Szczyt wolności

Kolejny astral: zrywam z chłopakiem. W międzyczasie zrywam z Martyną Wojciechowską, bez jej wiedzy. Zrywanie bez wiedzy znajduje się w klasie S. Turbo komfort. Zrywasz i nawet nie musisz wychodzić. Oswobadzające powietrze przychodzi do ciebie. Do twojego łóżka. Pod twoją kołdrę. Nie otwierając okna, wślizguje się przez pory w murach Hebronu. 

Podnosi zapadnięte płuca. Rozdyma pęcherzyki. I wszystko od tej pory jest „wolności”. Chleb wolności, autobus wolności, mecz. Piątek. Dzień. Tydzień, miesiąc. Życie. 

Dlaczego z Martyną? Jak kraść to miliony. 

Jak nie wejść na Mount Everest

Astral się uaktywnia o czwartej rano, podobnie jak kot. Do szóstej myślówa i towarzyszący jej mnich buddyjski, który unosi się w kwiecie lotosu nad udręczonym umysłem i z łagodnymi podśmiechujkami komentuje ostatnie dokonania w osiąganiu ZEN. 

– Dwunasty poziom świadomości? – drwi. – Akceptacja? – wyszydza. 

I jak na mnicha jest zbyt arogancki, bo, oczywiście, też pochodzi z astrala. 

Czarna dziura. Antyświat. Zassanie. Wir. Obserwując te tłumy na szczycie, trzeba przyznać: jest target na poradnik demotywujący. 

O jedenastej drugie uderzenie. Ktoś wchodzi na chatę, plądruje komputer, zakłada program śledzący. I to dziwnie zaraz po tym, jak piszesz w komórce: idę po bajgle. 

Wielki brat, Astral. Astral Akbar. Mieszkanie monitorowane. Kamery, szyfry. Zabezpieczenia. Ubezpieczenia. Kosztowny jest świat, którego nie ma. Ale najdroższa jest wyprawa. Wniesienie własnego pomnika na cokół. Inni już tam są. Z tak samo odmrożonymi nosami, zupełnie zbędnymi, i tak nie ma czym oddychać, cisną się jeden przy drugim, każdy chce fotkę, bo Mount Everest to jednak mało, dopiero Mount Everest i publiczność, to jest dopiero COŚ. 

O Boże! Już czternasta, a ciebie tam nie ma?! 

Astral

Stan psychiczny. Żadne: w normie, gdyż norma nie istnieje. Jeśli czegoś pragniesz, nie akceptujesz stanu obecnego. To wystarczy, żeby zanurkować w astral. Wymyślony świat. Przez kogo? Różnie. Dlatego też różnie bywa. Po co wymyśla się astral? Żeby stworzyć rzeczywistość. 

Na początku idzie jak z płatka. Kreatywność sto procent. Faktycznie się wszystko układa. Po myśli. 

Astral staje się życiem. Sukces? Proszę bardzo. Mount Everest? Mówisz i masz. Tylko tam nie ma tlenu. I szczypie w twarz, że skóra odpada. A droga z niego jest tylko w dół. 

Om mani padme hum. 

Przebudzenie

Następna stacja: Sopot. Łatwo przespać. We śnie drą się mewy, wtórują im wrony, nawet kruka przywiało, prosto w dziób kropelkami morza. Pobudka!!! 

Robota czeka. Na serwetkach w przybrzeżnych kawiarniach nie ma ani jednego wiersza. Powietrze czyste jakby domestosem przetarte, bez jednej mojej frazy. 

Bez skazy. 

Pobudka!, burczy eskaemka. Wiatr wlatuje przez okno, szarpie posągami pasażerów. Mży. Drży. Głos przez megafon, jakby się z ptakami zgadał. Kra! Kra! Wysiadać! Wysiadywać! 

Mieszkam niedaleko. 
Śpię prawie na plaży. 
Budzę się ze słońcem. 

Na twarzy.