Pamięć

Wady. Błędy. Winy. Cały wstyd, którego do siebie nie dopuszczasz, bo jest zbyt bolesny, żeby go przeżyć, dlatego tkwi jak pocisk w ramieniu. Łatwiej podkreślać błędy innych, o kurwa, jak tak można postępować, w głowie się nie mieści, od samego myślenia człowiek chory, ale jednak przyjemnie, że to on, nie ty. O tobie za to cisza, amen, nie ma tematu. Chyba że pozytywnie, wtedy na ful. 

Emocjonalny huragan porywa strumienie świadomości. W rozszalałym wirze szarych molekuł zawarta jest jednak pamięć, której nie sposób zapomnieć. Budzi o czwartej rano. Nic się wtedy nie dzieje. Nawet telewizor nic. Nie chodzą kosiarki, radio nie działa. 

Pieprzone oko cyklonu. 

Wady. Błędy. Winy. Te sytuacje. Te najmocniejsze. Te, których nie ma. A jednak są. 

Kiedy poleci ten film, bez przewijania, ściszania, bez wycinania scen, kiedy więc poleci ten film, to już jakoś inaczej się patrzy, już tak się nie chce oceniać. 

Stratosfera

Jedyne zmartwienie: która sukienka? Wszystkie inne żegnam. Niektóre nie chcą odejść, upierają się, hej, bądźmy poważne, nie wolno nas lekceważyć, trzeba się martwić. Rozmawiamy wtedy tak, jak na rozmowie kwalifikacyjnej, tylko odwrotnie. Chodzi o kwalifikację pożegnalną. Do czego mi jesteś, zmartwienie, potrzebne? Hm. Tak naprawdę do niczego, ale… Samo widzisz. Musimy się rozstać. 

Jest taki film z Georgem Clooney’em, który w fachowy sposób zwalnia ludzi z pracy. Kolekcjoner emocji. I mil przelecianych nad Ziemią. 

W chmurach

Chyba chodzi o to, żeby wpiąć się wyżej. George. 

10000

Co się dzieje, kiedy przychodzi niepokój? Wyobraźnia szaleje. Tworzy czarne wizje, wybiera najstraszliwszą i taką właśnie roztacza. Jest jak facet w prochowcu, który cię goni przez osiedle, kiedy zapada zmrok. Co, jeśli nie dasz rady uciec? Staniesz. Odwrócisz się. Spojrzysz mu prosto w oczy. 
– Chcesz zarobić dziesięć tysięcy?
– Nie.

Stanowczość zaskakuje. Facet w prochowcu stoi na klatce schodowej, do której za tobą wbiegł i zastanawia się, co dalej, podczas gdy fruniesz po schodach w górę, frunąc wygrzebujesz z dna tornistra klucze, po ciemku trafiasz do dziurki od klucza, przez nią do środka, do swojego schronu, do samego serca. 

Ani słowa matce. Inaczej koniec z wolnością. Trzeba się szybciej poruszać, najlepiej po dachach. Świat tak wygląda, dziecko, mówisz do roztrzęsionej siebie, mężczyźni polują na dziewczynki, kurwa mać, czy ja nie jestem zbyt młoda na takie słowa?!

Śni mi się szczęście. Z trudem hamuję łzy. Naprawdę się staram. 

Potop

Bunt ma naturę fali. Pod jej zmarszczonym cielskiem narasta przerażenie. Rozpacz. Słowa, które się na usta cisną są siarczyste. Usta bledną… 

Ok, jeszcze raz, tym razem na trzeźwo. Na trzeźwo znaczy bez emocji. Miejsce akcji? Ocean, a właściwie morze. Bałtyk. Można rzec: część oceanu. Która? Północny wschód. Idzie nam świetnie, cieszy się Jolka i naprawdę nie wiem, skąd te „nam”. Niektórzy tak mają. Istnieją w liczbie mnogiej. Wracając do akcji, trzeba dodać, że wieje. Wiatr jest mokry, a odczuwalna temperatura pozwala kropelkom wody przemoczyć włosy i ubranie, zanim zamarzną… 
– Możesz przestać?! – oburza się Jolka.
– A co ty myślisz, że to Piraci z Karaibów? Sorry, taki mamy klimat. 
Więc zimno. Przynajmniej dla człowieka. Noe nie jest człowiekiem, to znaczy jest, ale na takiej zasadzie jak morze z tym oceanem. Bycie człowiekiem jest tylko częścią o wiele większego istnienia…
– To za trudne – ziewa Jolka i włącza Piratów. 

Na północnym wschodzie zapada mrok. Od kilku dni zapowiadają burze. Im dłużej ich nie ma, tym większa pod rozbujanym cielskiem groza… 
– Ma być bez emocji! – krzyczy Jolka zza ekranu, przypominając tym samym, że przecież jest duchem i chłonie wszystko z jednakową uwagą równą jednocześnie zeru i nieskończoności…
– Za trudne!

Nic. Horyzont z każdej strony. A właściwie już i horyzontu brak, bo noc. 
– To może chociaż księżyc?
– Chmury. Nie widać. 
– Samolot?
– Chyba UFO. To potop, debilko. 
– Można.
– Paliwo się kończy. 
– Dlatego drożeje. 
– Kompas!
– Zwłaszcza, że nie ma gwiazd. 
– Nazywa się: Róża Wiatrów. 
– Jolanta Gałecka, dzień dobry. 
– Dobry wieczór, mówię, że noc. 
– Dobry wieczór, Różo. 
Róża rozwiewa chmury, zza chmur uśmiecha się księżyc, niebo usiane gwiazdami odbija się w cielsku fal, a wszechświatem otoczona kropla ma na imię Bałtyk…
– Noe, dzień dobry.
– Dobranoc.

Łubudu! Łubudu! Kto zna burzę na morzu? Potop zaczyna się w głowie, w samym jej środeczku, nad czołem, dokładnie tam, gdzie ląduje cegła. Z drewnianego kościoła. Z ceglanego spadają krucyfiksy. I też w to miejsce celują. 
– Dziewczyny! Dziewczyny! Dziewczyny! – woła Noe w czerń, a w myślach powtarza jak mantrę: bez emocji. Bez emocji. Bez emocji. Zamrożenie.
– Ej, ona nas woła – zauważa Jolka i naciska spację w Piratach. 
– Tak – odpowiada Noe. – Wołam was, debilki. 
– Aha.
– Okeeej.
– Co tam?
– Hipo, kurwa, potam. 
– Hipopotop?
– Hiper.
– Hipster.
– Możecie przestać?! Jest zagrożenie życia, a wy sobie jaja robicie?
– Niestety.
– Właśnie.

Niezręczna cisza, albo (bez emocji) oko cyklonu. Szansa. Ostatnia, co dramatycznie podnosi jej wartość. Zalecane przysiady i skłony. Zmiana pozycji. Jolka wygina się w mostek, żadna cegła jej głowy nie dosięgnie. Ani krucyfiks. Tymczasem w głowie pustka. Wyssana przez olbrzymi nowotwór. Nowotwór Olbrzymi, dzień dobry. 
– Spierdalaj – odpowiada Jolka i ta pierwsza w odzyskanym umyśle myśl rozsiada się elegancko jak królowa, VIP numer jeden.
– Tak – dodaje Noe. – Spierdalaj. 
– A kto mnie uratuje? Co? 
– Nikt. Twój inicjał brzmi NO. 
– W sensie: nie brzmi. 
– Is any NO hier? 
– NO.
Nie ma nic potężniejszego od perlistego śmiechu pośród apokalipsy. 
– To może chociaż trochę? Na pamiątkę.
– Jezu, jaki namolny. 
– Weź go wyłącz, Jolka. 
– Nic nie kuma. 
– Nie umie liczyć. 
– Jak czegoś nie ma, to nie ma, dude
– Nie istnieje. 
– Verstanden?
– Za burtę. 

Ta włoska piosenka! Piripirpiripiri. 

Giovanni Telegrafista. Enzo Jannacci. Sam siebie podpisuje małą literą, a jest przecież wielki, tak wielki jak istnienie, którego częścią jest człowiek.