Biały kruk

Nie pisałam, bo nie było Wifi. To nie jest takie proste, jakby się wydawało. Inaczej. To jest proste, ale tak strasznie proste, że aż za proste, aż w tej prostocie skomplikowane. Wiedza tajemna. 

A wszystko tak szybko się dzieje, że nie nadążam poczuć emocji. 

To znaczy – bez przesady. Bez przesady absolutnie. 

Fakt, że się JESZCZE nie poryczałam. 

Najpierw kruki. Jak w staropolskim obyczaju: damy przodem. No więc damy przodem, kruki na początek. Lecimy z Szamanem jak torpeda przez Kosmos, wracamy z Grodu Świętowita. Sami widzicie: jest grubo. Arkona. Ta Arkona. 

A ja nie mam czasu wam wszystkiego opisać! 

A kruki miały być na początku, nie Arkona i Świętowit!

Najgorzej pokłócić się samej ze sobą. Dobra, trzy słowa o Arkonie. Widziałam Morze Księżycowe z lotu ptaka! Szaman mnie zaprowadził na skarpę, taki totalny zwis nad przepaścią, wszędzie zakazy po niemiecku Achtung verboten, a my na samiusieńkim zboczu, w powietrzu, nad falami siedzimy. I jeszcze drzewko rajskie nad nami się buja, a na drzewku jeden owoc. Tylko jeden. Gruszka ulęgałka. „Ulęgła się!”, zauważył Szaman Mako, zerwał i mi podał. – Zajadaj! 

Potem wyjaśnił, że to dziwne, bo one się ulęgają chyba na ziemi, czy co, w każdym razie: dostałam ulęgłą gruszkę ulęgałkę z rajskiego drzewa zerwaną, nad przepaścią wszystkich przepaści świata. Zjadłam wszystko, razem z ogryzkiem. 

A potem Szaman jeszcze dziką różę zajumał, zjedliśmy na pół, a nasiona wsadziliśmy do donicy. Będzie Rajska Róża. 

Kruki mnie zadziobią. 

Lecimy więc z tej Arkony, ale nagle coś, stańmy na chwilę. Lądujemy, patrzymy: wokół drzewa, na niebie czarne ptaki wielkie jak koguty lecą w czwórki ruchem opływowym nad naszymi głowami i gadają coś po ichniemu””krrryt, krrryt”. Nad drzewami z kolei jest ich więcej. Ile? Czterdzieści, trzydzieści, może dwadzieścia pięć? Do Szamana z takimi pytaniami. 

DUŻO. 

Wzbijają się grupami, ściśle zsynchronizowanym ruchem mkną ku niebu pływając w powietrzu, a tam na górze, na samym wierzchołku powietrza robią salto i figurą zwaną w lotnictwie korkociągiem – opadają w las. 

Ale w tym lesie nie nikną! 

Przeciwnie, zgodnym płynnym ruchem odbijają się od poduszki mgły nad drzewami rozpiętej i tną przestworza bezszelestnym tańcem. 

Tak. One tańczą. One tańczą w takim szyku, z taką synchronizacją, z takim wdziękiem i taką akrobacją, że te nasze ludzkie cyrki to po prostu cyrki. Tu mamy do czynienia ze Sztuką. 

Nie wiem, ile to trwało. Nie do mnie z takimi pytaniami. Grunt, że szczękę miałam zanurzoną w trawiastej glebie, a reszta też chyba gdzieś odpadła. Ale nie tylko zachwyt mnie tak z ciała odarł. Tu działo się coś więcej, tu się toczyła jakaś rozmowa, tu się we mnie uczucia obudziły INNE. Stare. Bardzo stare. 

Pamiętacie baśń o brzydkim kaczątku? Jak ono patrzyło na łabędzie i prosiło, by je ze sobą zabrały, że tak bardzo chce być nimi? Tak i teraz ze mną. Przedstawię to w formie dialogu, jak to leciało, bo wszelkie opisy są tu bez sensu. 

Tak więc ja:

  • O Boże, jakie jesteście piękne! Zabierzcie mnie ze sobą! 

Kruki:

  • Nikt tu nie będzie nikogo zabierał. 
  • Dlaczego nie mogę być z wami?!
  • Możesz. 
  • To ja chcę!
  • To chodź. 
  • Jak? Nie umiem latać!
  • Umiesz. 

Nie powiedziałam wam jeszcze, że już od jakiegoś czasu te kruki się za mną ciągnęły. Od Grodu Świętowita. Teraz mnie dopadły, robią popis ever i ze mnie jaja. 

Trudno. Trzeba łapać chwilę. O co by jeszcze je zapytać? Wiem!

  • Wszystkie jesteście czarne. Nie ma wśród was białego kruka?
  • Jest. 

A. 

Taka rozmowa mniej więcej. Introligatorski to bułka z masłem. Całe niebo idealnie czarne, a te, że jest biały kruk. I że ja latać umiem. Fajowo. 

Tymczasem zwinęły się w łańcuch DNA i jęły wić się niczym sprężyna. Podwójna spirala. Szaman powiedział: super. A ja poczułam coś w rodzaju rosy na policzkach i to na pewno nie były łzy. Coś mnie przenikało i to na pewno nie było zimno. To radość z tego tańca, z pasji, z rozpostarcia skrzydeł, z prucia prądów powietrznych. Z młodości, z życia. 

Z życia…

Długo to trwało, znaczy nie wiem. Nie do mnie takie pytania. Szaman będzie wiedział. Kończyły też wymyślnie, nie że trach, koniec, fanfary. Znikały zabierane kolejno przez ptaka wylatującego z drzew. On się pojawiał, ona znikała, zostawali dwaj tocząc taneczny bój, wreszcie jeden się poddawał i w koronę. Robiło się ich coraz mniej. 

Aż wreszcie został zwycięzca. 

Wykonał śrubę, salto, cykl naprzemiennych śrubo-salt, opadł nieco, po czym wzbił się poziomo prostując dumnie skrzydła, jakby wlatywał w jakąś niewidzialną królewskość. 

I zniknął. 

W powietrzu. 

Nie w koronie, nie w listowiu. 

Pstryk i nie ma. 

Pa!

Nastała cisza. Żadne „krrryt, krrryt”- nic nie zmąciło dostojeństwa chwili. Uniosłam dłonie i zaczęłam klaskać, zaraz jednak walnęłam się w łeb, bo na cholerę komu oklaski? Wsiadłam więc wstrząśnięta z zachwytu na meteoryt i cześć. Zanim jednak się wznieśliśmy, zdążyłam zobaczyć tablicę miejscowości, w której to dają takie występy: Świętosław

Przypadek? Nie sądzę. Uśmiechnęłam się do siebie pielęgnując to uczucie radości, którym mnie kruki obdarowały. I tu bym chętnie skończyła, gdyby nie to, że utknęliśmy w WW. 

Bo za tablicą „Świętosław” zaczęły dziać się rzeczy tak straszne, że taniec kruków nazwałam: „tańcem śmierci”. Choć przecież był to ich pierwszy bal…

Zara Li nie wyszła z plecaka przez dwa dni. A przecież widziała niejedno.

Ciągle nie mogę tego opisać. 

To już kolejny dzień, kiedy jestem chora od tego. 

Nie wstaję, tylko leżę. 

A miało nie być emocji. 

A miałam nie płakać. 

PS. Nie opiszę tego tu. Nie dam rady. Żeby to zrobić, muszę się przenieść do WW

Wszystkie jesteście czarne. Nie ma wśród was białego kruka?