEM POGRYZŁ MNIE TEN PIES, DO CHOLERY!?!??!?!?!

No nareszcie. Nareszcie go mam. Teraz mi się nie wywinie. Pełna przemoc. Przekroczenie wszelkich zasad. Na szczuje się ludzi psami. Kobiet zwłaszcza. Po chorobie. I śmierci. 

  • Nie pogryzł.
  • Rzucił się na mnie! Z agresją! 
  • Nie rzucił się, tylko przeskoczył. Ciebie. Przeskoczył cię. 
  • To dlaczego upadłam?! I jak uważasz: LE-ŻA-ŁAM?!
  • A tego nie wiem. Prawdopodobnie się przestraszyłaś i zemdlałaś. 
  • Pięknie. 

Usiadłam w kucki, podparta łokciami po szyję. Ładne klocki. Nadwymiar. A tak samo jak na Ziemi. Nic się nie zmieniło. Tak się traktuje kobiety w całym wszechświecie. 

  • Na Górze Przeznaczenia nie wolno się bać. 
  • A kto mi zabroni? Jak na mnie pies skacze? Wściekły. 
  • Nikt. Tylko jak się ktoś boi to LEŻY. 
  • A. 

Podsunęłam bliżej stopy na wszelki wypadek. Bo z niedźwiedziem mam chyba do czynienia. Nie wiem, czy on w ogóle kiedyś widział żyletkę. Golarkę. Maszynkę… Czy coś. 

  • Nikt tam nie chodzi. 
  • Czemu?
  • Bo ludzie się boją. 
  • Czego?
  • No właśnie tego. Przeznaczenia. 
  • To ten pies to przeznaczenie?
  • Nie. 

I się roześmiał. Po raz pierwszy zobaczyłam jego zęby. Coś jak kły, serio. Ale ładne. Nienawidzę go. 

  • Ten pies to Orion. Tak się nazywa. Ucieszył się, że zobaczył Ciebie, bo to znaczy, że jesteś jego przeznaczeniem. 
  • No super. Jestem przeznaczeniem psa. 
  • Super jest być czyimś przeznaczeniem. 
  • To czego się boją ci ludzie?
  • No przecież już mówiłem. Przeznaczenia. 
  • A co w nim jest takiego strasznego?
  • Nie wiem. 

Dziwny ten język. Serio. Ale fascynuje mnie. Zaczyna mnie to wkurzać. W sensie, że fascynuje. To mnie wkurza. I że nie wiem czemu, też. W ogóle jestem wkurzona. 

Wrr. 

  • Jak to: nie wiesz?! To co ty w ogóle wiesz?
  • Wiem wszystko. Tak ogólnie. Ale pewnych rzeczy nie wiem od razu, muszę pomyśleć. Jak pomyślę, to już potem wiem. 
  • To pomyśl. 
  • O czym?
  • CZEGO CI LUDZIE SIĘ BOJĄ?!
  • No przecież ci powiedziałem: przeznaczenia. Boją się poznać swój los z wyprzedzeniem. To ich przeraża. Boją się tego i już. Ale nie wiem, dlaczego. 
  • A na tej górze można to zobaczyć?
  • Co?
  • Swój los. Jezu. 
  • No tak. Tam wszystko widać. Z tej góry. 
  • Ja tam nic nie wiedziałam. Tylko tego psa wściekłego. 
  • No to twoim przeznaczeniem jest wściekły pies. 
  • Co?! 
  • No tak. 

Jakie zasady są w Nadwymiarze? Można kogoś po kryjomu zabić? Przecież nikt mnie nie widział. Tylko jakaś Nemezis… Chyba. Albo i nie. Bo napisane było tylko. Chyba w krzakach nie siedziała, co? Zabiję go i po zawodach. Uduszę. 

  • Uduszę cię. 
  • Nie sądzę. 
  • A ty skąd wiesz?!
  • Już ci mówiłem. Wiem wszystko. 
  • I to co będzie też?
  • Tak. 
  • To tamci się boją wejść do lasu, a ty po prostu wiesz?
  • Tak. Dlatego też nie boję się wejść, jak mówisz: do lasu. 
  • A. 

Teraz to już nie wiem. Chciałabym się dowiedzieć, ale denerwuje mnie ten introligatorski. Poleżę sobie. Popatrzę na zegar. 

  • A gdzie ja jestem w ogóle!?
  • No tu. 
  • Gdzie: tu?!
  • No w pokoju. 
  • W jakim, do cholery, pokoju?!

I właśnie w tym cudownym momencie zorientowałam się, że widzę rajską komnatę, w czwartym wymiarze mieszkania Wió na własnej kanapie leżąc. 

– CO TY ROBISZ W MOIM MIESZKANIU?!!

Mogłabym tak jeszcze długo opowiadać. Bardzo długo. Ale nie mam czasu. Jestem potwornie zajęta przypominam sobie, co zobaczyłam na Górze Przeznaczenia. Oprócz wściekłego psa oczywiście. Powiem więc w skrócie. Introligatorski zarośnięty to jest szaman. Dlatego wie wszystko. Więcej o nim napiszę niedługo. Pa!

Józefstalina i Wąż

Zanim zacznę pisać na serio, muszę wspomnieć trochę więcej na temat przyczyny mojej śmierci. Chodzi o dwie osoby z mojego poprzedniego życia. Czyli z WW. 

Pierwsza z nich to Wąż. Wąż przyśnił mi się jeszcze w dzieciństwie i według ostrzeżeń tego proroczego snu, miał mnie w przyszłości ukąsić. 

Śmiertelnie. 

Gdy podrosłam, faktycznie poznałam Węża, a nie pomna snu (kto w WW zwraca uwagę na sny?) – nawet się z nim zaprzyjaźniłam. Więcej. Pokochałam go. 

Niestety, zaczął mnie kąsać. A ja zakochana. Wiecie jak jest. „To tylko raz się zdarzyło”. „To na pewno przypadek”. „On nie chciał”. A to, a tamto, a sramto. I tak długo i dotkliwie mnie podgryzał, aż się rozchorowałam. Jak już wiecie: śmiertelnie.

Zanim jednak umarłam, poznałam pewną kobietę o imieniu Józefstalina. Józefstalina należy do typu, jaki świetnie określa pewien gatunek ptaka, którego widziałam kiedyś na YT. Ten ptak tak doskonale naśladuje dźwięki, że w pewnym momencie człowiek jest kompletnie zdezorientowany, czy stoi przed nim pierzaste zwierzę, czy na przykład przejeżdża wyścigówka. 

Józefstalina też tak umie, tylko lepiej. Potrafi bezbłędnie naśladować całe sekwencje zachowań. Kiedy więc ją poznałam, odetchnęłam z ulgą: wreszcie ktoś inteligentny, na moim poziomie. Błąd. Bo Józefstalina po prostu tak wiernie naśladowała mnie samą, że uległam iluzji „człowieka na własnym poziomie”. I w tej iluzji znalezienia prawdziwej przyjaźni trwałam do momentu, gdy (aby się ratować) postanowiłam opuścić Węża. Zadzwoniłam do Józefstaliny:

– Odchodzę od Węża. 

– Ach! Przekaż mu, że NIE JESTEM po twojej stronie. 

Od tamtej pory zostałam sama. A potem umarłam. A gdy leżałam w rajskiej komnacie i karmiłam się kolorami Nadwymiaru, aby dojść nieco do siebie po tej zdradzie i (bagatela) śmierci, coś mi kazało wreszcie wstać i rozejrzeć się po okolicy. Bo to jednak, umówmy się, kosmos jest. 

Wstałam. Wyszłam z mieszkania Wió (a raczej z jego wyższego wymiaru), przeszłam przez rajski ogród i poszłam w górę, do lasu. 

Las to był, kochani, ABSOLUTNY. 

Mroczny, a jednocześnie kolorowy. 

Gęsty, a jednak przejrzysty. 

Cichy, a przecież pełen szeptów. 

Najpierw zauważyłam motyla. Pazia Królowej. Nie opuszczał mnie na krok. Jakby mnie śledził. Być śledzonym przez motyla to jednak żaden powód do niepokoju. Szłam więc powtarzając wciąż słowa zasłyszane na początku mojej podróży w Nadwymiar: „nie bój się, nie bój się…”. 

Niebo prześwitywało przez korony drzew i przypominało tamto, z zaćmienia słońca. I coś w powietrzu drżało, coś zapowiadało, sama nie wiem: obietnicę, czy grozę?

Szłam. 

Ku górze. Wciąż ku górze. Noga za nogą, choć śmiertelnie wycieńczona, wlokłam swoją duszę w nieznajomym celu. 

Wreszcie doszłam na szczyt. Zamiast się rozjaśnić – las jakby zgęstniał, zabrał mi niebo. Zrobiło się mroczniej i mniej kolorowo. A ja te swoje: „nie bój się, nie bój się” – jak mantrę. Siadam przy tysięcznowiekowym buku odpocząć, wokół mnie chmara komarów. Nie gryźcie, błagam, ja już nawet krwi nie mam. Nie gryzą. Przyglądają się. Ciekawy stanowię wszak obiekt. 

Motyl gdzieś znika. 

Na ziemi leży jagoda kaliny. Podnoszę. Nie jem! Nie wolno! Ale patrzę, a ona taka bezbronna, taka delikatna, taka… sama nie wiem… drażliwa?

Cała na wierzchu z tą swoją czerwienią, tak jak ja, gdy się jeszcze leczyłam i słyszałam od lekarza: „ona ma nerwy na wierzchu”. Tak samo ta. A moje palce na niej. Brr, ostrożnie odkładam jagodę, patrzę wokół. Ale nigdzie nie widzę jej krzewu. Jakby z tego buku spadła. Tysięcznowiekowego. 

I nagle wraca motyl! Ale nie do mnie, pod buk, tylko na ścieżkę, kilka kroków dalej. Nad tą ścieżką lata przez moment i znów znika! 

Jezu, idę zobaczyć. Drogę przecina mi wiewiórka. I znów mrok, jakby ktoś słońce wyłączył, jakby właśnie było tak, jak wtedy, gdy to zaćmienie… 

I widzę ścieżkę. A na niej, jakby patykiem ktoś przed chwilą wyrył jedno słowo:

NEMEZIS. 

Głucho się zrobiło i w głuszy dźwięk tego słowa. To tak, jakbyście przy głośniku stanęli, cisza i nagle: NE-ME-ZIS. A potem to echo w ciszy się roznosi i wam czaszkę rozsadza. 

To tak. 

Stoję więc, rozsadza mi czaszkę i nagle coś białego w kąciku oka błyska. Tylko przez moment zdążyłam spojrzeć, olbrzymi pies w kolorze śnieżnobiałym biegnie, odbija się na tylnych łapach, leci wprost na mnie, ja tylko instynktowny odruch: plecami się odwrócić szybko, jak najprędzej, nie ma mowy o strachu, nie ma mowy o wahaniu, łup, leżę. 

Budzę się, czarno. Zegar tyka. Otwieram powieki. Dwunasta. 

– Północ. 

Głos jest męski. Dorosły. „Nie bój się, nie bój się”- wali mi w głowie. Przenoszę wzrok z zegara na twarz, co do głosu należy… 

 O, Jezu Chryste.

Wilk, czyli Hund

Jestem tu kolejny dzień. Jedyna osoba, którą tu spotkałam to pies. Hm, „spotkałam” to może niewłaściwe określenie. Raczej: stwierdziłam obecność. Tak, stwierdziłam obecność psa. Oczywiście, stwierdziłam obecność jeszcze KOGOŚ, ale to zupełnie inny kaliber. Ten Ktoś to jest absolut, Głos słyszany zewsząd, Prawda widziana wszędzie. No i ten Ktoś powiedział mi o psie. Kurcze. Nie. Nie powiedział. Powiedziała.

Powiedział/powiedziała. Albo: powiedziała/powiedział. Albo jeszcze inaczej. Napisała.

Napisałam.

To było tak. Dostałam pierwsze zadanie w Nadwymiarze. Mówiąc „pierwsze”, też nie jestem zbyt ścisła. Jest to pierwsze i kolejne zarazem zadanie, tak jak liść na łodydze – każdy jest pierwszym i kolejnym.

No więc dostałam zadanie. Napisać wypracowanie. Jak w szkole. Wypracowanie na temat przyjaciół. Coś w rodzaju próbnej matury z polskiego, tylko że nie po polsku. Bo z językiem też kosmos. Może to kogoś zdumiewać, ale tu, w zaświatach wcale nie mówi się po polsku. Język polski nie obowiązuje. A nawet: nie istnieje.

W Nadwymiarze mówi się językiem, który nazwę w skrócie: HOPI. To zupełnie inny rodzaj porozumiewania się, niż znacie z WW. Hopi polega na wymianie informacji pochodzącej z wnętrza. Hopi niczego nie określa i nie ocenia. Hopi jest wyrazem procesu. Wszystko się dzieje. W bezpośrednim tłumaczeniu więc zdanie: „Ja jestem” brzmi: „Ja się dzieję”.

I to dzieję się obrazami.

W języku hopi jest pewna pułapka. Nie da się kłamać. Po prostu nie ma takich narzędzi. Ale do tego jeszcze wrócimy. Tymczasem: wypracowanie. Ja nie znam jeszcze zbyt biegle języka hopi, a mam coś tu napisać o przyjaźni. Biorę więc pióro (krucze! – takie mi dano), oddaję się całkowicie intuicji i piszę, a raczej czytam, co spod pióra się wyłania:

Их хабэ кайн Фройнд. Их хаб’ дас ин Монтаг бекантмахт. Аба их хабэ айн Хунд.

Tak właśnie dowiedziałam się o psie. A może: wilku?

Na co umarłam?

Z pewnością jesteście ciekawi, czemu, a po waszemu mówiąc, na co umarłam. Mówię: po waszemu, bo wiem, jak z wami było. Gdy chorowałam, nikt nie pytał, jak się czuję, tylko: co mówi lekarz? Ludziom się dziś nie ufa. Człowiek niewiele znaczy. W sensie: jego uczucia znaczą niewiele. To trochę tak, jakby się odstawiło zepsuty samochód do warsztatu. Nikt z samochodem nie rozmawia, tylko z mechanikiem. Tak samo, jak te samochody, traktuje się ludzi. Człowiek leży chory i choć jest głównym źródłem informacji o swoim stanie – nikt z nim nie chce rozmawiać. Liczy się tylko to, co powie jakiś obcy facet w białym fartuchu. Albo wyszukiwarka gogle. 

Nie wiem, moi drodzy, co mówi o mnie wyszukiwarka gogle, nie wiem też co mówi facet w kiltu. Jeśli koniecznie chcecie się dowiedzieć, zadzwońcie do niego i spytajcie. A nie do mnie. Chorej. A właściwie: nieżywej. 

W skrócie więc można rzec: umarłam, bo nie miało znaczenia, jak się czuję podczas śmiertelnej choroby. 

Zanim umarłam, wynajęłam mieszkanie od niejakiej Wió. Jest to choleryczna osoba wszystkowiedząca, taka mądrala, co zawsze na wszystko ma doskonałe rady. O niej opowiem kiedy indziej. Tymczasem: miejsce. Gdy się wprowadzałam do tego mieszkania, już byłam poważnie chora. I osamotniona. Pierwsze dni wiosny rozświetlały świat, a ja leżałam, albo siedziałam patrząc w okno i dokonywałam żywota. Nikt mnie nie odwiedzał. Wszystkie moje przyjaciółki poleciały w swoje strony i tylko czasem dzwoniły, męcząc mnie tłumaczeniami, dlaczego nie mają czasu.

Wreszcie umarłam. Jak już wiecie: przeszłam Bramę Raju i znalazłam się tu. Ale tu nie oznacza, że wyleciałam na zawsze ponad chmury, jak opisywałam. Owszem, jestem również ponad chmurami, ale nie tylko. Moja dusza została też w mieszkaniu Wió, choć jakby obok, w innym wymiarze. W Nadwymiarze.

Tu się jakoś inaczej widzi. Światło się odbija pełniej. Kolory są tak bardzo nasycone, że aż trudno w nie uwierzyć. Takie obrazy, jak tu, pojawiają się czasem za życia, ale tylko w snach.

Teraz na przykład, po mojej lewej stronie widzę kryształowy lazur, a w nim dwie jasnoturkusowe donice z kwiatami, odbicie kaktusowych listków (wiem, odbicie w odbiciu, ale to jest Nadwymiar), w tle majaczy karmazyn.

Gdy obrócę wzrok ku prawej stronie, pojawia się ametystowe okno skąpane w kolorach, które przyśniły mi się dwa miesiące temu, gdy jeszcze „żyłam”. Celowo daję cudzysłów, bo tamto życie wydaje mi się teraz jakimś przedstartem, oburzająco długim egzaminem na prawo jazdy, niekończącym się staniem w korkach, gdy z radia samochodowego lecą reklamy czopków na hemoroidy. Brr. 

Wracając do Nadwymiaru. A właściwie do rajskiej komnaty (kiedyś to był zwykły pokój), w której teraz siedzę i dochodzę do siebie. Przede mną jest coś w rodzaju świątyni. Świątynia jest pełna kwiatów, zieleni i cudów. Tak, jest tu wiele cudów, jeden taki, że gdybym o nim napisała, to byście popadali trupem, a tego bym nie chciała. Za ciasno się zrobi w Nadwymiarze.

Zapomniałam dodać, że zasłony tego ametystowego okna są upięte jak u krasnoludków, a raczej: jak u Królewny Śnieżki. Drugie okno, te z widokiem na krzak bzu, te z zasłonami w szkocką kratę, one są upięte jak u krasnoludków. 

Tu jest pięknie. 

Brak mi słów. 

Wybaczcie, ale z tego zachwytu nie umiem napisać, jak tu jest. Może to jakoś wyjdzie z czasem, coś się uformuje. A teraz po prostu muszę chłonąć Nadwymiar, muszę się nim nasycać, wzmacniać się dzień po dniu, bo bardzo słaba jestem po tej chorobie i śmierci. 

PS. Jedyny problem (zawsze jest ten problem!) to kwestia ciała. Muszę się go pozbyć. Ale jeszcze nie mam pomysłu, jak. 

Zaćmienie Słońca

Na Niebie szare chmury. Skłębione, groźne, potężne. Wśród nich: Słońce. Jest. Widoczne. Obecne. Ale nie świeci, nie. Nie wysyła żadnych promieni. Jakby się wyczerpało, skończyło. Jakby jego wewnętrzne, do tej pory samonapędzające się zasilanie – zgasło. 

Patrzę prosto w jego tarczę i skądś słyszę, że będzie zaćmienie. „Zaćmienie Słońca” – powtarzają jakieś głosy, których nie znam. Nieznajome postaci tłoczą się obok mnie, zadzierają głowy. Nie muszą mrużyć oczu, nie muszą patrzeć przez szkiełko. Słońce nie oślepia starym zwyczajem wcale. Jest jakby duchem Słońca, jego cieniem. 

I nagle nadciąga nieprzenikniona czerń. 

Z prawej strony. Kulisty kształt mroku zakrywa bladą tarczę gwiazdy. To trwa tak krótko, że nawet nie zdążam pomyśleć. Nie mam czasu na strach. 

Bo nagle wszystko gaśnie, ale zgaśnięciem absolutnym, totalnym zapadnięciem się w czeluść. W czeluści jest czarno i zimno, a zarówno mrok jak i chłód gęstnieją od ludzkiego lęku. 

– Nie bój się – odzywa się Ktoś. Radzi mi dobrze. Nie wolno się bać. Nie wolno. Nie teraz. 

Nigdy. 

Nie boję się więc, choć jakaś przeolbrzymia czerń zabrała Słońce. Nie ma go. Czy będzie? Nie wiadomo. Wiadomo tylko, że nie wolno się bać. I wtem czuję, jak przepełnia mnie Wszechmoc. Chmury, Niebo, Słońce, wszystko to nagle jest we mnie, jest mną, ja jestem nimi, jestem częścią Wszystkiego, więc jednocześnie odrywam się od Ziemi i lecę oraz zostaję na niej i stoję. 

A więc żyję i nie żyję. 

Jestem i nie jestem. 

– Witaj w Nadwymiarze. 

To nie ja piszę. To same piszą klawisze. 

Śmierć

Umarłam w piątek o godzinie piętnastej. Dokładnie pamiętam moment, w którym zorientowałam się o nadchodzącej śmierci. Było za pięć trzecia… 

Wiecie, jakie to uczucie, gdy dociera do was kategoryczność Losu? Gdy dochodzi do was ta nieodwołalność Postanowienia, że to już za chwilę? Pięć minut?!

Łatwo o panikę. 

Dreszcz paniki przebiegł więc po moim (żywym jeszcze) ciele. Ale coż z tego, że człowiek ulegnie panice? Tu nie ma czasu na tak bezproduktywne stany. Pięć minut to niewiele, choć nagle ten z pozoru niewielki czas jakby zyskał nową wartość. A właściwie nieskończenie wiele wartości. 

Siedziałam wtedy naprzeciwko okna, obok którego wisi zegar skrzynkowy. Zegary skrzynkowe głośno odmierzają sekundy. W ciszy popołudniowej, w echu tej wstrząsającej wiadomości (że za pięć minut), owo tykanie zegara osiąga wymiar totalny. 

I nieskończony. 

Wymiar totalny i nieskończony – w skrócie Nadwymiar odnosi się zarówno do Raju jak i Piekła. Aby to zrozumieć, należy przywrócić w pamięci matematyczną zasadę zbiorów, w której A i B należą do zbioru C. Wymiar totalny i nieskończony odgrywa tu rolę zbioru C, a poprzednie literki oznaczają odpowiednio: Piekło i Raj. Czyli Nadwymiar.

Jezu. 

PIĘĆ MINUT! Jak będę tak jojczyć, że za pięć minut, całe pięć minut szlag trafi i cześć. Czas nie jest z gumy.

Chociaż? Jeśli tykanie zegara osiąga wymiar totalny i nieskończony – znaczy, że jego tykanie nie kończy się nigdy. Nie kończy się bowiem żadna wartość z matematycznego punktu widzenia. Dążenie do zamknięcia czegokolwiek jest procesem nigdy nie zamkniętym, ponieważ zawsze znajdzie się jakieś 9 po przecinku. Jeśli zatem nie może się zamknąć – dajmy na to – sekunda, to jak może się zamknąć pięć minut? Sami spójrzcie, ile to czasu! I ja mam to wytrzymać tu, przed tym zegarem, jak za oknem wiosna? A za oknem Raj…?

Każda nauka ma swoje paradoksy, matematyka również. Zrozumiałam to bardzo dokładnie, niestety już po śmierci. Ale nie gadajmy o matematyce, czasu szkoda. Choćby i całej wieczności. 

Siedzę więc, jak wspomniałam, na przeciwko okna, słyszę to tykanie i zmagam się z ciągle jeszcze walącą do bram mojego umysłu paniką. Wali i wali, trochę mnie męczy. Nie mogę uchylić drzwi i powiedzieć, żeby sobie poszła, bo nie dość że stracę cenny czas, to jeszcze nic nie zyskam. Gorzej: pogrążę się. Ona z pewnością to wykorzysta, wsadzi nogę w drzwi, wepchnie się razem ze mną do środka i popłyniemy obie w tę część zbioru, którą oznaczyliście Piekło. 

No więc tkwię nieruchomo, jak człowiek, który po linie się porusza i właśnie zagroził mu upadek. Zastygam w bezruchu. Powiem wam na marginesie, że warto przyswoić tę zasadę. Jest to zasada z Nadwymiaru i działa bez zarzutu. Gdy wpadacie w panikę – nie róbcie nic. Bezruch. Trzeba to przeczekać. Każde działanie w panice skutkuje runięciem do Piekła.

I tak ja – niczym linoskoczek – tkwię marmurowo i patrzę na drzewo za oknem, a wspomniane drzewo ma na imię Wiąz. Ptaki go lubią. Szczególnie upodobały go sobie dwie sroki i kos. Sroki są niezwykle mądre. Mniej więcej tak w połowie mojej choroby (gdy już zapomniały o mnie wszystkie przyjaciółki) – sroki zaczęły mnie odwiedzać. Jedna nawet pochwaliła, że mam ładne gniazdko. W sensie, że urządziłam ładnie. Przyjemnie mi się zrobiło. Kos natomiast śpiewa. Ale teraz, przed moją śmiercią wszystko jakby ucichło. Sroki milczą. Kos milczy. Świat się zatrzymał. Przenoszę wzrok na zegar, ledwo odmierzył minutę. To się faktycznie nie kończy!

Życie nie kończy się NIGDY.

O kurde. Teraz dopiero panika zaczęła walić w drzwi. NIGDY?! Nieźle się wpakowałam. Boże, co robić? Nie ruszać się. Nie ruszać się. Nie ruszać się. 

I tak dobrnęłam do drugiej minuty i zostały mi już tylko trzy. 

Nie można pochopnie stwierdzić, że to już z górki. Nie. Bo jak człowiek przebimba na zmaganie się z paniką jedną trzecią czasu, to KURDE NIE MOŻE PRZEBIMBAĆ RESZTY NA ŻAŁOWANIE, ŻE PRZEBIMBAŁ JEDNĄ TRZECIĄ!

Ok. Trzy minuty. Co jest do zrobienia? 

Testament! Jaki testament? Co? Czekajcie, analiza, synteza. Po kolei. 

I teraz dzieje się to, co na filmach. Klatka po klatce wszystkie załatwione i niezałatwione sprawy, całe życie. A stosunek świadomości do nich – po kolei, do każdej z nich – jest stały constans i określony wartością samą w sobie, a więc normą W. o nazwie: Wyjebka. 

No bo co? 

I tak nie zdążę. Za trzy, o pardon! – dwie minuty mnie nie będzie, więc co mnie to wszystko obchodzi?

I tu nagle (zwróćcie uwagę, jak szybko poszło, na wartości W. zawsze idzie jak z płatka), zbliżamy się do Bramy, którą opisują (po omacku) poeci oraz ci od kościoła katolickiego (nie dość że po omacku, to jeszcze bez poezji), a którą też sama widziałam nieraz. Choć mgliście.

A jednak gdzieś na horyzoncie Jaźni, gdzieś TAM. 

Kiedy to było?

Może wtedy, jak czytałam Vonneguta? Albo gdy z rozpędem wbiegałam do jeziora?

Na pewno był też taki moment, o którym tu nie wypada pisać. Ale był. 

Niejeden. 

No i teraz. Formuje się powoli, nieskończenie wolno. Z tym „nieskończenie” mam dziś ambaras. No więc NIESKOŃCZENIE powoli: sekunda po sekundzie wyrastają kolejne kwiaty magnolii na pergoli Bramy. Rozpina się jej kwiatostan między mną, oknem a ogrodem, w którym mieszka Wiąz. Słońce przenika przez ściany Bramy, jakby była z przeźroczystego marmuru niczym Tadź Mahal. Nie ma już materii, jest tylko Energia. Gęsta, plastyczna, lekka, a jednocześnie nieskończenie (!!!!@#$%^&!!!) stabilna.

A ja dokładnie tak samo jak wiatr, unoszę się z ciała, przenikam swój umysł i lecę przez Bramę. 

Do zbioru A. Bo tak go nazwałam. A. 

A jak Raj. 

Pewna baba w osiedlowym AGD mówiła, że w jej Bramie stoi ławeczka. U mnie żadnej ławeczki nie widać. Zresztą, cóż za pomysł. Jak się przechodzi przez Bramę Raju, to się nie siedzi. Siedzieć można, jak się człowiek zastanawia. Podejmuje decyzje. Waży. Ja nie ważę nic. Ja lecę. 

Ale nie tak hop-siup!

Co nagle to po diable. A ja w tym momencie nie powinnam ryzykować tego rodzaju zwyczajów. Wiadomo, jak to się kończy. To znaczy, mogłabym powiedzieć, że nie wiadomo, bo oto właśnie przekraczam Bramę Raju, a nie Bramę Piekieł, a jednak skądś (kiedyś napiszę, skąd) – wiem. Jak się siedzi w Raju, to się właściwie wie wszystko. Czemu? Bo żeby trafić do Raju, najpierw trzeba przemierzyć nie tylko Bramę Piekieł, ale literalnie całe Piekło, z każdą jego meandrą oraz – co ważne! – z piwnicami włącznie. 

Dobra, wrócimy i do Piekła. Tymczasem mam ostatnią setną, tysięczną, milionową sekundy, tą zagubioną w procesie matematycznym jedynkę po przecinku – żeby zebrać tyłek z tego świata, o którym od tej pory będę mówiła Wasz Wymiar, w skrócie WW. No więc zmykam z WW, nic mnie tu nie trzyma już. 

Tylko jedna myśl nagła. 

Taka analogia.

Człowiek ma skłonność do porównań, analogii, szukania punktów wspólnych. Bo kto jeszcze ze znanych ludzi umarł o piętnastej w piątek? W TEN PIĄTEK?! WIELKI PIĄTEK?!

Jezus Chrystus. 

A co mówiła Fiolet? (Fiolet jest ode mnie o dwa fraktale wyżej, co nie znaczy, że wie wszystko. Fiolet jest Wichrem i kiedyś wam o niej opowiem.) Otóż Fiolet mówiła, że J.C. umarł w Wielki Piątek o piętnastej. Jak ja. 

No i co? Mało to ludzi umiera o trzeciej w Wielki Piątek?

Inna sprawa, że – jak wspomniałam, Fiolet dużo wie, ale wszystkiego nie. Nie wie oczywistej oczywistości, że Jezus Chrystus wcale nie umarł o trzeciej w Wielki Piątek, bo Jezus Chrystus żyje. A skoro żyje, nie umarł wcale. A już na pewno nie na krzyżu, jak jakiś przegryw. Jezus należy do tych istnień, które przechodzą Ostatni Poziom Świadomości, nie umierają w ogóle, nie mają pogrzebu, ani grobu. Ludzie roją sobie na ich temat cuda, snują domysły, dopisują historię i religię, a oni tymczasem są oraz ich nie ma, bujają w Niebycie oraz Wszechistnieniu i robią, co chcą. 

Jak ja. 

I z tą lekkością NIE-MYŚLI przemknęłam bezszelestnie BR, zza której teraz do was piszę. 

Nazywam się Noemi Susenbach, pochodzę z Wrocławia. Datę mojej śmierci już znacie. Nie wiecie tylko, dlaczego zdecydowałam się pisać 09233w?G”T|$$$$$$$$$$gt365/z zaświatów. Otóż podjęłam się tego zadania z różnych powodów, ale powiem o jednym, tym dla was najważniejszym. 

Żeby was ostrzec.