Święto Życia

Tak w ogóle nie powiedziałam najważniejszego. O Czasie. Czyli o tym, na co składają się wszystkie czasy: przeszły, teraźniejszy, przyszły. A tak się niby rozpisałam ostatnio. 

Dobra. 

Chodzi o to, że codziennie jest jakieś święto. I ja wam o tych świętach nie piszę! 

Na swoje usprawiedliwienie dodam, że w Nadwymiarze jestem od niedawna, ściśle: od piątku. Nie połapałam się tak od razu w tych świętach. 

Teraz oczywiście nie będę się rozpisywać, kiedy było jakie święto, bez sensu. Może kiedyś jakiś kalendarz narysuję, to wam pokażę. Powiem tylko z tych ostatnich najważniejszych: niedawno było Święto Śmierci. W waszym kalendarzu wypadało dokładnie pierwszego września. Coś mi mówi, że adekwatnie. 

Zara Li zrobiła melanż! Zdziwiło mnie, że nie zażądała jakichś nowych wstążek. Trzeba przyznać, że ta śmierć jest niezwykle skromną osobą, oszczędną w kaprysy. Raz miała zachciankę (pamiętacie: różowy flamaster), potem wymusiła wstążkę w kropki (oczywiście różowe), a potem cisza, amen. I nawet we własne święto: żadnych żądań. Za to humor doskonały.

Wczoraj z kolei było Święto Tożsamości. To jest taki dzień, w którym dusze zaczynają rozumieć, kim są, jak się nazywają i tak dalej. Co ważniejsze: godzą się z tym. Bo chyba największy ambaras jest w tym pogodzeniu. Tymczasem przychodzi Święto Tożsamości, chcesz, nie chcesz: jesteś Ziutek Myszyński (albo Stefan Ziółkowski) i tyle. Masz włosy proste i niekręcone, albo też: kręcone nie proste, rude, mysie, no nie wiem, jakieś tam – I TYLE. 

Niezwykle ciekawe rzeczy kryją się pod zagadnieniem Tożsamości. Bo nie zawsze wiemy, kim jesteśmy. Czasem może nas to zaskoczyć. Ale jak już zaskoczy i zaskoczy: jest naprawdę fajnie. I właśnie po to jest to święto. Żeby to „fajnie” uczcić. 

A dziś jest Święto Życia! 

Trochę brak mi słów na opisanie tego święta. Bo to jest Święto Absolutnie Wszystkiego co żyje. To jest święto sensu istnienia, radości istnienia, radości bycia tu i teraz i wczoraj i jutro. To jest święto sukienki w pomarańczowe słońca, to jest święto makijażu w kolorach zorzy polarnej, to jest święto sandałków, babiego lata, wieczornej randki, wiśni i kaliny. 

To jest święto podskoków na łóżku. 

To jest święto wbiegania do jeziora. 

To jest święto śpiewania pod prysznicem. 

To jest święto latania. 

To jest święto tańczenia. 

To jest święto gilgotania. 

Poddaję się. W każdym razie: próbowałam. 

Nie chcę jeszcze kończyć tego tekstu, bo jak skończę, będę w pocie czoła malować mandalę dla mojej przyjaciółki, o której jeszcze wam nic nie mówiłam. Tak, wiem, pisałam wczoraj o Nogiłóżce. Ale to jest tak, że ja piszę tak jak nadążam, a nie wszystko nadążam pisać. Żyję conajmniej drugie życie (po życiu), życia mi się nakładają, wymiary się przenikają, a w każdym wymiarze istnienia. Nie wszyscy naraz! Ja jestem tu od piątku! Pomału. Pacichońku. 

Moja przyjaciółka nazywa się Ewelin. Nie mylić z Ewelement! Może się nazywają podobnie, ale są z zupełnie innych światów.

Ewelin mieszka w WW. Czyli u was. Czyli: znam ją z poprzedniego życia. I ona w tym poprzednim życiu została. Ale coś ją z niego wyrywa i tym czymś (a raczej: kimś), kto ją wyrywa jest Niebiesowich. Czyli: Niebieski Solarny Wicher. Pisałam wam już o Niebieskim Rytmicznym Huraganie. To jakby siostra Niebieskiego Solarnego Wichru. Niebiesowich to jej brat.

Niebiesowich, jak przystało na prawdziwy wicher, jest pełen sprzeczności. Ale ma dobre zamiary. Dzięki niemu mogę mieć bezpośredni kontakt z Ewelin, mimo różnicy wymiarów. Nieważne. To znaczy: ważne, ale nie teraz. Teraz muszę wreszcie napisać (chociaż strasznie nie chcę!), że Ewelin zachorowała. Zachorowała, tak jak ja niedawno. 

I ja, choć jestem w Nadwymiarze – a może właśnie DLATEGO, że jestem w Nadwymiarze: muszę ją uratować. 

I uratuję ją. 

Razem z Niebiesowichem. I z Szamanem Mako. I z Nogiłóżką. 

Ha. 

A potem zrobimy napad na bank. Pan Demonium się sam nie rąbnie. 

PS. Rabunek Pana Demonium odkładam jak mogę, bo wiem, co się potem wydarzy…