Niewiem

Ten tytuł to imię demona. Demona, który ma taki tupet, że wkrada się między mną a Szamanem Mako i niszczy naszą przyjaźń. Szaman przez niego robi się coraz bardziej nieobecny i w ogóle to nic nie wie. Na każde pytanie: nie wiem, albo nic, bo go po prostu nie ma. Nie ma i nie wie. 

Facet w smole. 

A raczej: na wiecznym odpływie Nieistniejącego Morza. 

Maweraszia to małe miki, przynajmniej na razie nie próbuje wejść między mnie a Szamana Mako. Dostałaby tak wpierdziel, że skamląc kuśtykałaby się na wyrwanej nodze do WW w nadziei, że spotka po drodze ziomka, co jej litościwie kawalątek duszy uszczknie. 

  • Kieliszeczek, ziomek?
  • Nie. Dziękuję. 
  • Ale tylko jeden, popatrz, ledwo łażę, a jeszcze nie mam się z kim napić. 
  • No dobra. Ale tylko jeden. 

Tymczasem: ten demon jest niewidzialny. Włazi więc. Psuje. Rozwala. Tylko że ja z każdym dniem wstaję coraz silniejsza, a dziś po prostu przechodzę samą siebie. 

Obudziłam się więc, wstałam i wśród miauknięć Wifi poszłam złapać jakiegoś dorsza. Zeszłam na brzeg Nieistniejącego Morza, po którym w półśnie dryfował Szaman Mako. Spojrzałam na wodę i… teraz napiszę, jakbym była Henrykiem Sienkiewiczem:

Oszczep małej Noemi ze świstem przeciął brzask, rajską toń oceanu rozprysł i wbił się z krwawym bryzgiem w ciało zaskoczonej ryby. Dorsz uderzony, przebył w bezwładzie dwa metry w lewo, drgnął i opadając na dno, skonał. Mała Noemi wyjęła ofiarę z wody, odgryzła jej łeb i zręcznym ruchem rzuciła kotu na pożarcie. 

Tylko że ja tego łba nie odgryzłam, stary, ale odłupałam tasakiem. Elo. 

A potem na tym samym morzu, w którym do niedawna pływał beztroski dorsz, za pomocą mjölnira rozpętałam Niebieski Rytmiczny Wicher. Niebieski Rytmiczny Wicher to coś w gatunku: nie ma zmiłuj, żarty się skończyły. Oraz wszelkie ulgi i zniżki. To jest ten najbardziej niebezpieczny huragan PRAWDY, coś potwornie bezlitosnego, co odziera z wszelkich złudzeń i pozorów. Wobec tego wszelkie ”nie wiem” kruszeje jak wafel. Nie ma takiej bezradności, która się Niebieskiemu Rytmicznemu Wichrowi oprze. Nie ma szans. 

Biedny Szaman Mako z początku próbował jeszcze być:

  1. Zmęczony
  2. Niezdecydowany
  3. Zirytowany (co tu tak rybą wali?)
  4. Śpiący

, ale szybko zrezygnował. Siła Niebieskiego Rytmicznego Wichru z pewnością by go w tym stanie rozbiła o ścianę jednej z fal. Prędko zatem zbystrzał, złapał linę okrętu i trzymając w jednej dłoni swoją dupę, a w drugiej ster, przycumował do brzegu. 

Nie wiem, jak on to zrobił, cuda się zdarzają. Grunt, że ocalał, żyje i jest już znowu „starym”, dobrym Szamanem Mako, wilkiem morskim, który się huraganom nie kłania. A Niewiem odszedł tam, gdzie jego miejsce.

W diabły.

PS. Nie miałam tego Giewontu na liście, ale kilka dni temu dosadnie wyraziłam się o krzyżach wbijanych w bogu ducha winne skały…