Idź i patrz.

Kto czytał Ojca Chrzestnego, ten wie, że stan wojny wymusza na bohaterach „pójście na materace”. Ja teraz jestem na materacach w dosłownym tego słowa znaczeniu. Szaman znalazł na jakiejś wystawce i przytachał, bo w mieszkaniu Wió zamieszkała No. I niech brak jej określenia będzie przeźroczystym tłem, siatką-preludium do właściwych przyszłych określeń jej boskości. Bo No jest boginią. Jej imię to skrót od NKO, czyli Niebieski Kosmiczny Orzeł. Jest boska. Chciałabym teraz o niej pisać długo i dużo, ale nie mogę, nie mam czasu, na wojnie jestem. Napiszę, jak tylko ogarnę broń. 

Znacie ten klimat. Siedzi Kmicic, czy jaki inny gieroj na klepisku, na łeb mu lodowatą wodę ze studni leją i przynoszą. Kołczan. Spluwę. Szablę. Miecz samurajski. A on kręci głową, nie, nie to, ciągle nie to. Tak teraz ja. 

Siedzę w kastrze. Kastra to jest taka bania na kąpiel. Niektórzy w WW używają jej do mieszania wapna. Błąd oczywisty, na szczęście nie mój. Ja się idealnie po tej śmierci mieszczę w kastrze i nic mnie z waszym wapnem nie łączy. Siedzę więc zanurzona i nikt mi, rzecz jasna, na głowę niczego nie leje (bym zabiła), nikt mi żadnej broni do wyboru nie przynosi (a to już na pewno). Bohaterowie książek Sienkiewicza wybrzmieli już dawno. Czas na real. 

Chochla. 

Pomysł dobry, bo praktyczny. Mało w nim jednak finezji. Sechmet może się dąsać. Inna rzecz, już miałam na temat chochli pogadankę z Wolfgang i choć mi wskazała, jako faktyczną – koniec końców odmówiła, argumentując, że to zbyt słabe: 

– Zmachasz się, umordujesz, a ledwo muśniesz. On tylko się skrzywi, nic więcej. Widziałaś, żeby ktoś chochlą Węża załatwił?

Nóż. Nóż pojawiał się w naszych rozmowach dwukrotnie. Po raz pierwszy – zaraz po chochli, jako skuteczniejszy. Po raz drugi – niedawno. Wolfgang mi pokazała wizję na Kryształowym Lustrze. Zobaczyłam pojedynek. Szaman Mako szamoce się z jakimś drabem, ja na pomoc lecę, szybko do kuchni Wió, szukam w gorączce, znajduję nóż, podaję Szamanowi, tymczasem drab mi go z ręki wytrąca, sam łapie i trach Szamana po udzie. – Kuźwa, tętnica udowa! – ja w pisk, oni na przeciwko siebie stają, ja znów w ten głupi pisk, co robić, co robić… i widzę nagle OCZY. 

JEJ OCZY. 

Tyle razy chciałam wam powiedzieć, że czytałam w Księgozbiorze (tak, milion razy się zbierałam, żeby wam powiedzieć, że tu jest magiczny Księgozbiór, a w nim WSZYSTKO, razem z tą książką „Słownik Symboli” i inną, pod tytułem: „Cudowna Planeta”. W tej ostatniej przeczytałam o Nemezis, bo już byłam w cholerę zaintrygowana, czemu mnie prześladuje to imię. Raz na Górze Przeznaczenia, dwa – kto strzelał w Fargo, trzy… no właśnie. Wiem, kim jest drab! 

Widzę, poznaję po zębach. Widzieliście zęby węża? Nie da się ich zapomnieć. No więc widzę, wystają spod podniesionej w zacietrzewieniu wargi, myślę szybko: biec po drugi nóż? 

Nie. Mówią JEJ OCZY. 

Nigdzie nie biegaj. 

Tylko patrz. 

Idź i patrz. 

Idę więc z gołymi rękami i patrzę jak mój wzrok obraca wszystko w pył. 

Oni walczą, ja w pisk i… widzę nagle oczy.
Jej oczy…