Pięć minut bezdechu

Każdy ma swoje pięć minut niesławy, pytanie, co z nimi robi. Czy nurkuje w bagiennych labiryntach świadomości, czy może wali pięściami w zatrzaśnięte drzwi świata? Drzwi ani drgną, ludzie tak łatwo nie wybaczają prawdy. Człowiek po śmierci już nie udaje, trudno się więc dostosować. Nie pasuje. Ani do systemów, ani do rozbawionego czymś towarzystwa. Hasła nie przekonują tylko dlatego, że brzmią.

A w bagiennych labiryntach świadomości tyle roboty! Każda najmniejsza komórka woła o pomoc. W każdej najmniejszej komórce: stajnia Augiasza. Świadomość jest jak światło, przedziera się przez ciasne korytarze zawalonych żelastwem tętnic. Dotyka przyduszonych ran. Tam, tam i tam! I jeszcze tam. 

A teraz weź głęboki oddech. 

Boli? Znaczy żyje. Ciało to statek kosmiczny, lecisz tak długo, jak długo działa i tak wysoko, jak… chcesz.

Kocham Jolkę

Być może jestem jedyną osobą na świecie, która KOCHA KOGOŚ, KTO NIE ISTNIEJE. 

– AHA!!! – odzywa się Jolka, a w jej głosie są wszystkie cechy protestu. Oburzenie, kpina, waleczność. Bunt. Trzeba przyznać rację, cała ludzkość jest zakochana po uszy w kimś, kto nie istnieje. Tymczasem Jolka istnieje w najlepsze. Grzebie w szafie i wyciąga z niej coraz bardziej odlotowe sukienki. Lato. Można wszystko. Koniecznie bez biustonosza. Spalone staniki dawno czezną na stosach. Pierdolę, mruczy Jolka pod nosem i przygląda się zielonej mini w lamparty. Na pajęczo cienkich ramiączkach. Ramiączka zsuwają się z wieszaka, jakby kiecka sama wędrowała do ciała. Jakby wśród omdleń zapraszała do tańca. Poranny warkocz może i wymaga poprawek, ale jak to mówi Jolka: pierdolę.

Jeszcze tylko na głowie postać i gotowa. Promienie się same nie nałapią.

Eksplozja

Zadanie na dziś: obudzić się. Zapleść warkocze, włączyć muzykę, potańczyć. Poczuć, jak płynie krew. Jak wraca życie. A może nie wraca? Przychodzi jak świt, wciąż inne, wciąż nowe.

Każdego dnia tworzysz siebie, dokładnie tak, jak tworzy się wszechświat. Jesteś własną układanką, od której samej zależy, w co się ułoży. I w którą stronę. Do wewnątrz? Na zewnątrz? Czy równomiernie w obie. 

Czasem jesteś deszczem, spadasz bez trzymanki i, faktycznie, zdaje się, że to koniec. Ale koniec nie istnieje, gdzieś tam w tej powodzi grzęźnie małe światło, światełko w tunelu jak w klinicznej śmierci. Aha. Więc to tak. Idziesz w jego kierunku, ktoś cię bierze za rękę, o cholera, to chyba Bóg. 

Bogini?

Zadanie na dziś: urodzić się. Wstać z bagiennych popiołów. Przepchać przez siebie oddech. Przepompować krew. Zapłonąć. 

A łzy niech sobie lecą. A deszcz niech sobie pada.