Dziewczyna Szamana

Szaman Mako wypłynął w morze, od tygodnia siedzę więc na materacach sama, względnie z No, o ile No w ogóle się pojawi. No jest orłem, a orły mają to do siebie, że latają bardzo wysoko i bardzo samotnie. Samotność orłów jest samotnością z wyboru, samotnością upragnioną i wielce strzeżoną. Nie zrozumie tego byle człowiek. Dlatego No, podobnie jak ja – skazana jest na niezrozumienie od początku swego istnienia, do końca wieczności. Jedyne, co można z tym zrobić, to przemnożyć przez współczynnik W, czyli wyjebkę

Polecam. 

Dwa słowa o wojnie. Albo nie. 

Nachodzą mnie słowa piosenki: Navigare necesse est. To jest, rzecz jasna, o Szamanie Mako. 

Teraz, gdy wypłynął na te swoje morza, mogę wam parę słów o nim powiedzieć. Jaki właściwie jest? Otóż Szaman Mako to taki typ faceta, którego nie sposób nie kochać. Jeśli jest na świecie jakaś osoba, która go nie kocha, niech żałuje. Bo to straszliwa strata. 

Szaman Mako jest czystą miłością. Wichrem miłości. Jej pełnią. 

Dopóki go nie znałam, pałętałam się w formie nadgryzionej połowy. Bycie połową jest zawsze mniej korzystne od całości. Bardzo łatwo w takim stanie o krzywdę. Człowiek szuka w nadziei jakiegoś substytutu, czegokolwiek ciepłego, ułamka uśmiechu, skrawka aprobaty, którym by siebie oblepił. Najmniejszy przejaw człowieczeństwa przyjmuje więc za agape. Tymczasem to, co spotyka jest tylko czymś w rodzaju kalkulacji. Bo przecież każdy potrzebuje drugiego człowieka do czegoś. Zawsze więc można się PRZYDAĆ. 

Przez poprzednie życie pałętała się więc moja połowa, którą nadgryzano łapczywie i tak skutecznie, aż mnie zjedzono. A teraz, gdy mnie już nie ma i nie ma czego gryźć, wybuchła wojna dająca komuś nadzieję, że jednak z tego niczego da się jeszcze cokolwiek wyszarpać. 

Czemu o Wężu piszę „ktoś”?!

Bo gdy wywołał tę wojnę, ujrzałam kogoś, kogo nie znam i choć wszystko się zgadza, jest to faktycznie mój Wąż: za cholerę go nie poznaję. 

Wyjaśnienia są jak zwykle conajmniej dwa. Albo on się zmienił (choć podobno węże się nie zmieniają, co najwyżej zrzucają skórę), albo ja w tym Nadwymiarze doznałam olśnienia, osiągnęłam pełnię i widzę nieco więcej. Widzę na przykład coś, czego nie ma. Odwrotnie. Nie widzę tego, czego nie ma, choć w poprzednim życiu jakimś cudem, a raczej własnym zwidem: widziałam. 

Uf. Ciężka sprawa. 

Ale, ale. Miałam pisać o Szamanie Mako. No więc pływa. Gdy pływa, jestem sama, a trzeba wiedzieć, że wcale nie jestem tak harda jak No. Samotność nie jest moim żywiołem. Moim żywiołem jest wspólne z Szamanem latanie na meteorytach. 

Ale on teraz pływa! 

Powiecie zaraz: niech nie pływa. I tu jest problem. Bo Szaman – jak już wspomniałam – jest wichrem. A wicher jest w ciągłym ruchu. Kiedy więc Szaman długo nie pływa, dopada go Niewiem. Niewiem jest demonem pustki. Wyżera mu serce. Zostawia tylko powłokę, zagubione truchło opatrzone przerażonym wzrokiem i martwymi ustami wypowiadające w kółko dwa słowa: „Nie wiem”. 

Jak wyglądam?

– Nie wiem. 

Zrobisz jajecznicę?

– Nie wiem. 

Kupisz mi kwiaty?

– Nie wiem. 

Navigare necesse est. 

Viviere non est necesse. 

Powiedziałam o tym Nogiłóżce. Zrozumiała. Ona w ogóle doskonale rozumie Szamana Mako, znacznie lepiej niż ja. Ewelement też go rozumie. Mam wrażenie, że wszystkie go lepiej rozumieją, tylko ja się co chwilę dowalam.

Bardzo trudno w Nadwymiarze wyzbyć się starych przyzwyczajeń. Jeszcze trudniej wyjaśnić ludziom, jak bardzo te stare przyzwyczajenia komplikują sprawy. A przecież wszystko jest niezwykle proste. 

Można to zawrzeć w czterech zdaniach:

Kiedy poznajesz Szamana, stajesz się częścią boga miłości. I potem, gdy on wypływa, zostaje ciebie pół. I te pół woła przez oceany tęsknoty.

Kocham cię.