Pętla ewolucji

Tak naprawdę niby moment. Mgnienie. Niepojęte boskie natchnienie. Ułamek procenta sekundy na srebrzystej tarczy kosmosu. Chwila tak krótka, że (chciałoby się rzec!) niezauważalna. A jednak. NIESTETY. Trwa. 

Przydałby się jakiś meteoryt, planetoida, coś spektakularnego i ostatecznego zarazem: trzask, łubudu, koniec. Tymczasem nic się nie zmienia, dzień za dniem kalendarza wciąż to samo. 
Luty. 
Luty. 
Luty.

Przyszłością zajmę się jutro

Jestem u celu. W samiusieńkim centrum siebie. Kto by pomyślał? Wędrówka przez dżunglę, a na końcu, zamiast Szamana z pucharem – ja sama. 
Na jakim końcu?
Na początku. 

Układam myśli na półkach umysłu. W kosteczkę. Kolorami. Porządek jak u rasowej Panny. Przeszłość pakuję do worków, przyszłością zajmę się jutro. Dziś pierwszy dzień bez bólu w ramieniu. Poza rozlanym na dachach słońcu i podniebnym błyskiem piór mew, stanowi to niemożliwy do zlekceważenia powód euforii. 

Owszem, mam plan na życie. Jego doskonałość polega na tym, że może się nie udać. Pozwalam ze wzruszeniem. Ramion.

Krzyk

Dziewiąta trzy. Rodzi się Krzyk. Przybiera postać dziewczynki, która słucha Bauhausu, ma tatuaże na plecach, a na twarzy tusz. 
Rozmazany.
Od łez. 

WSZYSCY WYPIERDALAĆ!!! 

A najbardziej kot. 

Krzyk. Noemi Susenbach

Najbliżej

Przeszłość jest jak alkohol. Podobnie szkodzi i podobnie odurza. Rzeźbi na twarzy bruzdy doświadczeń, męczy nieuleczonym żalem. Można się jeszcze unieść na tej fali, lecz niezbyt wysoko. Pamięć wszak coraz gorsza. I wspomnień dobrych niewiele.

Przyszłość to z kolei narkotyk. Miraż oczekiwań w starciu z rozczarowaniem. Myślisz i myślisz i zawsze jest inaczej. Prawda nazajutrz po emce. Trzy aligatory i znikąd pomocy. A miało być tak super.

Pozostaje nabrzmiałe od faktów, kategorycznie istniejące TERAZ. Co się teraz dzieje? Hałasuje ekspres do kawy. Mewa przecina niebo. Resztki śniegu rozrzedzane przez wiatr, topnieją pod naporem wiosny. W Jeleniej Górze podobno plus dwadzieścia. 

A mnie marzną stopy pod kołdrą. 

I dłonie. 

Końcówki palców. 

Przyglądam się sobie jak naukowiec, jak badacz. Nieodkryte jest blisko. Najbliżej. 

Trzy dni po emce

A właściwie, co ja taka miła? Dlaczego toleruję brak szacunku dla moich decyzji? Czemu pozwalam, by ktoś mnie pouczał kategorycznym tonem koniecznie z tym NIE MOIM imieniem na końcu, chuj wie, specjalnie czy nie?

Jak to: niespecjalnie? Przypadkiem tak do mnie mówisz? Przypadkiem to Gonzo grzyby wziął. 

Trzy dni po emce. Noemi Susenbach

AJEM DE TAJGER

Ten obraz zaskakuje. Zamiast dumą, napawa niepokojem, a nawet dziwnym rodzajem smutku. Podobne uczucie towarzyszy wszelkim odkryciom, zderzeniu się z prawdą po latach poszukiwań. Eureka. Oto moja pasja. I co z tego? Poza świadomością, że ogrom pracy, który mnie czeka, wcale nie ustępuje ogromowi już dokonanemu. A ja taka zmęczona! A tak mnie plecy bolą! I ramię. Prawe. W łokciu. 

Człowiek spędza niezliczone wieczory na pitoleniu przy piwie, tymczasem dzieło życia nie tylko niedokonane, ale nawet nie zaczęte. Ba! Niezaczęty choćby trening, by owo dzieło stworzyć. Farby niekupione. Płótna niezdobyte. Myśl niezakiełkowana. Pędzla brak.

A czas leci. 
A świat się kończy.

Siedem książek. Siedem historii spisanych wartko, by umrzeć ze zmęczenia. A potem się narodzić i stwierdzić wreszcie, że nie chce mi się już pisać. 

AJEM DE TAJGER. Jestem tygrysem. Płynę przez czarną wodę. Opowiadam światłem. 

AJEM DE TAJGER. Noemi Susenbach