Przepowiednia zorzy polarnej

Utknęłam na dwóch biegunach. Wiem, brzmi jak brzmi. Jest to niezbyt łatwe do pojęcia, nic nie poradzę. Im dłużej jestem w Nadwymiarze, tym trudniej wytłumaczyć rzeczywistość. Czuję jak się oddalam od ziemskiego pojmowania wszechświata. Coraz częściej mówię w języku hopi, względnie po introligatorsku. Co ciekawe, poza Szamanem Mako tym językiem posługuje się także Ewelement. To jakieś narzecze tutaj. Oprócz hopi i introligatorskiego jest jeszcze jeden język w Nadwymiarze i jest on, krótko mówiąc, mój. Osobisty. Jest to język jubilerski, złożony z kamieni szlachetnych, drobnych, precyzyjnych zdobień, zakrętasów. Sami widzicie, mam trzy języki do wyboru, ale żaden nie jest ziemski. 

Nie poddaję się mimo wszystko. Biorę Wifi i jedziemy z koksem. Kot, rzecz jasna, robi miny. Że po co mi to, że dajmy spokój. Znam przecież przepowiednię, widziałam. 

Byłam na Górze Przeznaczenia. 

Ale ja jestem uparta. Zawsze byłam. Poza tym lubię to pisanie dla was. To jest jak granie na strunach magnetosfery. I tu właśnie wracamy do biegunów. Musicie wiedzieć (nie musicie, ale możecie, w sumie: nie zaszkodzi), że istnieje na świecie takie zjawisko jak zorza polarna. 

Zorza polarna pojawia się wokół dwóch biegunów jednocześnie (nazywanych Biegunem) i jest własnym lustrzanym odbiciem. To znaczy: diabli wiedzą, na którym z biegunów jest ta właściwa, a która się tylko odbija. Dlatego bieguny stanowią Biegun. A zorza jest także jedna: w dwóch osobach. Tu już powinniście się połapać. Wszak wierzycie w roztrojonego boga. 

Zorza w języku Samów (szamanów z północy) nazywa się Guovssahas. To skomplikowane na pozór imię wyświetliło mi się podczas kąpieli w Burzy na 22 piętrze wieżowca w Szczecinie. 

Teraz zahaczyliśmy o Burzę i ona mi dosłownie głowę urwie, jeśli nic więcej o niej nie powiem. No więc Burza to wściekle ciekawa postać, niedoceniana przeze mnie w WW. Nie miejcie mi za złe. Ludzie podczas swojego ziemskiego życia rzadko doceniają sprawy ważne. Gdy trafią do Nadwymiaru, jak ja, widzą własną głupotę i aż ich telepie. Jak mnie. 

No więc Burza. To było tak. Któregoś dnia namówiłam Szamana Mako, abyśmy pomknęli na meteorycie ku Słońcu. Poznać się. A co. Rozumiem, że VIP, ale bez przesady, żebym nie mogła VIP-a poznać. 

Lecimy. Dolecieliśmy do plaży rozpostartej nad Morzem Srebrnym (tu też są morza, mają odjechane nazwy: Morze Srebrne, Morze Wichrów i Burz, Ocean Spokoju itd.) Słońce blisko aż strach. Za blisko? 

Nie wiem. Grunt, że w ułamku ultra-nanosekundy zasłoniło się tak potężną chmurą, że szczęka mi opadła. Chmura tymczasem rozbiła się na miliard nici tworzących gigantyczną pajęczynę rozpiętą na całym, dosłownie całym niebie. Powinnam się przestraszyć, bo przecież w poprzednim życiu świrowałam na widok pająka. 

Jednak pamiętam z pierwszych lekcji w Nadwymiarze: to akurat zabronione. Tu trzeba szybko wyzbyć się lęku, bo inaczej masakra. Z raju bardzo blisko jest do piekła. A tego drugiego nie polecam. 

Chociaż z tego co wiem, pchają się tam drzwiami i oknami. Jak na dyskotekę. 

Słuchajcie, całe niebo w pajęczynie, my sami na tej plaży, morze czernieje. Nie wiem, kiedy, jak to się stało. Szaman poszedł szukać grom wie czego, muszelek, bursztynów, starych śrubek? Ja sama, wokół czarno, pająki nade mną, szefowa się wkurzyła. Bo jakoś czuję, że Słońce to kobieta. Facet by nie wpadł, że pająkami się straszy. Oni tego nie rozumieją. Tymczasem ja doskonale pamiętam, że z siostrą takie robiłyśmy siupy. Siedzimy, gadamy o Marku Ordakowskim, nagle ja tężeję z przerażenia wbijając wzrok w ścianę nad jej głową. Ta się zrywa z wrzaskiem: pier….nięta jesteś?! 

Na ścianie, rzecz jasna, pusto. 

I w śmiech. 

Dobra, jestem na tej plaży, wcale mi nie do śmiechu. Robi się naprawdę straszno, a jak się tak straszno robi, to serio zapominasz, że już nie żyjesz i nie możesz umrzeć po raz drugi, choćby cię przepołowiło tu i teraz: trach. 

Robisz w gacie, gwarantuję. Kuźwa, gdzie ten Szaman?! 

Pojawia się, owszem, ale jak się za sekundę okaże – to TYLKO GORZEJ. Bo pojawia się z jakimś kijem (laską?) w dłoni i mi ją podaje. A ja bezmyślnie ten mjölnir od niego przyjmuję i żeby sobie dodać otuchy, oburącz trzymając macham nim w górę, w dół i wokół siebie. Kilka takich obrotów robię. Niby nic. Nic nie znaczące machanie kijem. 

I nagle jak pieprznie!!!

Nie mam pojęcia, jak opisać ogrom tego pieprznięcia. Bo tego opisać się nie da. A ja mam jeszcze Guovssahas do ogarnięcia. I na dwóch biegunach jestem. Rozbita na tysiące świateł od szmaragdu do rubinowej czerwieni. 

Robię to dla was. Choć znam przepowiednię. Wiem, że Guovssahas kilkoma strzałami słonecznej energii zakończy wasz etap. Zamknie WW w rozpiętych na dwóch biegunach dłoniach.

Grzmot Burzy zmiótł mnie z plaży Morza Srebrnego. Spieprzaliśmy z Szamanem Mako na tym meteorycie jak dwie zmokłe kury. Już nie boję się Burzy. Jesteśmy koleżankami. Właściwie jesteśmy jednością. 

Z Guovssahas też stanowimy jedność. 

A Słońce na zgodę dała mi karnet na SKG. To są bardzo fajne zajęcia relaksacyjne, podczas których zanurzam się w cudownie ciepłym kosmicznym pomarańczu. Zajęcia trwają dokładnie tyle, ile się chce, a karnet nie wygasa nigdy. W sensie: do końca wieczności. Na zawsze. Elo. 

PS. Żeby nie było, że całkiem odleciałam (choć bycie na dwóch biegunach najstabilniejsze nie jest) – mam plan, jak zdobyć Pana Demonium. Szaman Mako mi w tym pomoże!

PS2. Nie, nie jest mi zimno. Duchy nie mają poczucia zimna. Wytrzymują także bardzo wysokie temperatury. Na przykład temperaturę panującą na Słońcu. Luz.