Tabula rasa

Ledwo żyję. Przez cały dzień lataliśmy z Szamanem Mako po kosmosie i muszę przyznać, jest to po prostu sport ekstremalny level hard. Szaman Mako od dawna namawiał mnie na tę eskapadę, zapewniał, że super się na meteorytach lata, ale wykręcałam się tym i owym. A że zmęczona jestem po chorobie i śmierci (rekonwalescentka tak zwana), a że hałas źle znoszę (zaburzenia integracji sensorycznej) i, co najważniejsze: nie mam się w co ubrać. 

Czyli typowe tłumaczenia ciotki Fredzi. 

Tymczasem przyśnił mi się sen, w którym Ktoś mi powiedział, że jestem tabula rasa. Dla niewtajemniczonych: czysta kartka. Jak mi trzeba, to mogę użyć kryształowego pudru (???!!!).

Amen. 

Obudziłam się w takim nastroju, jakbym dotychczasowe wszystkie doświadczenia z poprzedniego życia zrzuciła z siebie w jakąś nieskończoną przepaść i oto właśnie ważyła pół grama. Albo i to nie. Ile waży kartka papieru? Niezapisana?

Długo leżałam w pościeli przewalając się z tym swoim nowym stanem nieważkości. Szaman Mako powiedział mi kiedyś, że mam stopy jakbym nigdy nie chodziła po Ziemi. Przyjrzałam się nim. Może faktycznie nigdy po tej Ziemi nie chodziłam? Może stąd te moje problemy? Takie oderwanie od rzeczywistości niesie za sobą pewne niezrozumienie. Niektórzy przywarci do podłoża jak Wąż, czy Józefstalina mogą tego nie zrozumieć. Z drugiej strony: co mnie Józefstalina obchodzi? Jest tak zajęta knuciem, że nawet nie zauważyła mojej śmierci. A po jaką cholerę knuć przeciwko komuś, kto nie żyje? Czyż nie szkoda energii? Właściwie kto jest bliżej rzeczywistości?

Fru! 

Nie ważę nic, więc mogę latać. Mogę latać między wymiarami sypiąc wokół kryształowym pudrem. 

Tymczasem wpada Ewelement (nie mam czasu nawet wyjaśnić, skąd się wzięła w Nadwymiarze Ewelement, grunt że poza Zarą Li mam jeszcze jedną koleżankę) i mówi, że po jej szafie walał się tajemniczy kostium czarny skórzany typu kobieta kot, specjalnie przeznaczony do jazdy na meteorycie. I ona ogólnie nie wie, co z nim zrobić, a tak na oko wygląda, że na mnie szyty. 

Powiem tak. Kostium jest faktycznie na mnie uszyty, nie ma w nim ani jednego centymetra zapasu, nie ma też mowy o ciasnocie. I tylko pozostaje zagadką, skąd się taki bieg wypadków wziął? Skąd ten kostium u Ewelement? I czemu akurat ja, nie ona? Bo na nią kostium w ogóle nie pasował. Na nikogo by nie pasował. On jest mój. 

Tak jak Pan Demonium. Z tą różnicą, że kostium już jest u mnie a Pana Demonium muszę zdobyć jakoś. Może na meteorycie?!

Reasumując. Jestem rasową oblatywaczką meteorytów. Jazda na meteorycie jest absolutnie genialnie wspaniała. To jest coś WOW, aaa!, i w ogóle. Już nie jestem ciotką Fredzią. Powiem więcej. Cień po ciotce Fredzi zniknął bezpowrotnie. Jak się ciocia raczy zapałętać w nasze strony: jedną noc możemy przekimać. A potem ciocię odwieziemy. METEORYTEM. 

Ha! 

Najlepsze przede mną. Bo ja mam, moi drodzy, niedawno odkrytą zdolność strzelania z broni palnej, kiedy tylko zechcę. Nie muszę tej broni ze sobą nosić, po prostu ją mam. Nie muszę ładować – zawsze jest naładowana. Strzelam z ramienia na odległość, a strzały mam, jak się okazuje, niezwykle celne. 

A na celu tak:

  1. Katedra Notre Damme – już zastrzelona, szczegóły przy okazji. 
  2. PP. 
  3. Jeszcze parę kościołów. W sensie: wszystkie.
  4. Kilka szkół (w niedzielę, żeby dzieci nie było). 
  5. Urzędy. Wszystkie. Wszystko jedno kiedy. 
  6. Prokuratura. Policja. Kongres Kobiet. 
  7. Koła łowieckie i nadleśnictwa państwowe. 
  8. Telewizja i gazety dla pierdzieli (czyli wszystkie) oraz biura poselskie. 
  9. Jeszcze kilka szkół. 
  10. Sejm.

I jak starczy energii, to jeszcze ten parlament w Brukseli. 

Listę będę uzupełniać w trakcje wykonywania zadań. Obawiam się, że jak się rozpędzę, to rozpryskując tłuczone szkło niczym kryształowy puder, zastrzelę cały świat. Dziś wprawdzie załatwiłam tylko jeden oddział firmy handlującej kradzionymi dziełami o wdzięcznej nazwie Srempik. Ale dopiero się uczę.

Wchodzenie do WW, zwłaszcza rozpędzonym meteorytem – do najłatwiejszych zadań nie należy. Pamiętajcie o atmosferze i spalaniu tlenowym. Może jestem z papieru, ale nie z azbestu. No i koordynacja, kiedy muszę utrzymać się okrakiem na rozpalonej sztuce, wrzeszcząc do Szamana Mako: „kieruj, ja strzelam!” unieść się nieco na napiętych udach (coś jak jazda konna), odwrócić w kierunku celu, wyciągnąć ramię i wypalić salwę tak, żeby siła odrzutu nie zrzuciła mnie z pojazdu. Mocna rzecz. 

PS. Padam na twarz, ale jutro znów lecę. 

PS 2. Chyba, że nie wstanę.

Podpisane: ciocia Fredzia

Jutro znów lecę. Chyba że nie wstanę…