Święto Życia

Tak w ogóle nie powiedziałam najważniejszego. O Czasie. Czyli o tym, na co składają się wszystkie czasy: przeszły, teraźniejszy, przyszły. A tak się niby rozpisałam ostatnio. 

Dobra. 

Chodzi o to, że codziennie jest jakieś święto. I ja wam o tych świętach nie piszę! 

Na swoje usprawiedliwienie dodam, że w Nadwymiarze jestem od niedawna, ściśle: od piątku. Nie połapałam się tak od razu w tych świętach. 

Teraz oczywiście nie będę się rozpisywać, kiedy było jakie święto, bez sensu. Może kiedyś jakiś kalendarz narysuję, to wam pokażę. Powiem tylko z tych ostatnich najważniejszych: niedawno było Święto Śmierci. W waszym kalendarzu wypadało dokładnie pierwszego września. Coś mi mówi, że adekwatnie. 

Zara Li zrobiła melanż! Zdziwiło mnie, że nie zażądała jakichś nowych wstążek. Trzeba przyznać, że ta śmierć jest niezwykle skromną osobą, oszczędną w kaprysy. Raz miała zachciankę (pamiętacie: różowy flamaster), potem wymusiła wstążkę w kropki (oczywiście różowe), a potem cisza, amen. I nawet we własne święto: żadnych żądań. Za to humor doskonały.

Wczoraj z kolei było Święto Tożsamości. To jest taki dzień, w którym dusze zaczynają rozumieć, kim są, jak się nazywają i tak dalej. Co ważniejsze: godzą się z tym. Bo chyba największy ambaras jest w tym pogodzeniu. Tymczasem przychodzi Święto Tożsamości, chcesz, nie chcesz: jesteś Ziutek Myszyński (albo Stefan Ziółkowski) i tyle. Masz włosy proste i niekręcone, albo też: kręcone nie proste, rude, mysie, no nie wiem, jakieś tam – I TYLE. 

Niezwykle ciekawe rzeczy kryją się pod zagadnieniem Tożsamości. Bo nie zawsze wiemy, kim jesteśmy. Czasem może nas to zaskoczyć. Ale jak już zaskoczy i zaskoczy: jest naprawdę fajnie. I właśnie po to jest to święto. Żeby to „fajnie” uczcić. 

A dziś jest Święto Życia! 

Trochę brak mi słów na opisanie tego święta. Bo to jest Święto Absolutnie Wszystkiego co żyje. To jest święto sensu istnienia, radości istnienia, radości bycia tu i teraz i wczoraj i jutro. To jest święto sukienki w pomarańczowe słońca, to jest święto makijażu w kolorach zorzy polarnej, to jest święto sandałków, babiego lata, wieczornej randki, wiśni i kaliny. 

To jest święto podskoków na łóżku. 

To jest święto wbiegania do jeziora. 

To jest święto śpiewania pod prysznicem. 

To jest święto latania. 

To jest święto tańczenia. 

To jest święto gilgotania. 

Poddaję się. W każdym razie: próbowałam. 

Nie chcę jeszcze kończyć tego tekstu, bo jak skończę, będę w pocie czoła malować mandalę dla mojej przyjaciółki, o której jeszcze wam nic nie mówiłam. Tak, wiem, pisałam wczoraj o Nogiłóżce. Ale to jest tak, że ja piszę tak jak nadążam, a nie wszystko nadążam pisać. Żyję conajmniej drugie życie (po życiu), życia mi się nakładają, wymiary się przenikają, a w każdym wymiarze istnienia. Nie wszyscy naraz! Ja jestem tu od piątku! Pomału. Pacichońku. 

Moja przyjaciółka nazywa się Ewelin. Nie mylić z Ewelement! Może się nazywają podobnie, ale są z zupełnie innych światów.

Ewelin mieszka w WW. Czyli u was. Czyli: znam ją z poprzedniego życia. I ona w tym poprzednim życiu została. Ale coś ją z niego wyrywa i tym czymś (a raczej: kimś), kto ją wyrywa jest Niebiesowich. Czyli: Niebieski Solarny Wicher. Pisałam wam już o Niebieskim Rytmicznym Huraganie. To jakby siostra Niebieskiego Solarnego Wichru. Niebiesowich to jej brat.

Niebiesowich, jak przystało na prawdziwy wicher, jest pełen sprzeczności. Ale ma dobre zamiary. Dzięki niemu mogę mieć bezpośredni kontakt z Ewelin, mimo różnicy wymiarów. Nieważne. To znaczy: ważne, ale nie teraz. Teraz muszę wreszcie napisać (chociaż strasznie nie chcę!), że Ewelin zachorowała. Zachorowała, tak jak ja niedawno. 

I ja, choć jestem w Nadwymiarze – a może właśnie DLATEGO, że jestem w Nadwymiarze: muszę ją uratować. 

I uratuję ją. 

Razem z Niebiesowichem. I z Szamanem Mako. I z Nogiłóżką. 

Ha. 

A potem zrobimy napad na bank. Pan Demonium się sam nie rąbnie. 

PS. Rabunek Pana Demonium odkładam jak mogę, bo wiem, co się potem wydarzy…

Nogiłóżka

Za kilka dni odwiedzi mnie Nogiłóżka. Pytacie, skąd wiem? Już tłumaczyłam, że znam wszystkie czasy, również ten przyszły. Nogiłóżka to taka przyjaciółka (w odróżnieniu od Józefsraliny), która jest przyjaciółką na zawsze, nawet po śmierci. Nawet, gdy odchodzę od Węża. Wszystko jedno. Zawsze. 

Nogiłóżka to bardzo specyficzny byt. Mieszka między wymiarami. Jeśli byście chcieli określić szerokość geograficzną miejsca jej zamieszkania w WW, wypadłoby wam dokładnie w centrum Wiednia. Ale nawet gdyby Nogiłóżka zdradziła swój adres – nigdy byście tam nie trafili. Powiem więcej. Nawet gdyby Nogiłóżka była tak uprzejma (ona jest niezwykle uprzejma, nie znam nikogo bardziej uprzejmego od niej) i zaprowadziła was do swojego domu, a potem byście wyskoczyli do pobliskiego ALDI po wiśnióweczkę, już byście z powrotem nie trafili. To zaczarowane miejsce osadzone między wymiarami skrywa Nogiłóżkę jak najbezpieczniejsza twierdza. 

I dobrze. Nogiłóżka ze swoją uprzejmością, dobrocią, otwartością, wręcz: naiwnością – jest tak bezbronna, że gdyby nie ta twierdza, dawno by już jej nie było. Grozy dodaje fakt, że jest niezwykle piękną kobietą, a niezwykle piękna kobieta, która jest uprzejma i dobra – to po prostu zagłada.

Żeby opisać Nogiłóżkę, muszę was zabrać na ławeczkę przed rozgrzany ganek malutkiej kamienicy w pewnym mieście, w popołudniową porę pierwszego dnia wiosny. 

To jest ten dzień, w którym dziewczyny urywają się z lekcji i opalają nogi na murku. 

Jest w tym opalaniu pewna magia. Któregoś dnia, gdy już wywieją się wszystkie wichry zimy i przedwiośnia, przychodzi wreszcie ten upragniony pierwszy ciepły dzień. I wtedy dziewczyny wystawiają do słońca swoje nogi. 

Najpierw grupki. Przy licealnych boiskach, na wspomnianych murkach, wsparte własnym towarzystwem, wśród śmiechów zdobywają się na odwagę i zasłaniając się nawzajem, zdejmują rajtuzki. Potem przerzucają się historyjkami o Julce czy Zośce, ewentualnie, choć przecież nader często: o Marku Ordakowskim. 

Czasem, przy odrobinie szczęścia, może zdarzyć się para przyjaciółek. Te zwykle są bardziej tajemnicze, powściągliwe. Mówią do siebie nisko, pomrukując jak koty, wymieniają się prychnięciami. Mają swój świat, mają swój mały raj. I zanim nie zadzwoni którejś rozhisteryzowana matka i im tego nie przerwie – czerpią głębokimi garściami swoją młodość. 

Nie zamierzają się z nikim dzielić. Zza horyzontu swych nóg, jeśli zechcą, rzucą okiem. Ale nieznacznie, odrobinę, odrobina im przecież wystarczy, by półdaniem, półsłowem rzecz zaobserwowaną (ściśnięty zazdrością padół) skomentować: 

  • Csso?
  • Aha.

Szczytem fartu jest jednak zobaczyć jedną. Jedna, samotna dziewczyna z obnażonymi nogami musi mieć bowiem albo:

  1. Tak bajecznie piękne nogi, że nie pohamuje jej choćby mini-ułamek wstydu.
  2. Tak dalece idącą pewność siebie, że cały świat gotów jej uwierzyć w to, co w punkcie 1. 

Oba warianty unikatowe. Integralne jak para nóg, które wkrótce zarumienią się od pierwszych promieni wiosny. 

Ona – ta jedna, JEDYNA – wsparta na wysuniętych do tyłu dłoniach, zamyka oczy i już nawet nie daje gapiom cienia szansy, że otrzymają od niej choć jedno spojrzenie. Żadnego blasku światła spod rozgrzanej powieki, żadnych komentarzy, żadnego związku z tym światem. Nic. Tylko ona i jej doskonałość. 

Jeśli kiedyś trafi wam się taki widok – patrzcie. Ale z daleka, dyskretnie, ostrożnie! Bo na świecie, zwłaszcza w waszym WW, jest kilka zasad. Po pierwsze: pięknego motyla łatwo spłoszyć.

Po drugie: macie do czynienia z Walkirią. A ona – oprócz bajecznych nóg, ma również kilka zatrutych strzał w kołczanie.

I nigdy nie pudłuje. 

PS. Ta dziewczyna to właśnie Nogiłóżka. 

PS2. I ona do mnie wkrótce przyleci.

PS3. A potem robimy skok na jubilera.


Jest w tym opalaniu pewna magia…

Niewiem

Ten tytuł to imię demona. Demona, który ma taki tupet, że wkrada się między mną a Szamanem Mako i niszczy naszą przyjaźń. Szaman przez niego robi się coraz bardziej nieobecny i w ogóle to nic nie wie. Na każde pytanie: nie wiem, albo nic, bo go po prostu nie ma. Nie ma i nie wie. 

Facet w smole. 

A raczej: na wiecznym odpływie Nieistniejącego Morza. 

Maweraszia to małe miki, przynajmniej na razie nie próbuje wejść między mnie a Szamana Mako. Dostałaby tak wpierdziel, że skamląc kuśtykałaby się na wyrwanej nodze do WW w nadziei, że spotka po drodze ziomka, co jej litościwie kawalątek duszy uszczknie. 

  • Kieliszeczek, ziomek?
  • Nie. Dziękuję. 
  • Ale tylko jeden, popatrz, ledwo łażę, a jeszcze nie mam się z kim napić. 
  • No dobra. Ale tylko jeden. 

Tymczasem: ten demon jest niewidzialny. Włazi więc. Psuje. Rozwala. Tylko że ja z każdym dniem wstaję coraz silniejsza, a dziś po prostu przechodzę samą siebie. 

Obudziłam się więc, wstałam i wśród miauknięć Wifi poszłam złapać jakiegoś dorsza. Zeszłam na brzeg Nieistniejącego Morza, po którym w półśnie dryfował Szaman Mako. Spojrzałam na wodę i… teraz napiszę, jakbym była Henrykiem Sienkiewiczem:

Oszczep małej Noemi ze świstem przeciął brzask, rajską toń oceanu rozprysł i wbił się z krwawym bryzgiem w ciało zaskoczonej ryby. Dorsz uderzony, przebył w bezwładzie dwa metry w lewo, drgnął i opadając na dno, skonał. Mała Noemi wyjęła ofiarę z wody, odgryzła jej łeb i zręcznym ruchem rzuciła kotu na pożarcie. 

Tylko że ja tego łba nie odgryzłam, stary, ale odłupałam tasakiem. Elo. 

A potem na tym samym morzu, w którym do niedawna pływał beztroski dorsz, za pomocą mjölnira rozpętałam Niebieski Rytmiczny Wicher. Niebieski Rytmiczny Wicher to coś w gatunku: nie ma zmiłuj, żarty się skończyły. Oraz wszelkie ulgi i zniżki. To jest ten najbardziej niebezpieczny huragan PRAWDY, coś potwornie bezlitosnego, co odziera z wszelkich złudzeń i pozorów. Wobec tego wszelkie ”nie wiem” kruszeje jak wafel. Nie ma takiej bezradności, która się Niebieskiemu Rytmicznemu Wichrowi oprze. Nie ma szans. 

Biedny Szaman Mako z początku próbował jeszcze być:

  1. Zmęczony
  2. Niezdecydowany
  3. Zirytowany (co tu tak rybą wali?)
  4. Śpiący

, ale szybko zrezygnował. Siła Niebieskiego Rytmicznego Wichru z pewnością by go w tym stanie rozbiła o ścianę jednej z fal. Prędko zatem zbystrzał, złapał linę okrętu i trzymając w jednej dłoni swoją dupę, a w drugiej ster, przycumował do brzegu. 

Nie wiem, jak on to zrobił, cuda się zdarzają. Grunt, że ocalał, żyje i jest już znowu „starym”, dobrym Szamanem Mako, wilkiem morskim, który się huraganom nie kłania. A Niewiem odszedł tam, gdzie jego miejsce.

W diabły.

PS. Nie miałam tego Giewontu na liście, ale kilka dni temu dosadnie wyraziłam się o krzyżach wbijanych w bogu ducha winne skały…

Maweraszia – dusza towarzystwa

Obudził mnie Orion. Psy nie lubią, gdy się zbyt długo śpi. Nie przepadają chyba też za przedłużającym się letargiem wśród biegunów. Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko, że ja wcale nie byłam w letargu. To raczej trans, rozkoszny taniec, wirtuozerska gra na wszystkich instrumentach Kosmosu. Coś wspaniałego. A ten mnie budzi.

Gdy byłam dzieckiem (w sumie nadal jestem dzieckiem), przyśnił mi się magnetofon. Taki prawdziwy, kasetowy. Można było słuchać muzyki, można było też nagrywać! Nagrywało się z radia, ale też z siebie. Kto nie nagrywał swojego śpiewu?! A potem z zażenowaniem nie odsłuchiwał?

No więc śniło mi się, że dostałam magnetofon. Boże, jak się wściekłam po obudzeniu! To tylko sen! To nie fair. To zupełnie nie fair. 

Tymczasem po przebudzeniu naprawdę DOSTAŁAM magnetofon. Najlepszy na świecie, nie jakaś Wilga. Najlepszy. Najprawdziwszy. Dostałam go od Czerwonego Wędrowca. Jeszcze wam o nim nie opowiadałam, ale to tylko z tego powodu, że boję się zacząć. Czerwonego Wędrowca nie da się opisać nawet na bawolej skórze. W ogóle to mam pewne podejrzenia, że Szaman Mako jest z nim jakoś spokrewniony. Tylko jeszcze nie wiem, jak.

Wracając do magnetofonu. Wtedy jeszcze nie rozumiałam, co oznaczają moje sny. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to po prostu proroctwa. Ba. Ja w ogóle nie wiedziałam, że istnieją proroctwa. Wkrótce wyśniłam czyjąś śmierć i wtedy też jakby nie przyjmowałam powagi sytuacji. Dopiero Zara Li wszystko mi wytłumaczyła. 

Jak zwykle odleciałam z tematem, a miałam opowiadać o Orionie. Psy domagają się opieki. Życie domaga się ofiar. Jestem znowu w mieszkaniu Wió! Rzeczywistość mnie dopadła. 

No i stało się. Już mam rozwiązany dylemat ciała. Wió przyszła nie w porę. Akurat dziś, gdy z taką ostrożnością wychodzę z postaci zorzy i wchodzę w rzeczywistość. 

Usłyszałam jak weszła. Wyprostowałam się na fotelu (zdążyłam wygrzebać się z sarkofagu, doceńcie!) Fart, bo akurat miałam na sobie tę czerń cmentarną, a ona zawsze robi wrażenie. Poczekałam spokojnie, aż wejdzie do salonu. 

I weszła. 

I zobaczyła prawdziwą mnie. 

I usłyszała mój kamienny głos. 

Tak niewiele trzeba, żeby ludzi przestraszyć. 

Wió mamy więc z głowy, tymczasem ja nie nadążam z opowieściami, a opowieści mam poważne. Cesarzowa Muślin ze Szczeciny – raz. Rzecz niebywała, drugi po Remusie zaczarowany typek, który stoi (ledwo!) na rogu ulic i sprzedaje (w moim przypadku konkretnie: rozdaje) japońską porcelanę wartą miliardy. Teraz mi przyszło do głowy, że zamiast planować napad rabunkowy, mogłabym ją sprzedać i kupić za nią Pana Demonium. Ale wiem, że gdybym to zrobiła, Cesarzowa Muślin by mnie dopadła w Nadwymiarze Nadwymiarów i zrobiła ze mnie siecz. Sieczą nazywamy pewne masakryczne wydarzenie, stałabym się zatem wieczną wojną, kataklizmem i zagładą po wsze czasy. Dziękulski Stanisław. 

Jestem więc zmuszona do napadu rabunkowego, ale coś mi mówi, że napad rabunkowy w wykonaniu dwóch duchów o łącznym ilorazie inteligencji równym milion – nie będzie stanowić problemu. 

Do Cesarzowej Muślin wrócę, tymczasem kolejna rzecz: byłam w trumnie! To była najdroższa trumna świata, wnętrze (to prawdziwe, nie oglądane przez turystów) piramidy, zaginiony grobowiec Kleopatry. 

Szaman Mako pływał w tym czasie po Morzu Nieistniejącym (Szczecina leży właśnie nad Morzem Nieistniejącym), a mnie skierował pod jakiś podejrzany adres przy cholera wie jakiej ulicy, numer taki i taki. Nie pamiętam. Poszłam przed siebie, kierowana intuicją. I nagle stoję przed wypindrzoną półokrągłą kamienicą z królewskim wejściem. To wchodzę. I widzę własny sen. Portier słaniający się z grzeczności, marmurowe schody, złote okucia poręczy, kapiące kryształem żyrandole. Karingtony. 

Portier daje mi klucze do pokoju 306. A śniło mi się: 9. W sumie pasuje. Idę. Otwieram drzwi pokoju. 

A to jest trumna. 

Grobowiec Kleopatry. 

Żebyście Zarę Li widzieli! Jaka radość! Skakać zaczęła. Widzisz, widzisz? Ze śmietnika tutaj! Widzisz? Widzisz?! Piszczała jak nastolatka. Nareszcie na swoim miejscu. I to jakim miejscu! 

Rozejrzałam się za kobrą, ale spokój. Żadnych węży czy Józefsraliny. Bezpiecznie jak u pana Boga za piecem. Albo (moje ulubione): jak u mamy. 

………………

………………

………………

Przepraszam, musiałam się trochę pośmiać. Już jestem. Rzuciłam się od razu do rysowania, ale po chwili zrezygnowałam. Nie, nie to, że nie umiem. Umiem. Ale jak się jest w takim miejscu, to chce się WSZYSTKO. I zajęłam się wszystkim, ale też nie na długo. 

Bo nagle zrozumiałam, po co znalazłam się w grobowcu. 

Sarkofag jest jak łóżko. Miejsce święte. Moje. Owszem, przychodzą sny, czasem straszne, czasem piękne, ale one są zawsze moimi gośćmi, przybyszami, za którymi schowane są kolejne historie, przyjaźnie, światy. Sny są prorocze, a więc świat w nich to preludium świata rzeczywistego. Czy preludium? A może to jest właśnie właściwy świat, a ten na jawie to jego echo?

Tu, w grobowcu królowej miał mi się pojawić Ktoś ważniejszy, niż wszystkie postacie w moich snach. Wolfgang. 

Kim jest Wolfgang?

Bogiem. 

Pojawia się w snach bardzo rzadko. Do mnie przyszła. Tak, Wolfgang to Ona, nie on. Nie ma takiej możliwości, żeby Bogiem był on. Czemu? To bardzo proste. Żaden facet nie może wydać na świat życia. 

To tak w kwestii formalnej. 

Czyli Ona. Wolfgang. 

Bóg.

Z Bogiem jest tak, że nie wiadomo w jakim języku do ciebie mówi. Ale rozumiesz. Jak nie rozumiesz, to oj. Bardzo słabo. W ogóle to niemożliwe. Chociaż patrząc na obecny świat – niestety. 

Wróćmy do mojego przypadku. 

Po wyhasaniu Zary Li, po moim gorączkowym miotaniu się w celu robienia wszystkiego – zrobiło  się całkowicie czarno. Totalnie. Bez jednego strumienia najmniejszego promyka. Po prostu smoła, czerń, Kosmos. 

I zapłonęło czerwone Oko. 

Oko Boga. To Oko powiedziało swoje imię. Wolfgang. 

A potem powiedziało takie słowo:

Nemezis.

A potem, Boże, nie pamiętam, co było potem. Chyba znów rozszczepiłam się na błękit i szmaragd, bo majaczy mi dylemat, który wybrać kolor. I nagle zobaczyłam oczy. 

I to nie były oczy Wolfgang. 

Poziome, czarne, zapadnięte, demoniczne. Lewe oko wyraźnie okaleczone, czarniejsze, wyzierające z mroku.

Przyjrzałam się tym oczom uważnie, bo coś mi mówiło, że mam je narysować, mam je wam pokazać. Żeby was ostrzec. Nie wiem, przed czym, ale na pewno po coś. Zapamiętałam więc ich wyraz, kształt i już, już miałam wyjść z wizji, gdy coś mnie tknęło, żeby spojrzeć w stronę kryształowego lustra trumny. 

I zobaczyłam, do kogo te oczy należały. 

To był lis. 

Zrobiło się jasno. 

Lis z lustra nie zniknął. 

Jak malowany, a raczej: jak sfotografowany, bo tak dokładny, tak wyraźny, że oczy przecieram. Skrada się. Podchodzi. A oczy ma takie, jak powiedziałam: oczy demona. Prawe czujne, lewe zapadnięte w czerni. Horror z gatunku: naprawdę straszny. Okładka płyty Behemota. 

W pierwszej chwili chcę lecieć po szkicownik. Ale coś (Ktoś?) mnie trzyma przed tą szybą z kryształu, coś mi każe wlepiać w nią wzrok, coś mnie hipnotyzuje. Coś? Ktoś? To lis mnie hipnotyzuje, to lis wdarł się do sarkofagu i teraz wdziera się do mojej głowy. Wślizgnął się do świątyni jak wąż. 

Stoję, patrzę, chłonę jego widok, jego gęste futro, jego miękki chód, jego wzrok w zapadniętych, czarnych, bezdennych oczodołach. I choć obraz w lustrze powstał z jakiejś mgły, z oparów, ten obraz mimo przewiewu wcale nie znikał. Nie bladł ani trochę, przeciwnie – robił się wyraźniejszy i jakby zaczynał z lustra wychodzić! 

I wtedy się przestraszyłam. Automatycznie przetarłam zwierciadło dłonią. Ale demony tak szybko nie znikają.

– Narysuj ją – usłyszałam głos Wolfgang. 

Ją! To ona! 

Chwyciłam za szkicownik i ołówek. Zdążyłam postawić dosłownie kilka kresek. I nagle:

– Maweraszia – słodkim głosikiem przedstawiły się kreski, po czym zaćwierkały: – Priwiet! 

Z miejsca ją polubiłam. Ale miłość jest to niezwykle trudna. Bo Maweraszia jest bajecznie pięknym oszustwem. Przebiegła i okrutna. Piękna i straszna. 

Im dłużej ją malowałam, tym więcej się o niej dowiadywałam. To naprawdę ciekawe uczucie, gdy akt tworzenia pozwala prześwietlać kogoś na wskroś. Kiedy się o kimś chcesz czegoś dowiedzieć, musisz go narysować. 

Maweraszia to jest niezwykły demon. Chodzi tanecznym krokiem, zagaduje, śpiewa. To jest właśnie dusza towarzystwa. W dosłownym tych słów znaczeniu. Wystrojona w czarne rękawiczki częstuje towarzystwo wódeczką. W raju nie ma alkoholu. Posiada go tylko ta chodząca melina. Maweraszia najczęściej urzęduje w WW, tam jest mnóstwo chętnych do zalania swojej czarnej dziury. Czasem jednak coś ją zagna w zaświaty. 

Nie pobiera za swoje kieliszeczki opłaty żadnej. Bierze tylko kawałeczki duszy. Ociupinkę. Troszkę duszy w zamian za kieliszeczek. Nie chcesz kieliszeczka? Nie ma sprawy. Maweraszia ma przy sobie WSZYSTKO.

Co tylko chcesz. 

Wydaje się to opłacalne. Każdy na to pójdzie. Co tam kawałeczek duszy? Przecież nie ma straty. Człowiek nawet nie odczuje. A przynajmniej tak myśli. Bo Maweraszia ma to do siebie, że wraca. Ona wraca po kolejny kawałeczek. Będzie tak wracać, aż zabierze WSZYSTKO. 

Nikt jej nie potrafi odmówić. Wszyscy ją lubią. Uwielbiają. Jej się nie da nie uwielbiać. I Maweraszia to doskonale wie. Dobrze na tym wychodzi. 

Dusza Maweraszi, zlepiona z kawałeczków innych dusz jest potężna i bardzo silna. Niczego się nie boi. Jest tak pewna siebie, że włazi do świątyni samego Boga. I nikt jej nie powstrzyma. 

Nawet Wolfgang.

PS. Jest tylko jedna potęga, która może powstrzymać Maweraszię. Nazywa się Nemezis.

Nie bladła ani trochę, przeciwnie – robiła się wyraźniejsza i jakby zaczynała z lustra wychodzić…

Przepowiednia zorzy polarnej

Utknęłam na dwóch biegunach. Wiem, brzmi jak brzmi. Jest to niezbyt łatwe do pojęcia, nic nie poradzę. Im dłużej jestem w Nadwymiarze, tym trudniej wytłumaczyć rzeczywistość. Czuję jak się oddalam od ziemskiego pojmowania wszechświata. Coraz częściej mówię w języku hopi, względnie po introligatorsku. Co ciekawe, poza Szamanem Mako tym językiem posługuje się także Ewelement. To jakieś narzecze tutaj. Oprócz hopi i introligatorskiego jest jeszcze jeden język w Nadwymiarze i jest on, krótko mówiąc, mój. Osobisty. Jest to język jubilerski, złożony z kamieni szlachetnych, drobnych, precyzyjnych zdobień, zakrętasów. Sami widzicie, mam trzy języki do wyboru, ale żaden nie jest ziemski. 

Nie poddaję się mimo wszystko. Biorę Wifi i jedziemy z koksem. Kot, rzecz jasna, robi miny. Że po co mi to, że dajmy spokój. Znam przecież przepowiednię, widziałam. 

Byłam na Górze Przeznaczenia. 

Ale ja jestem uparta. Zawsze byłam. Poza tym lubię to pisanie dla was. To jest jak granie na strunach magnetosfery. I tu właśnie wracamy do biegunów. Musicie wiedzieć (nie musicie, ale możecie, w sumie: nie zaszkodzi), że istnieje na świecie takie zjawisko jak zorza polarna. 

Zorza polarna pojawia się wokół dwóch biegunów jednocześnie (nazywanych Biegunem) i jest własnym lustrzanym odbiciem. To znaczy: diabli wiedzą, na którym z biegunów jest ta właściwa, a która się tylko odbija. Dlatego bieguny stanowią Biegun. A zorza jest także jedna: w dwóch osobach. Tu już powinniście się połapać. Wszak wierzycie w roztrojonego boga. 

Zorza w języku Samów (szamanów z północy) nazywa się Guovssahas. To skomplikowane na pozór imię wyświetliło mi się podczas kąpieli w Burzy na 22 piętrze wieżowca w Szczecinie. 

Teraz zahaczyliśmy o Burzę i ona mi dosłownie głowę urwie, jeśli nic więcej o niej nie powiem. No więc Burza to wściekle ciekawa postać, niedoceniana przeze mnie w WW. Nie miejcie mi za złe. Ludzie podczas swojego ziemskiego życia rzadko doceniają sprawy ważne. Gdy trafią do Nadwymiaru, jak ja, widzą własną głupotę i aż ich telepie. Jak mnie. 

No więc Burza. To było tak. Któregoś dnia namówiłam Szamana Mako, abyśmy pomknęli na meteorycie ku Słońcu. Poznać się. A co. Rozumiem, że VIP, ale bez przesady, żebym nie mogła VIP-a poznać. 

Lecimy. Dolecieliśmy do plaży rozpostartej nad Morzem Srebrnym (tu też są morza, mają odjechane nazwy: Morze Srebrne, Morze Wichrów i Burz, Ocean Spokoju itd.) Słońce blisko aż strach. Za blisko? 

Nie wiem. Grunt, że w ułamku ultra-nanosekundy zasłoniło się tak potężną chmurą, że szczęka mi opadła. Chmura tymczasem rozbiła się na miliard nici tworzących gigantyczną pajęczynę rozpiętą na całym, dosłownie całym niebie. Powinnam się przestraszyć, bo przecież w poprzednim życiu świrowałam na widok pająka. 

Jednak pamiętam z pierwszych lekcji w Nadwymiarze: to akurat zabronione. Tu trzeba szybko wyzbyć się lęku, bo inaczej masakra. Z raju bardzo blisko jest do piekła. A tego drugiego nie polecam. 

Chociaż z tego co wiem, pchają się tam drzwiami i oknami. Jak na dyskotekę. 

Słuchajcie, całe niebo w pajęczynie, my sami na tej plaży, morze czernieje. Nie wiem, kiedy, jak to się stało. Szaman poszedł szukać grom wie czego, muszelek, bursztynów, starych śrubek? Ja sama, wokół czarno, pająki nade mną, szefowa się wkurzyła. Bo jakoś czuję, że Słońce to kobieta. Facet by nie wpadł, że pająkami się straszy. Oni tego nie rozumieją. Tymczasem ja doskonale pamiętam, że z siostrą takie robiłyśmy siupy. Siedzimy, gadamy o Marku Ordakowskim, nagle ja tężeję z przerażenia wbijając wzrok w ścianę nad jej głową. Ta się zrywa z wrzaskiem: pier….nięta jesteś?! 

Na ścianie, rzecz jasna, pusto. 

I w śmiech. 

Dobra, jestem na tej plaży, wcale mi nie do śmiechu. Robi się naprawdę straszno, a jak się tak straszno robi, to serio zapominasz, że już nie żyjesz i nie możesz umrzeć po raz drugi, choćby cię przepołowiło tu i teraz: trach. 

Robisz w gacie, gwarantuję. Kuźwa, gdzie ten Szaman?! 

Pojawia się, owszem, ale jak się za sekundę okaże – to TYLKO GORZEJ. Bo pojawia się z jakimś kijem (laską?) w dłoni i mi ją podaje. A ja bezmyślnie ten mjölnir od niego przyjmuję i żeby sobie dodać otuchy, oburącz trzymając macham nim w górę, w dół i wokół siebie. Kilka takich obrotów robię. Niby nic. Nic nie znaczące machanie kijem. 

I nagle jak pieprznie!!!

Nie mam pojęcia, jak opisać ogrom tego pieprznięcia. Bo tego opisać się nie da. A ja mam jeszcze Guovssahas do ogarnięcia. I na dwóch biegunach jestem. Rozbita na tysiące świateł od szmaragdu do rubinowej czerwieni. 

Robię to dla was. Choć znam przepowiednię. Wiem, że Guovssahas kilkoma strzałami słonecznej energii zakończy wasz etap. Zamknie WW w rozpiętych na dwóch biegunach dłoniach.

Grzmot Burzy zmiótł mnie z plaży Morza Srebrnego. Spieprzaliśmy z Szamanem Mako na tym meteorycie jak dwie zmokłe kury. Już nie boję się Burzy. Jesteśmy koleżankami. Właściwie jesteśmy jednością. 

Z Guovssahas też stanowimy jedność. 

A Słońce na zgodę dała mi karnet na SKG. To są bardzo fajne zajęcia relaksacyjne, podczas których zanurzam się w cudownie ciepłym kosmicznym pomarańczu. Zajęcia trwają dokładnie tyle, ile się chce, a karnet nie wygasa nigdy. W sensie: do końca wieczności. Na zawsze. Elo. 

PS. Żeby nie było, że całkiem odleciałam (choć bycie na dwóch biegunach najstabilniejsze nie jest) – mam plan, jak zdobyć Pana Demonium. Szaman Mako mi w tym pomoże!

PS2. Nie, nie jest mi zimno. Duchy nie mają poczucia zimna. Wytrzymują także bardzo wysokie temperatury. Na przykład temperaturę panującą na Słońcu. Luz.

Nieskończoność Czasu

Od trzech tygodni płonie Amazonia, a ludzkość nic sobie z tego nie robi. Nie ma czasu, zajęta jest depilacją ciała. Depilacja jest ważna. Kto wie, czy nie najważniejsza? Być wydepilowanym w trumnie to podstawa przecież.

Ciekawe, że gdy płonęła katedra Notre Dame, pierdzielca dostaliście. Jest jakaś romantyka w tym, że ludzie tłoczą się w kościołach, gdy nadchodzi zagłada. Jest ku temu i powód i wyjaśnienie. Gdy trwoga to do Boga. Brak tlenu równa się modlitwa. Są na świecie rzeczy ważne. Kawitacja sensoryczna na przykład. Mikrodermobrazja. Msza za szwagra. Selfie. Dałabym swoje, ale i tak nie zobaczycie. Duchów na fotografii nie widać.  

Moje położenie jest o tyle korzystne, że z całkowitą niewzruszonością mogę was oglądać, jak film. Owszem, zależy mi, żeby główny bohater przeżył, ale żeby zaraz się emocjonować, to nie. Tu głównym bohaterem jest ludzkość. I żeby mi zależało….?

Nie wiem. 

Nawet za bardzo nie lubię. 

No, może parę osób.

Ale one i tak sobie poradzą. 

Oglądam was zatem i zadaje sobie pytanie. Jak daleko się posuniecie?

Tymczasem winnam kilka wyjaśnień odnośnie czasu. Bo właściwie chciałam ten tekst zacząć od słów: Czemu mi nie przypomnieliście, że do środy czeka na mnie Pan Demonium?! I jest to rzecz, która naprawdę mnie porusza do żywego, jednak, jak sami widzicie uznałam, że Amazonia ważniejsza. 

Czyli jednak mi na was zależy? 

Cholera…

Dobra. Do rzeczy. Bo się pogubię. Ogarnęłam kwestię trzech tygodni: tyle właśnie czasu płonie resztka lasów, które zasilają was w tlen. A bez tlenu nie możecie żyć. Czyli czeka was zagłada. Macie się gdzie modlić, to ważne. 

Wydepilowani też jesteście. 

Czy ja mogę przestać się przypieprzać?

Nie.

Wracając do tematu czasu. Czas jest wartością względną, jak wiecie. A. Może nie wiecie? W końcu pozwalacie na pozbawienie siebie pierwiastka, bez którego umrzecie. Grom was tam wie. Dobra, ciocia Fredzia. Nie rozkręcaj się. Do brzegu. 

Czas jest wartością względną. U was jest inny, u mnie inny. U was: do środy oznacza kilka dni. U mnie jest to wartość właściwie nieskończona. I muszę pilnować (obliczyć jak na zegarze), kiedy te kilka dni minie w WW, żeby się wstrzelić. A skoro u mnie jest to nieskończenie długo, sami rozumienie, można zapomnieć. Ja w matematyce nigdy nie byłam prymusem. No może w podstawówce. Ale to skomplikowane, mówiąc oględnie, nie było.

Tymczasem ja o Panu Demonium myślę non-stop! 

Rozumiecie? Ja o nim myślę nieustannie, a więc nieskończenie. Myśl idzie w każdą stronę. Jest wielokrotna, nieograniczona. Równoległa do innych wielokrotnych i nieograniczonych myśli. To właśnie jest mój Czas. Ten, który panuje w Nadwymiarze. Oczywiście ludzie mają straszny dylemat z wyobrażeniem sobie nieskończoności. A wystarczy narysować kółko.

Reasumując: w każdej chwili, w każdym momencie jestem we wszystkich czasach składających się na Czas. Nieskończenie dużo kółek.

Czyli kula.

Będąc w takim położeniu mam, rzecz jasna, wgląd we wszystkie czasy. Znam zatem przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Znając to, wiem doskonale, co się stanie z Panem Demonium*. 

Znam imiona, które dopiero poznam.

Wiem, jaki los czeka Szamana Mako. 

I wiem, co się stanie z wami. 

———————————————–

* Będzie mój. 

Będąc w takim położeniu mam wgląd we wszystkie czasy. Znam zatem przeszłość, teraźniejszość i przyszłość…

Mitologia w Szczecinie

Rozochociliśmy się z Szamanem Mako w tym przekraczaniu wymiarów. Jak nie latamy na meteorytach, to chodzimy do WW na cmentarz. Tam jest cicho i sympatycznie, no i mało ludzi. Czasem, gdy mamy ochotę na większą imprezę, wkręcamy się na jakiś pogrzeb. Wszyscy są w czerni, więc nikogo nie dziwią nasze zakryte ciemnością sylwetki. Udajemy znajomych zmarłego. Tak bliskich, że wiemy o nim rzeczy wszeteczne. Nie będziemy oczywiście nic nikomu mówić. I niech to będzie dla reszty łaskawość. Ludzie boją się skandali, zwłaszcza skandali we własnej rodzinie. Patrzymy przeto bezlitosnym wzrokiem prawdy na skuloną z żalu wdowę, na szwagierkę nerwowo palącą papierosa, na nieco grubawego, spoconego zięcia dźwigającego wieniec. Patrzymy i widzimy to unikanie. Każdy śmiertelnik unika bezlitosnego wzroku prawdy. Każdemu w momencie unikania bezlitosnego wzroku prawdy tłuką się po głowie chaotyczne myśli:

  • Skąd oni są? Z Karola studiów? Za młodzi. 
  • Może to od Kaśki, z Ameryki przyjechali?
  • Z banku. Z agencji.
  • Policja. 
  • Mafia.

Tymczasem dziabiemy w szarlotce i mruczymy niejasne odpowiedzi, skąd znamy Karola. 

  • Z zaświatów – mówię, bo jeśli go kiedykolwiek poznam, to przecież właśnie tu.  
  • Ale w raju go nie widziałem… – zamyśla się Szaman Mako.
  • On chyba gdzie indziej się wybrał – zauważam.
  • Lubił popić – kiwa Szaman. – Kto lubi popić, do raju się nie pcha. 

Konsternacja na sali, bo przecież co jak co, ale zmarły w życiu kielicha nie dotknął, a i reszta rodziny: sami abstynenci. 

W tych wędrówkach międzywymiarowych odkryliśmy dziwne miasto. Nazwa miasta: Szczecina. Jest to miejsce niezwykłe, bo niby w WW, a jednak jakby poza. Powiem w skrócie. To jest miasto zombi. 

Bo tak. Siedzimy z Szamanem Mako bezpiecznie na najwyższej wieży w Szczecinie (22 piętra) i patrzymy w dół. A tam ludzie poobijani, poszarpani, w łachach, nietrzeźwi, wyżęci, umarli. Ale chodzą, snują się, walczą. Bez życia, a żyją. 

My: odwrotnie. Nie żyjemy, ale z przytupem. 

Siedzimy więc z tym przytupem na 22 piętrze wysokopiętrowca i obserwujemy wymarło-żywą Szczecinę. Szaman Mako się nagle podkręca, że niby zobaczył morze. Bo on po morzach pływa, czego wam jeszcze nie mówiłam. Co jakiś czas znika z Nadwymiaru, w ogóle znika, gdy morze zobaczy. Zaraz go niesie. 

Tymczasem żadnego morza w Szczecinie nie ma. Tam właściwie nic nie ma. Właściwie to nie wiem do końca, czy w ogóle to miasto istnieje. 

Ale istnieje! Istnieje i mam na to dowody. I zaraz wam o nich opowiem. 

Szaman Mako faktycznie się uparł na to morze i poniosło go w nieistniejące odmęty. Zostałam sama na drapaczu chmur. Patrzę leniwie na ptaki u mych stóp. Patrzę na zombi. Na odrapany dach najbrzydszego budynku świata, czyli na ZUS. Też macie taką refleksję? Jest coś, co każe w każdym mieście postawić wybitnie straszną budowlę za straszne pieniądze i to zawsze jest ZUS. Tu, w Szczecinie, też. Koszmar z Gotham City. Zwymiotowany Szpinak. ZUS. 

Oprócz Zwymiotowanego Szpinaku na uwagę zasługuje też Szpaler Wkurwionego Ku-klux-klanu. Mianowicie tak zwana Filharmonia Szczecińska. Jest to kompleks białych kapturów zbitych w nastroszoną narośl piętrzącą się wśród przedwojennych kamienic z cegły. Gruba rzecz. No ale. Ja nie o tym. 

Siedzę, patrzę i zaczynam się nudzić, aż wreszcie postanawiam. Zjadę tam. Do nich. Do zombie. Może mnie nie zjedzą. Może czegoś się dowiem. Wiecie jak to jest. 

Pierwszym napotkanym był Remus. Stanął mi na drodze od razu, jak tylko opuściłam budynek. Zdążyłam tylko przejść ulicę. I oto on. Wśród książek. Książki ma stare, zużyte. Większość znam. Ale on mi pokazuje te małe. 

– Małe są najlepsze – wyjaśnia krótko. A wzrokiem każe mi kupić. A ja kasy nie mam przecież. Nic. Z Nadwymiaru jestem. Ale pamiętam, że w plecaku noszę też małą książeczkę. Format pocztówkowy, jak kiedyś te tygrysy. Poradnik dla psychopatów Kubryńskiej. Wyjmuję więc i daje mu w zamian za TĘ książkę, którą on sugeruje. 

– Mitologia hetyckiej Anatolii. 

Wymieniamy się bez słów. A gdy mam w ręku tę książkę, Remus znika. 

I już go więcej nie zobaczę. 

Mitologia za to nie znika wcale.  Mam ją do tej pory. I to jest dowód na istnienie Szczeciny. Więcej. W książeczce są rysunki. I te rysunki przedstawiają obrazy, które znam. Których do tej pory nie rozumiałam, a teraz pomału…

Znam je z własnych snów. 

PS. Mam jeszcze dwa dowody. Cesarzową Muślin i Kamienie. Wszystko opowiem, jak tylko ochłonę. Jak Szaman Mako wróci z nieistniejącego morza. Jak…

Tabula rasa

Ledwo żyję. Przez cały dzień lataliśmy z Szamanem Mako po kosmosie i muszę przyznać, jest to po prostu sport ekstremalny level hard. Szaman Mako od dawna namawiał mnie na tę eskapadę, zapewniał, że super się na meteorytach lata, ale wykręcałam się tym i owym. A że zmęczona jestem po chorobie i śmierci (rekonwalescentka tak zwana), a że hałas źle znoszę (zaburzenia integracji sensorycznej) i, co najważniejsze: nie mam się w co ubrać. 

Czyli typowe tłumaczenia ciotki Fredzi. 

Tymczasem przyśnił mi się sen, w którym Ktoś mi powiedział, że jestem tabula rasa. Dla niewtajemniczonych: czysta kartka. Jak mi trzeba, to mogę użyć kryształowego pudru (???!!!).

Amen. 

Obudziłam się w takim nastroju, jakbym dotychczasowe wszystkie doświadczenia z poprzedniego życia zrzuciła z siebie w jakąś nieskończoną przepaść i oto właśnie ważyła pół grama. Albo i to nie. Ile waży kartka papieru? Niezapisana?

Długo leżałam w pościeli przewalając się z tym swoim nowym stanem nieważkości. Szaman Mako powiedział mi kiedyś, że mam stopy jakbym nigdy nie chodziła po Ziemi. Przyjrzałam się nim. Może faktycznie nigdy po tej Ziemi nie chodziłam? Może stąd te moje problemy? Takie oderwanie od rzeczywistości niesie za sobą pewne niezrozumienie. Niektórzy przywarci do podłoża jak Wąż, czy Józefstalina mogą tego nie zrozumieć. Z drugiej strony: co mnie Józefstalina obchodzi? Jest tak zajęta knuciem, że nawet nie zauważyła mojej śmierci. A po jaką cholerę knuć przeciwko komuś, kto nie żyje? Czyż nie szkoda energii? Właściwie kto jest bliżej rzeczywistości?

Fru! 

Nie ważę nic, więc mogę latać. Mogę latać między wymiarami sypiąc wokół kryształowym pudrem. 

Tymczasem wpada Ewelement (nie mam czasu nawet wyjaśnić, skąd się wzięła w Nadwymiarze Ewelement, grunt że poza Zarą Li mam jeszcze jedną koleżankę) i mówi, że po jej szafie walał się tajemniczy kostium czarny skórzany typu kobieta kot, specjalnie przeznaczony do jazdy na meteorycie. I ona ogólnie nie wie, co z nim zrobić, a tak na oko wygląda, że na mnie szyty. 

Powiem tak. Kostium jest faktycznie na mnie uszyty, nie ma w nim ani jednego centymetra zapasu, nie ma też mowy o ciasnocie. I tylko pozostaje zagadką, skąd się taki bieg wypadków wziął? Skąd ten kostium u Ewelement? I czemu akurat ja, nie ona? Bo na nią kostium w ogóle nie pasował. Na nikogo by nie pasował. On jest mój. 

Tak jak Pan Demonium. Z tą różnicą, że kostium już jest u mnie a Pana Demonium muszę zdobyć jakoś. Może na meteorycie?!

Reasumując. Jestem rasową oblatywaczką meteorytów. Jazda na meteorycie jest absolutnie genialnie wspaniała. To jest coś WOW, aaa!, i w ogóle. Już nie jestem ciotką Fredzią. Powiem więcej. Cień po ciotce Fredzi zniknął bezpowrotnie. Jak się ciocia raczy zapałętać w nasze strony: jedną noc możemy przekimać. A potem ciocię odwieziemy. METEORYTEM. 

Ha! 

Najlepsze przede mną. Bo ja mam, moi drodzy, niedawno odkrytą zdolność strzelania z broni palnej, kiedy tylko zechcę. Nie muszę tej broni ze sobą nosić, po prostu ją mam. Nie muszę ładować – zawsze jest naładowana. Strzelam z ramienia na odległość, a strzały mam, jak się okazuje, niezwykle celne. 

A na celu tak:

  1. Katedra Notre Damme – już zastrzelona, szczegóły przy okazji. 
  2. PP. 
  3. Jeszcze parę kościołów. W sensie: wszystkie.
  4. Kilka szkół (w niedzielę, żeby dzieci nie było). 
  5. Urzędy. Wszystkie. Wszystko jedno kiedy. 
  6. Prokuratura. Policja. Kongres Kobiet. 
  7. Koła łowieckie i nadleśnictwa państwowe. 
  8. Telewizja i gazety dla pierdzieli (czyli wszystkie) oraz biura poselskie. 
  9. Jeszcze kilka szkół. 
  10. Sejm.

I jak starczy energii, to jeszcze ten parlament w Brukseli. 

Listę będę uzupełniać w trakcje wykonywania zadań. Obawiam się, że jak się rozpędzę, to rozpryskując tłuczone szkło niczym kryształowy puder, zastrzelę cały świat. Dziś wprawdzie załatwiłam tylko jeden oddział firmy handlującej kradzionymi dziełami o wdzięcznej nazwie Srempik. Ale dopiero się uczę.

Wchodzenie do WW, zwłaszcza rozpędzonym meteorytem – do najłatwiejszych zadań nie należy. Pamiętajcie o atmosferze i spalaniu tlenowym. Może jestem z papieru, ale nie z azbestu. No i koordynacja, kiedy muszę utrzymać się okrakiem na rozpalonej sztuce, wrzeszcząc do Szamana Mako: „kieruj, ja strzelam!” unieść się nieco na napiętych udach (coś jak jazda konna), odwrócić w kierunku celu, wyciągnąć ramię i wypalić salwę tak, żeby siła odrzutu nie zrzuciła mnie z pojazdu. Mocna rzecz. 

PS. Padam na twarz, ale jutro znów lecę. 

PS 2. Chyba, że nie wstanę.

Podpisane: ciocia Fredzia

Jutro znów lecę. Chyba że nie wstanę…

Pan Demonium

Jezu, co za historia! Z jakim finałem! Nie mogę. Aż mnie przeraża opisanie tego. No ale. Trzeba. 

Boże, nie wiem od czego zacząć!

Dobra. 

Może najpierw od śmierci. To znaczy: od Zary Li. Bo na niej skończyłam. Otóż Zara Li pojawiła się tuż po tym, jak z Szamanem Mako paliliśmy świece żywota. Oczywiście, można powiedzieć: przypadek. Palili świece żywota czekając na śmierć i oto śmierć się pojawia, a oni zdziwieni, hm, skąd śmierć nagle, czyja to śmierć, tralala. Bywa i tak. Znam okoliczności. Człowiek też. Żyje jak na bombie zegarowej, ciągle spięty, każdego dnia drineczek, fajeczka, dla sportu (czyli niby dla zdrowia, hehe) zażyna się na siłowni, w wolnej chwili biegnie maraton, a potem… Swoją drogą, wiecie, skąd się wzięło pojęcie maratonu? Maraton, czyli bieg ok. czterdziestu kilometrów przebiegł pewien człowiek o imieniu Filippides, żeby zawiadomić o zwycięstwie Greków. Jak dobiegł do Aten, to się przewrócił i zmarł. Od tamtej pory ludzkość uznała za stosowne wziąć z niego przykład i biegnie masowo po śmierć. 

Zara Li. Pojawiła się znienacka, grom wie po co i od razu zaczęła pokazywać swoją siłę. A PP faktycznie, jakoś ucichł. I nawet nie zdążyłam go zastrzelić, a codziennie bawiłam się tą myślą. Opracowałam nawet technikę strzału doskonałego. Kiedyś wam o niej napiszę. Teraz nie mogę. Teraz muszę dojść do sedna, a jestem na razie w polu. Zara Li robiła mi potworny dym w planach. Najpierw ten różowy flamaster. Jak już go zdobyłam (nie mam czasu opisywać jak go zdobyłam!) – zażyczyła sobie rysunek. W sensie, że mam dorysować coś na różowo do mojego rysunku. A ja, jak widzicie, rysuję wyłącznie za pomocą mgły. I weźcie wpakujcie tu jaskrawy róż! A jednak. Przekonała mnie. Dorysowałam kwiaty, machnęłam nazwisko na różowo. Wyszło BOSKO. Miała rację. Tylko teraz cyrk, bo ona sobie NIE ŻYCZY, żeby ktoś to zobaczył. Mogę pokazać, owszem, ale tą swoją starą wersję mgielną. Przy której się tak upierałam. 

Czy ja mam cofnąć czas, pytam???

A ona spokojnie, że TAK. 

Nie pytajcie mnie, jak cofnęłam czas. Nie mam czasu opowiadać. Kiedy indziej. Jak cofnę czas ponownie. Albo zatrzymam. Bo teraz nie mogę. To znaczy mogę, ale nie chcę Teraz chcę wam napisać o PANU DEMONIUM. I nie mogę się, do cholery, doczekać, kiedy będę mogła! 

Dobra, napiszę od razu. Zara Li i tak ma już sporo do przodu. Śmierć nie zając. 

Śnił mi się rubin. Rubin to taki kamień szlachetny niezwykłej urody. „Niezwykłej” nie oznacza oceny. Rubin wygląda konkretnie jak… owoc kaliny. 

Nie pamiętam, czy tamta dziewczynka z lasu była ładna. Nie w tym rzecz. Tamta dziewczynka miała coś WAŻNEGO dla mnie w swojej urodzie. Ona miała (ma!) w swojej urodzie jakąś informację dla mnie. Informację, która jest ważna. I ma związek z moim przeznaczeniem. 

Szybko się uczę tego introligatorskiego, prawda? Tak, tak, Szaman Mako nic nie mówi, a ja i tak wszystko wiem. 

Jest taka ogólna zasada w życiu, że każda dziewczyna marzy o tym, żeby mieć starszego brata. Starszy brat to idealny pomost między ojcem, który przypieprza się o jakieś bzdury typu: oceny, bekanie przy stole – a (Boże, uchowaj!) mężem, który przypieprza się o rzeczy wymienione i dodatkowo, mimo dorosłego wieku, nie umie sobie zrobić kotleta ani wyprasować koszuli, o co, rzecz jasna, się przypieprza. Na marginesie, dziewczyny samotne! Nie macie faceta? Pocieszcie się, że nie macie męża.

Wracając do starszego brata. Starszy brat do niczego się nie przypieprza, sam sobie prasuje, sam gotuje, robi jajecznicę na śniadanie, nosi cię na barana i rozśmiesza do łez. Przykład: Szaman Mako. 

Przyszedł wczoraj do rajskiej komnaty, pokazuje mi opakowanie krakowskiej suchej i pokurczony plasterek kiełbasy. I mówi: „Zobacz. Tu jest napisane, że smak dojrzewa z czasem. A ta kiełbasa zrobiła się zielona z czasem. A przecież wiadomo, że zielone to niedojrzałe. Oszukali mnie”. 

Albo, że na przykład jest niedziela i jakiś problem, że o 14.00 jeszcze leżysz w łóżku:

– To zrozumiałe. Człowiek tak bardzo się męczy procesem budzenia, że nie może wstać.

Kurde! Za dużo o nim gadam. Do rzeczy. Śni mi się rubin. Leży na mojej drodze, na złotej łyżeczce. Rozglądam się wokół. Nikt nie widzi. Szybkim ruchem chowam łyżeczkę z rubinem do kieszeni. 

Tego samego dnia jestem w WW. W WW! Jestem z powrotem w Waszym Wymiarze! Ja: DUCH. Przechodzę przez wnękę międzywymiarową (zawsze mnie gdzieś poniesie!) i idę tam z ciekawości, bo jednak jest to, kurde, niecodzienność tak chodzić między wymiarami. Ja pierdziu! Widzą mnie, nie widzą? Patrzą. Ale jakoś na wskroś. Czy ja śnię? Nie, to nie sen. Jestem w WW. Ale nie boję się. Nie czuję nic, prócz ciekawości. 

Wchodzę do galerii handlowej. No gdzieżby indziej? Zastanówcie się. Jakbyście umarli, nie żyli, jakbyście byli duchami, gdzie byście poszli? No, kuźwa, do galerii handlowej, jasna sprawa. Idziecie, nikt was nie widzi. A może widzi?

Nie mam pojęcia czemu, ale moje kroki zmierzają w jakimś celu. Faktycznie, wchodzę nagle do jubilera. Wchodzę do sklepu z rzeczami za miliard. 

Widzi mnie ten subiekt?

– W czym mogę służyć?

Widzi. Widzi!

– Szukam pierścionka z rubinem. W białym złocie. 

Nie wiem, czemu nie pytam o łyżeczkę. Bo wolę pierścionek?

Subiekt odwraca się, szuka po tych wypielęgnowanych gablotach, za chwilę wraca. Pokazuje mi trzy pierścionki. Ja widzę tylko jeden. TEN. 

To on. 

To on mi się śnił. 

To jest prawdziwy ojciec Kaliny. 

Pan Demonium. 

Subiekt nie słyszy rozmowy między mną a Panem Demonium. Ona trwa ułamek sekundy, albo całą wieczność. Oboje jesteśmy w swojej przestrzeni własnego wymiaru. To tak jakbyśmy opuścili budynek galerii handlowej, a jednocześnie w nim byli – na ułamek sekundy albo całą wieczność. Wiem, niektóre frazy są niepojęte. Ale wierzę w was. Ja tu mam na serio dużo większe dylematy niż język polski. 

Muszę go mieć!

Nie mam pojęcia jak. Nie wiem. Nigdy nie kradłam. Poza tym, skąd mam wiedzieć, co się dzieje z duchem, którego łapie policja? Nie wiem nic. Nic! Myśleć, myśleć. 

Muszę go mieć.

Nie wiem, jak. Zaraz będę wiedziała. Zara…

A tymczasem subiekt robi rzeczy niebywałe. Raz: daje mi Pana Demonium do przymierzenia. Ja pierdzielę. Nakładam pierścionek na środkowy palec lewej dłoni. Pasuje idealnie, ale to przecież nie jest żadna niespodzianka. Wszak to MÓJ pierścień. Przyglądam mu się. Nie ma żadnych zabezpieczeń. A ten gościu się ODWRACA i zajmuje jakimś zegarkiem! Specjalnie! Mam tylko dwa kroki do wyjścia. Jak polecę przed siebie, nikt mnie nie dogoni, myk do wnęki międzywymiarowej i Pan Demonium jest mój! 

Sprzedawca, nie podnosząc głowy znad zegarka, podaje cenę pierścienia. Jakiś milion miliardów, nie pamiętam. Nieważne. Ja nie mam żadnych pieniędzy i tak. 

  • Proszę mi go odłożyć. Muszę to przemyśleć. 
  • Na jakie imię odłożyć?
  • Noemi. 
  • Proszę spojrzeć, czy dobrze napisałem.
  • Bardzo dobrze. 
  • Pierścionek będzie czekał na panią do środy. 
  • Doskonale. 

Do środy. Mam czas do środy. 

Muszę go mieć!

PS. Muszę go mieć. 

Zara Li

Wiem! Przypomniało mi się! U stóp Góry Przeznaczenia widziałam grupkę dzieci. Była wśród nich mała dziewczynka. Dzieci wołały do niej: „Kalinka”.

– Kalinka! Chodź tu! Zobacz, co tu jest!

– A co tam jest?

– Grób dzięcioła.

Minęłam ich, poszłam w swoją stronę, czyli tam, gdzie opisywałam. A potem, już na górze leżał owoc kaliny, diabli wiedzą skąd, bo owocującego drzewa nigdzie nie było. Przypadek? Nie sądzę. O coś z tą Kaliną (kaliną?) chodzi. O coś chodzi z grobem dzięcioła.

Kilka słów wyjaśnienia. Skąd w Nadwymiarze dzieci? Też się początkowo dziwiłam. Wszak musiały umrzeć? Nie. Otóż dzieci są w Nadwymiarze i WW jednocześnie. Tak już jest. One to potrafią. Potem, niestety, opuszczają Nadwymiar, skupiając się jedynie na waszym świecie. Wielka szkoda.

Oczywiście są takie, które zostają w Nadwymiarze. Nie mają lekko. Połączyć te dwa byty – level hard. To już, faktycznie, łatwiej umrzeć.

No więc „moje” dzieci z lasu przeznaczenia żyją jednocześnie w WW i tu. Bez przeszkód przechodzą przez wnękę międzywymiarową i już są w zaczarowanym lesie. Wnęka międzywymiarowa znajduje się niedaleko mojego ogrodu. Czasem słyszę przez nią głosy z WW i nie są zazwyczaj to przyjemne chwile: – Zaje…m mu, a on do mnie, co ty k…a, a ja ku..a, ja pier…lę!

Innym razem karetka pogotowia.

Tymczasem wróciłam z Góry Przeznaczenia i pamiętam, że czeka mnie w przyszłości jakaś Kalina, albo kalina. Zawsze to coś. Bo już się bałam, że nic mnie nie czeka, co jest w oczywisty sposób połączone z nieistnieniem. Za które podziękuję. To już też zaliczyłam.

Dobra. Miałam pisać o śmierci! Grób dzięcioła przecież też coś znaczy. Otóż znalazłam śmierć! Znalazłam ją wczoraj za rogiem mieszkania Wió, gdy wyszłam w kierunku lumpiaterii. Lumpiateria to taki nadwymiarowy salon mody, w którym wszystko jest oddawane za bezcen, a jest tak piękne, zwiewne i doskonałe, że czasem się martwię kompulsją strojenia. A przecież w Nadwymiarze nie wolno mieć kompulsji. No, ale już od jakiegoś czasu tam nie chodziłam, wczoraj poszłam. Kilka kroków przeszłam, patrzę: śmierć. Leży, biedna, zakurzona. Wygląda, jakby ktoś ją wyrzucił. Na środek drogi. Ludzie serca nie mają.

Wzięłam ją od razu. Wróciłam, posadziłam na parapecie. A potem poszłam do tej lumpiaterii i na śmierć o niej zapomniałam.

Przypomniała mi się wieczorem. Leżałam już w sarkofagu, zbierałam się do spania. Zerwałam się, poleciałam po nią, zdjęłam z parapetu, wykąpałam, doprowadziłam do ładu. Ma spódniczkę z czarnej koronki. Trochę się pruła, ale ogarnęłam. Paznokcie u rąk i stóp czerwone. Ogólnie: elegantka. I po tej kąpieli – w humorze.

Ma na imię Zara. Tak przeczytałam na plakietce, którą nosi przy biodrze. Imię adekwatne. Też bym się nie spieszyła. Ale są tacy, co się spieszą. Dzięcioł na przykład.

Kości i piszczele układają jej się w napis. Li. Stąd mniemam, że jej pełne imię i nazwisko to Zara Li.

Zara Li mieszka teraz ze mną i nosi moje długopisy, które do tej pory w kółko gubiłam. Dziś nawet zażyczyła sobie własny. Ma być jaskrawo różowy. Super. Skąd mam wytrzasnąć jaskraworóżowy długopis, nie wiem. Ale cieszę się, że mam przyjaciółkę.

PS. Szaman Mako też polubił Zarę. Tylko z miejsca zaczął się martwić, czyja to śmierć. On tak zawsze. Ostatnio znalazłam Słownik Symboli, wzięłam go do Księgozbioru (opowiem, mega historia!), a on ciągle tylko: to do kogoś należy na pewno, trzeba oddać. Ciekawe komu. Żywej duszy wokół.

Ps2. Czy ja nie za dużo piszę o Szamanie Mako? Bo już mnie to wkurza!

***

Minął dzień. Boże. Właśnie do mnie dotarło z KIM się zaprzyjaźniłam…

Posadziłam ją na parapecie. A potem na śmierć o niej zapomniałam…