Świece żywota

Wy tam się pierdołami zajmujecie, a ja tu walczę o istnienie. Umrzeć można wiele razy, ale najgorszy przegryw to przestać istnieć. Nie wiem jeszcze ile mam śmierci w zanadrzu, a na Górze Przeznaczenia zajmowałam się wszystkim, tylko nie własnym przeznaczeniem. I teraz guzik wiem. Namówiłam nawet Szamana Mako (bo tak się zwie ten Introligator), żebyśmy poszli tam po raz drugi, ale oprócz jakiegoś pogrążonego w mozole przewracania się na plecy i grzebania skrzydłami w błocie żuka – nic nie zobaczyłam. I teraz nie wiem, co będzie. 

W międzyczasie – gdy rozstrzygałam swój tajemny los – okazało się, że w czwartym wymiarze sąsiedztwa z mieszkaniem Wió mieszka jakaś baba z psem (znowu pies!) i jest to fakt absolutnie niekorespondujący z moimi wyobrażeniami Nadwymiaru. 

Sąsiadka jak sąsiadka, ale ten pies! Podobno ma tysiąc lat (dokładnie dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć skończył w październiku) i bez przerwy szczeka. Zza sufitu dochodzi mnie więc nieustanne ujadanie, a ja jestem osobą nadwrażliwą, zwłaszcza na dźwięki. No i ten pies. 

Doprowadza mnie do szału. 

To ma być raj?

Szczeka i szczeka. 

Ma na imię PP. I żeby nie było: żaden Pepuś ani Pepunio. To jest skrót od Popie…ony Pies. Po prostu. Popie…ony Pies, który w kółko drze mordę, podczas gdy jego właścicielka Sąsiadka z PP wrzeszczy do niego:

– Cicho bądź!

Tak to wygląda. 

Myślałam. Rozważyłam wszystkie za i przeciw. I zdecydowałam. Trzeba go zabić. 

Oczywiście, zaraz się rzucicie z propozycjami. Mnie też pierwsze co przyszło do głowy, to pójść i zastrzelić. Ale to nie takie proste. 

Wszyscy ludzie na świecie myślą, że strzelanie to taki wyzwalający akt, trach, ofiara pada, a my mamy super samopoczucie, że się uwolniliśmy od szczeku. Trala lala. Byliście kiedyś na strzelnicy? Każdy strzał z broni palnej ma swój odrzut. I to taki, że wyrywa z butów. Trzeba mieć naprawdę parę w łapach, żeby gnata utrzymać. A ja nie mam żadnej pary w łapach, bo dopiero co wygrzebałam się ze śmiertelnej choroby i to w taki sposób, że umarłam. (W dodatku nie wiem, co mnie czeka.) 

To skąd ja mam mieć parę w łapach?

Szaman Mako obiecuje, że poćwiczymy. Ale jeszcze nie teraz, bo muszę dojść do siebie. Ale jak mam dojść do siebie, skoro bez przerwy słyszę ujadanie psa?! 

– Jest coś takiego, jak świeca żywota. 

Szaman Mako jest szamanem i zna różne sztuczki. I choć mnie denerwuje strasznie tym introligatorskim mądralowaniem, nie mam wyjścia, czasem trzeba posłuchać. Gdy więc powiedział o świecach żywota, zamieniłam się posłusznie w słuch, jak młodsza siostra, która słucha starszego brata. 

– Każdy ma swoją świecę żywota. Długość życia zależy od długości świecy. Gdy świeca się wypali, albo: gdy ktoś ją zdmuchnie – kończy się żywot. Jak sama nazwa wskazuje. 

– A to ma coś do psa?

– Ma. Bo jak znajdziemy jego świecę i wypalimy, PP przejdzie do innego wymiaru. I nastanie cisza. 

Od tego momentu zaczęło się poszukiwanie świecy. Szaman Mako przynosi całe opakowania tea-lightów, ja nawet jakieś wysokie do kandelabra znalazłam. Kolor mają odjechany, bo różowy, ale z PP nic nie wiadomo. Wszystko palimy do zera, czekając na śmierć. Na razie bez skutku. Nie ustajemy w czynnościach. Jestem pewna, że się uda. Trafimy w końcu na tę właściwą. I nastanie cisza. 

PS. Czasem tylko przychodzi mi do głowy jedna myśl. Do jakiego wymiaru wysyłamy PP? Bo jeśli do WW, to mu trochę współczuję…