Zaćmienie Słońca

Na Niebie szare chmury. Skłębione, groźne, potężne. Wśród nich: Słońce. Jest. Widoczne. Obecne. Ale nie świeci, nie. Nie wysyła żadnych promieni. Jakby się wyczerpało, skończyło. Jakby jego wewnętrzne, do tej pory samonapędzające się zasilanie – zgasło. 

Patrzę prosto w jego tarczę i skądś słyszę, że będzie zaćmienie. „Zaćmienie Słońca” – powtarzają jakieś głosy, których nie znam. Nieznajome postaci tłoczą się obok mnie, zadzierają głowy. Nie muszą mrużyć oczu, nie muszą patrzeć przez szkiełko. Słońce nie oślepia starym zwyczajem wcale. Jest jakby duchem Słońca, jego cieniem. 

I nagle nadciąga nieprzenikniona czerń. 

Z prawej strony. Kulisty kształt mroku zakrywa bladą tarczę gwiazdy. To trwa tak krótko, że nawet nie zdążam pomyśleć. Nie mam czasu na strach. 

Bo nagle wszystko gaśnie, ale zgaśnięciem absolutnym, totalnym zapadnięciem się w czeluść. W czeluści jest czarno i zimno, a zarówno mrok jak i chłód gęstnieją od ludzkiego lęku. 

– Nie bój się – odzywa się Ktoś. Radzi mi dobrze. Nie wolno się bać. Nie wolno. Nie teraz. 

Nigdy. 

Nie boję się więc, choć jakaś przeolbrzymia czerń zabrała Słońce. Nie ma go. Czy będzie? Nie wiadomo. Wiadomo tylko, że nie wolno się bać. I wtem czuję, jak przepełnia mnie Wszechmoc. Chmury, Niebo, Słońce, wszystko to nagle jest we mnie, jest mną, ja jestem nimi, jestem częścią Wszystkiego, więc jednocześnie odrywam się od Ziemi i lecę oraz zostaję na niej i stoję. 

A więc żyję i nie żyję. 

Jestem i nie jestem. 

– Witaj w Nadwymiarze. 

To nie ja piszę. To same piszą klawisze.