Zara Li

Wiem! Przypomniało mi się! U stóp Góry Przeznaczenia widziałam grupkę dzieci. Była wśród nich mała dziewczynka. Dzieci wołały do niej: „Kalinka”.

– Kalinka! Chodź tu! Zobacz, co tu jest!

– A co tam jest?

– Grób dzięcioła.

Minęłam ich, poszłam w swoją stronę, czyli tam, gdzie opisywałam. A potem, już na górze leżał owoc kaliny, diabli wiedzą skąd, bo owocującego drzewa nigdzie nie było. Przypadek? Nie sądzę. O coś z tą Kaliną (kaliną?) chodzi. O coś chodzi z grobem dzięcioła.

Kilka słów wyjaśnienia. Skąd w Nadwymiarze dzieci? Też się początkowo dziwiłam. Wszak musiały umrzeć? Nie. Otóż dzieci są w Nadwymiarze i WW jednocześnie. Tak już jest. One to potrafią. Potem, niestety, opuszczają Nadwymiar, skupiając się jedynie na waszym świecie. Wielka szkoda.

Oczywiście są takie, które zostają w Nadwymiarze. Nie mają lekko. Połączyć te dwa byty – level hard. To już, faktycznie, łatwiej umrzeć.

No więc „moje” dzieci z lasu przeznaczenia żyją jednocześnie w WW i tu. Bez przeszkód przechodzą przez wnękę międzywymiarową i już są w zaczarowanym lesie. Wnęka międzywymiarowa znajduje się niedaleko mojego ogrodu. Czasem słyszę przez nią głosy z WW i nie są zazwyczaj to przyjemne chwile: – Zaje…m mu, a on do mnie, co ty k…a, a ja ku..a, ja pier…lę!

Innym razem karetka pogotowia.

Tymczasem wróciłam z Góry Przeznaczenia i pamiętam, że czeka mnie w przyszłości jakaś Kalina, albo kalina. Zawsze to coś. Bo już się bałam, że nic mnie nie czeka, co jest w oczywisty sposób połączone z nieistnieniem. Za które podziękuję. To już też zaliczyłam.

Dobra. Miałam pisać o śmierci! Grób dzięcioła przecież też coś znaczy. Otóż znalazłam śmierć! Znalazłam ją wczoraj za rogiem mieszkania Wió, gdy wyszłam w kierunku lumpiaterii. Lumpiateria to taki nadwymiarowy salon mody, w którym wszystko jest oddawane za bezcen, a jest tak piękne, zwiewne i doskonałe, że czasem się martwię kompulsją strojenia. A przecież w Nadwymiarze nie wolno mieć kompulsji. No, ale już od jakiegoś czasu tam nie chodziłam, wczoraj poszłam. Kilka kroków przeszłam, patrzę: śmierć. Leży, biedna, zakurzona. Wygląda, jakby ktoś ją wyrzucił. Na środek drogi. Ludzie serca nie mają.

Wzięłam ją od razu. Wróciłam, posadziłam na parapecie. A potem poszłam do tej lumpiaterii i na śmierć o niej zapomniałam.

Przypomniała mi się wieczorem. Leżałam już w sarkofagu, zbierałam się do spania. Zerwałam się, poleciałam po nią, zdjęłam z parapetu, wykąpałam, doprowadziłam do ładu. Ma spódniczkę z czarnej koronki. Trochę się pruła, ale ogarnęłam. Paznokcie u rąk i stóp czerwone. Ogólnie: elegantka. I po tej kąpieli – w humorze.

Ma na imię Zara. Tak przeczytałam na plakietce, którą nosi przy biodrze. Imię adekwatne. Też bym się nie spieszyła. Ale są tacy, co się spieszą. Dzięcioł na przykład.

Kości i piszczele układają jej się w napis. Li. Stąd mniemam, że jej pełne imię i nazwisko to Zara Li.

Zara Li mieszka teraz ze mną i nosi moje długopisy, które do tej pory w kółko gubiłam. Dziś nawet zażyczyła sobie własny. Ma być jaskrawo różowy. Super. Skąd mam wytrzasnąć jaskraworóżowy długopis, nie wiem. Ale cieszę się, że mam przyjaciółkę.

PS. Szaman Mako też polubił Zarę. Tylko z miejsca zaczął się martwić, czyja to śmierć. On tak zawsze. Ostatnio znalazłam Słownik Symboli, wzięłam go do Księgozbioru (opowiem, mega historia!), a on ciągle tylko: to do kogoś należy na pewno, trzeba oddać. Ciekawe komu. Żywej duszy wokół.

Ps2. Czy ja nie za dużo piszę o Szamanie Mako? Bo już mnie to wkurza!

***

Minął dzień. Boże. Właśnie do mnie dotarło z KIM się zaprzyjaźniłam…

Posadziłam ją na parapecie. A potem na śmierć o niej zapomniałam…