Na co umarłam?

Z pewnością jesteście ciekawi, czemu, a po waszemu mówiąc, na co umarłam. Mówię: po waszemu, bo wiem, jak z wami było. Gdy chorowałam, nikt nie pytał, jak się czuję, tylko: co mówi lekarz? Ludziom się dziś nie ufa. Człowiek niewiele znaczy. W sensie: jego uczucia znaczą niewiele. To trochę tak, jakby się odstawiło zepsuty samochód do warsztatu. Nikt z samochodem nie rozmawia, tylko z mechanikiem. Tak samo, jak te samochody, traktuje się ludzi. Człowiek leży chory i choć jest głównym źródłem informacji o swoim stanie – nikt z nim nie chce rozmawiać. Liczy się tylko to, co powie jakiś obcy facet w białym fartuchu. Albo wyszukiwarka gogle. 

Nie wiem, moi drodzy, co mówi o mnie wyszukiwarka gogle, nie wiem też co mówi facet w kiltu. Jeśli koniecznie chcecie się dowiedzieć, zadzwońcie do niego i spytajcie. A nie do mnie. Chorej. A właściwie: nieżywej. 

W skrócie więc można rzec: umarłam, bo nie miało znaczenia, jak się czuję podczas śmiertelnej choroby. 

Zanim umarłam, wynajęłam mieszkanie od niejakiej Wió. Jest to choleryczna osoba wszystkowiedząca, taka mądrala, co zawsze na wszystko ma doskonałe rady. O niej opowiem kiedy indziej. Tymczasem: miejsce. Gdy się wprowadzałam do tego mieszkania, już byłam poważnie chora. I osamotniona. Pierwsze dni wiosny rozświetlały świat, a ja leżałam, albo siedziałam patrząc w okno i dokonywałam żywota. Nikt mnie nie odwiedzał. Wszystkie moje przyjaciółki poleciały w swoje strony i tylko czasem dzwoniły, męcząc mnie tłumaczeniami, dlaczego nie mają czasu.

Wreszcie umarłam. Jak już wiecie: przeszłam Bramę Raju i znalazłam się tu. Ale tu nie oznacza, że wyleciałam na zawsze ponad chmury, jak opisywałam. Owszem, jestem również ponad chmurami, ale nie tylko. Moja dusza została też w mieszkaniu Wió, choć jakby obok, w innym wymiarze. W Nadwymiarze.

Tu się jakoś inaczej widzi. Światło się odbija pełniej. Kolory są tak bardzo nasycone, że aż trudno w nie uwierzyć. Takie obrazy, jak tu, pojawiają się czasem za życia, ale tylko w snach.

Teraz na przykład, po mojej lewej stronie widzę kryształowy lazur, a w nim dwie jasnoturkusowe donice z kwiatami, odbicie kaktusowych listków (wiem, odbicie w odbiciu, ale to jest Nadwymiar), w tle majaczy karmazyn.

Gdy obrócę wzrok ku prawej stronie, pojawia się ametystowe okno skąpane w kolorach, które przyśniły mi się dwa miesiące temu, gdy jeszcze „żyłam”. Celowo daję cudzysłów, bo tamto życie wydaje mi się teraz jakimś przedstartem, oburzająco długim egzaminem na prawo jazdy, niekończącym się staniem w korkach, gdy z radia samochodowego lecą reklamy czopków na hemoroidy. Brr. 

Wracając do Nadwymiaru. A właściwie do rajskiej komnaty (kiedyś to był zwykły pokój), w której teraz siedzę i dochodzę do siebie. Przede mną jest coś w rodzaju świątyni. Świątynia jest pełna kwiatów, zieleni i cudów. Tak, jest tu wiele cudów, jeden taki, że gdybym o nim napisała, to byście popadali trupem, a tego bym nie chciała. Za ciasno się zrobi w Nadwymiarze.

Zapomniałam dodać, że zasłony tego ametystowego okna są upięte jak u krasnoludków, a raczej: jak u Królewny Śnieżki. Drugie okno, te z widokiem na krzak bzu, te z zasłonami w szkocką kratę, one są upięte jak u krasnoludków. 

Tu jest pięknie. 

Brak mi słów. 

Wybaczcie, ale z tego zachwytu nie umiem napisać, jak tu jest. Może to jakoś wyjdzie z czasem, coś się uformuje. A teraz po prostu muszę chłonąć Nadwymiar, muszę się nim nasycać, wzmacniać się dzień po dniu, bo bardzo słaba jestem po tej chorobie i śmierci. 

PS. Jedyny problem (zawsze jest ten problem!) to kwestia ciała. Muszę się go pozbyć. Ale jeszcze nie mam pomysłu, jak.