Pan Demonium

Jezu, co za historia! Z jakim finałem! Nie mogę. Aż mnie przeraża opisanie tego. No ale. Trzeba. 

Boże, nie wiem od czego zacząć!

Dobra. 

Może najpierw od śmierci. To znaczy: od Zary Li. Bo na niej skończyłam. Otóż Zara Li pojawiła się tuż po tym, jak z Szamanem Mako paliliśmy świece żywota. Oczywiście, można powiedzieć: przypadek. Palili świece żywota czekając na śmierć i oto śmierć się pojawia, a oni zdziwieni, hm, skąd śmierć nagle, czyja to śmierć, tralala. Bywa i tak. Znam okoliczności. Człowiek też. Żyje jak na bombie zegarowej, ciągle spięty, każdego dnia drineczek, fajeczka, dla sportu (czyli niby dla zdrowia, hehe) zażyna się na siłowni, w wolnej chwili biegnie maraton, a potem… Swoją drogą, wiecie, skąd się wzięło pojęcie maratonu? Maraton, czyli bieg ok. czterdziestu kilometrów przebiegł pewien człowiek o imieniu Filippides, żeby zawiadomić o zwycięstwie Greków. Jak dobiegł do Aten, to się przewrócił i zmarł. Od tamtej pory ludzkość uznała za stosowne wziąć z niego przykład i biegnie masowo po śmierć. 

Zara Li. Pojawiła się znienacka, grom wie po co i od razu zaczęła pokazywać swoją siłę. A PP faktycznie, jakoś ucichł. I nawet nie zdążyłam go zastrzelić, a codziennie bawiłam się tą myślą. Opracowałam nawet technikę strzału doskonałego. Kiedyś wam o niej napiszę. Teraz nie mogę. Teraz muszę dojść do sedna, a jestem na razie w polu. Zara Li robiła mi potworny dym w planach. Najpierw ten różowy flamaster. Jak już go zdobyłam (nie mam czasu opisywać jak go zdobyłam!) – zażyczyła sobie rysunek. W sensie, że mam dorysować coś na różowo do mojego rysunku. A ja, jak widzicie, rysuję wyłącznie za pomocą mgły. I weźcie wpakujcie tu jaskrawy róż! A jednak. Przekonała mnie. Dorysowałam kwiaty, machnęłam nazwisko na różowo. Wyszło BOSKO. Miała rację. Tylko teraz cyrk, bo ona sobie NIE ŻYCZY, żeby ktoś to zobaczył. Mogę pokazać, owszem, ale tą swoją starą wersję mgielną. Przy której się tak upierałam. 

Czy ja mam cofnąć czas, pytam???

A ona spokojnie, że TAK. 

Nie pytajcie mnie, jak cofnęłam czas. Nie mam czasu opowiadać. Kiedy indziej. Jak cofnę czas ponownie. Albo zatrzymam. Bo teraz nie mogę. To znaczy mogę, ale nie chcę Teraz chcę wam napisać o PANU DEMONIUM. I nie mogę się, do cholery, doczekać, kiedy będę mogła! 

Dobra, napiszę od razu. Zara Li i tak ma już sporo do przodu. Śmierć nie zając. 

Śnił mi się rubin. Rubin to taki kamień szlachetny niezwykłej urody. „Niezwykłej” nie oznacza oceny. Rubin wygląda konkretnie jak… owoc kaliny. 

Nie pamiętam, czy tamta dziewczynka z lasu była ładna. Nie w tym rzecz. Tamta dziewczynka miała coś WAŻNEGO dla mnie w swojej urodzie. Ona miała (ma!) w swojej urodzie jakąś informację dla mnie. Informację, która jest ważna. I ma związek z moim przeznaczeniem. 

Szybko się uczę tego introligatorskiego, prawda? Tak, tak, Szaman Mako nic nie mówi, a ja i tak wszystko wiem. 

Jest taka ogólna zasada w życiu, że każda dziewczyna marzy o tym, żeby mieć starszego brata. Starszy brat to idealny pomost między ojcem, który przypieprza się o jakieś bzdury typu: oceny, bekanie przy stole – a (Boże, uchowaj!) mężem, który przypieprza się o rzeczy wymienione i dodatkowo, mimo dorosłego wieku, nie umie sobie zrobić kotleta ani wyprasować koszuli, o co, rzecz jasna, się przypieprza. Na marginesie, dziewczyny samotne! Nie macie faceta? Pocieszcie się, że nie macie męża.

Wracając do starszego brata. Starszy brat do niczego się nie przypieprza, sam sobie prasuje, sam gotuje, robi jajecznicę na śniadanie, nosi cię na barana i rozśmiesza do łez. Przykład: Szaman Mako. 

Przyszedł wczoraj do rajskiej komnaty, pokazuje mi opakowanie krakowskiej suchej i pokurczony plasterek kiełbasy. I mówi: „Zobacz. Tu jest napisane, że smak dojrzewa z czasem. A ta kiełbasa zrobiła się zielona z czasem. A przecież wiadomo, że zielone to niedojrzałe. Oszukali mnie”. 

Albo, że na przykład jest niedziela i jakiś problem, że o 14.00 jeszcze leżysz w łóżku:

– To zrozumiałe. Człowiek tak bardzo się męczy procesem budzenia, że nie może wstać.

Kurde! Za dużo o nim gadam. Do rzeczy. Śni mi się rubin. Leży na mojej drodze, na złotej łyżeczce. Rozglądam się wokół. Nikt nie widzi. Szybkim ruchem chowam łyżeczkę z rubinem do kieszeni. 

Tego samego dnia jestem w WW. W WW! Jestem z powrotem w Waszym Wymiarze! Ja: DUCH. Przechodzę przez wnękę międzywymiarową (zawsze mnie gdzieś poniesie!) i idę tam z ciekawości, bo jednak jest to, kurde, niecodzienność tak chodzić między wymiarami. Ja pierdziu! Widzą mnie, nie widzą? Patrzą. Ale jakoś na wskroś. Czy ja śnię? Nie, to nie sen. Jestem w WW. Ale nie boję się. Nie czuję nic, prócz ciekawości. 

Wchodzę do galerii handlowej. No gdzieżby indziej? Zastanówcie się. Jakbyście umarli, nie żyli, jakbyście byli duchami, gdzie byście poszli? No, kuźwa, do galerii handlowej, jasna sprawa. Idziecie, nikt was nie widzi. A może widzi?

Nie mam pojęcia czemu, ale moje kroki zmierzają w jakimś celu. Faktycznie, wchodzę nagle do jubilera. Wchodzę do sklepu z rzeczami za miliard. 

Widzi mnie ten subiekt?

– W czym mogę służyć?

Widzi. Widzi!

– Szukam pierścionka z rubinem. W białym złocie. 

Nie wiem, czemu nie pytam o łyżeczkę. Bo wolę pierścionek?

Subiekt odwraca się, szuka po tych wypielęgnowanych gablotach, za chwilę wraca. Pokazuje mi trzy pierścionki. Ja widzę tylko jeden. TEN. 

To on. 

To on mi się śnił. 

To jest prawdziwy ojciec Kaliny. 

Pan Demonium. 

Subiekt nie słyszy rozmowy między mną a Panem Demonium. Ona trwa ułamek sekundy, albo całą wieczność. Oboje jesteśmy w swojej przestrzeni własnego wymiaru. To tak jakbyśmy opuścili budynek galerii handlowej, a jednocześnie w nim byli – na ułamek sekundy albo całą wieczność. Wiem, niektóre frazy są niepojęte. Ale wierzę w was. Ja tu mam na serio dużo większe dylematy niż język polski. 

Muszę go mieć!

Nie mam pojęcia jak. Nie wiem. Nigdy nie kradłam. Poza tym, skąd mam wiedzieć, co się dzieje z duchem, którego łapie policja? Nie wiem nic. Nic! Myśleć, myśleć. 

Muszę go mieć.

Nie wiem, jak. Zaraz będę wiedziała. Zara…

A tymczasem subiekt robi rzeczy niebywałe. Raz: daje mi Pana Demonium do przymierzenia. Ja pierdzielę. Nakładam pierścionek na środkowy palec lewej dłoni. Pasuje idealnie, ale to przecież nie jest żadna niespodzianka. Wszak to MÓJ pierścień. Przyglądam mu się. Nie ma żadnych zabezpieczeń. A ten gościu się ODWRACA i zajmuje jakimś zegarkiem! Specjalnie! Mam tylko dwa kroki do wyjścia. Jak polecę przed siebie, nikt mnie nie dogoni, myk do wnęki międzywymiarowej i Pan Demonium jest mój! 

Sprzedawca, nie podnosząc głowy znad zegarka, podaje cenę pierścienia. Jakiś milion miliardów, nie pamiętam. Nieważne. Ja nie mam żadnych pieniędzy i tak. 

  • Proszę mi go odłożyć. Muszę to przemyśleć. 
  • Na jakie imię odłożyć?
  • Noemi. 
  • Proszę spojrzeć, czy dobrze napisałem.
  • Bardzo dobrze. 
  • Pierścionek będzie czekał na panią do środy. 
  • Doskonale. 

Do środy. Mam czas do środy. 

Muszę go mieć!

PS. Muszę go mieć.