Nogiłóżka

Za kilka dni odwiedzi mnie Nogiłóżka. Pytacie, skąd wiem? Już tłumaczyłam, że znam wszystkie czasy, również ten przyszły. Nogiłóżka to taka przyjaciółka (w odróżnieniu od Józefsraliny), która jest przyjaciółką na zawsze, nawet po śmierci. Nawet, gdy odchodzę od Węża. Wszystko jedno. Zawsze. 

Nogiłóżka to bardzo specyficzny byt. Mieszka między wymiarami. Jeśli byście chcieli określić szerokość geograficzną miejsca jej zamieszkania w WW, wypadłoby wam dokładnie w centrum Wiednia. Ale nawet gdyby Nogiłóżka zdradziła swój adres – nigdy byście tam nie trafili. Powiem więcej. Nawet gdyby Nogiłóżka była tak uprzejma (ona jest niezwykle uprzejma, nie znam nikogo bardziej uprzejmego od niej) i zaprowadziła was do swojego domu, a potem byście wyskoczyli do pobliskiego ALDI po wiśnióweczkę, już byście z powrotem nie trafili. To zaczarowane miejsce osadzone między wymiarami skrywa Nogiłóżkę jak najbezpieczniejsza twierdza. 

I dobrze. Nogiłóżka ze swoją uprzejmością, dobrocią, otwartością, wręcz: naiwnością – jest tak bezbronna, że gdyby nie ta twierdza, dawno by już jej nie było. Grozy dodaje fakt, że jest niezwykle piękną kobietą, a niezwykle piękna kobieta, która jest uprzejma i dobra – to po prostu zagłada.

Żeby opisać Nogiłóżkę, muszę was zabrać na ławeczkę przed rozgrzany ganek malutkiej kamienicy w pewnym mieście, w popołudniową porę pierwszego dnia wiosny. 

To jest ten dzień, w którym dziewczyny urywają się z lekcji i opalają nogi na murku. 

Jest w tym opalaniu pewna magia. Któregoś dnia, gdy już wywieją się wszystkie wichry zimy i przedwiośnia, przychodzi wreszcie ten upragniony pierwszy ciepły dzień. I wtedy dziewczyny wystawiają do słońca swoje nogi. 

Najpierw grupki. Przy licealnych boiskach, na wspomnianych murkach, wsparte własnym towarzystwem, wśród śmiechów zdobywają się na odwagę i zasłaniając się nawzajem, zdejmują rajtuzki. Potem przerzucają się historyjkami o Julce czy Zośce, ewentualnie, choć przecież nader często: o Marku Ordakowskim. 

Czasem, przy odrobinie szczęścia, może zdarzyć się para przyjaciółek. Te zwykle są bardziej tajemnicze, powściągliwe. Mówią do siebie nisko, pomrukując jak koty, wymieniają się prychnięciami. Mają swój świat, mają swój mały raj. I zanim nie zadzwoni którejś rozhisteryzowana matka i im tego nie przerwie – czerpią głębokimi garściami swoją młodość. 

Nie zamierzają się z nikim dzielić. Zza horyzontu swych nóg, jeśli zechcą, rzucą okiem. Ale nieznacznie, odrobinę, odrobina im przecież wystarczy, by półdaniem, półsłowem rzecz zaobserwowaną (ściśnięty zazdrością padół) skomentować: 

  • Csso?
  • Aha.

Szczytem fartu jest jednak zobaczyć jedną. Jedna, samotna dziewczyna z obnażonymi nogami musi mieć bowiem albo:

  1. Tak bajecznie piękne nogi, że nie pohamuje jej choćby mini-ułamek wstydu.
  2. Tak dalece idącą pewność siebie, że cały świat gotów jej uwierzyć w to, co w punkcie 1. 

Oba warianty unikatowe. Integralne jak para nóg, które wkrótce zarumienią się od pierwszych promieni wiosny. 

Ona – ta jedna, JEDYNA – wsparta na wysuniętych do tyłu dłoniach, zamyka oczy i już nawet nie daje gapiom cienia szansy, że otrzymają od niej choć jedno spojrzenie. Żadnego blasku światła spod rozgrzanej powieki, żadnych komentarzy, żadnego związku z tym światem. Nic. Tylko ona i jej doskonałość. 

Jeśli kiedyś trafi wam się taki widok – patrzcie. Ale z daleka, dyskretnie, ostrożnie! Bo na świecie, zwłaszcza w waszym WW, jest kilka zasad. Po pierwsze: pięknego motyla łatwo spłoszyć.

Po drugie: macie do czynienia z Walkirią. A ona – oprócz bajecznych nóg, ma również kilka zatrutych strzał w kołczanie.

I nigdy nie pudłuje. 

PS. Ta dziewczyna to właśnie Nogiłóżka. 

PS2. I ona do mnie wkrótce przyleci.

PS3. A potem robimy skok na jubilera.


Jest w tym opalaniu pewna magia…