Ocean Pomarańczowy

Wszystkie oceany i morza, które przepływa Szaman Mako, mają jedną wspólną wadę. Może inaczej. Żadne morze i żaden ocean Szamana Mako nie ma pewnej zalety. 

Nie jest pomarańczowy. 

Pomarańczowy jest tylko jeden ocean we Wszechświecie i on należy do mnie. 

Oczywiście, nie miałam pojęcia, że jestem właścicielką Oceanu Pomarańczowego. Odkryłam to przez przypadek, dzięki Ewelin.

Mówiłam już, że Ewelin to moja przyjaciółka z WW. Zostawiłam ją tam w momencie śmierci i fakt, nawet mi podczas tamtych pięciu minut agonii przeszło przez myśl, że ona tu, ja tam, a raczej: ona tam, ja tu – ale nic już nie mogłam zrobić. 

I nic nie zrobiłam. 

Sami się przekonacie, śmierć to nie jest czas działania. 

Przekonacie się też, że podług Czasu, nie ma prawdziwych pożegnań. Ludziom się tylko wydaje, że w chwili śmierci coś dzieje się NA ZAWSZE. Jest w tym zresztą pewna słuszność. Rzeczy dzieją się na zawsze, ale nic się nigdy nie zatrzymuje. A jak się nie zatrzymuje to też nie znika. Wszystko jest procesem, drogą, kwestią czasu. Tak więc moje rozstanie z Ewelin było kwestią Czasu, a ściśle – jego kaprysu, na jak długo postanowi mnie z Ewelin rozłączyć. 

Przyszła we śnie. Właściwie to we śnie przyszła o niej myśl, informacja, taka telewizja tvndwadzieściaczetery z wiadomością: Ewelin jest chora. A potem pojawiła się (już na jawie) handlarka kamieniami w Szczecinie. I wcisnęła mi dwa słoneczne kamienie dla Ewelin. WW nie WW, zasada jest wszędzie taka sama – wyjaśniła. Ile jasności jest w tym wyjaśnieniu, sami rozstrzygnijcie. Wiadomo tylko, że mam dostarczyć kamienie dla Ewelin i wtedy będzie zdrowa. 

Jak dostarczyć kamienie? 

Przypominam: jestem duchem. 

Z pomocą przyszła sama Ewelin. Właściwie to nie wiem, jak to się stało. Po prostu nagle odebrałam wiadomość: przyjedź. Pal diabli, że jesteś duchem. Jak przyjechać?

– Twoja w tym głowa.

Zarówno w WW, jak i w Nadwymiarze panuje jedna zasada. Dla chcącego nic trudnego. Wzięłam więc słoneczne kamienie i poleciałam tam, gdzie mieszka Ewelin. Żadnych napotkanych barier, żadnych sfinksów, żadnych nieprzekraczalnych bram.

W sumie sypie mi się teraz teoria Czasu i jego kaprysu. Bo to, że się spotkałyśmy mimo różnicy wymiarów, wcale nie było jego sprawką. Po prostu: ona mi przysłała wiadomość, a ja do niej pomknęłam. Spotkałyśmy się, padłyśmy sobie w ramiona i heja. 

Było jak dawniej.

Walnęłam się na zieloną sofę, zapaliłam starym zwyczajem, ona też sobie zapaliła, a nawet otworzyła piwo. Ja piwa nie piłam, duchy nie piją alkoholu z różnych powodów. Chociaż nie mogę ręczyć za wszystkich. Po coś ta Maweraszia do Nadwymiaru przylazła. Po coś się po nim pałęta. Widziałam ostatnio na plaży Morza Szarego – lazła cała zapchlona, drapała się, gryzła, ciągała tyłkiem po piachu, a za nią niemożliwie darły dzioby wrony: spierr…aj!, spier….aj!

Myślicie, że ptaki nie przeklinają. Poważny błąd. Wrony klną jak szewce. Kruki się bardziej pilnują, taka szlachta ptasia, inteligencja. Oczywiście, jak to z inteligencją: klną przepotwornie we własnym towarzystwie. Krucze bluzgi to jednak coś w rodzaju poezji, literatury górnych lotów, gdzie co drugie słowo na K, a jednak nie razi. To trzeba umieć. Czerwony Wędrowiec umie. 

No nic, wróćmy na zieloną sofę Ewelin. Leżę nieżywa, a ona mi mówi, że jest pewne lekarstwo i to wcale niekoniecznie musi to być lekarstwo na jej chorobę (ma przecież słoneczne kamienie), ale to może być lekarstwo na… moją chorobę. 

– Ale ja już umarłam! – próbuję się bronić. Ewelin jednak nie zna sprzeciwu. Umarłaś, nie umarłaś, mówi, dobrze być i tu i tam jednocześnie. Bycie i tu i tam daje nam pewność stałego kontaktu, wyjaśnia. 

– Gdzie jest to lekarstwo?

– Ukryte. 

– Jak je zdobyć?

– Trzeba zadzwonić do Łukasza. 

– Kim jest Łukasz?!

– Nie wiem, nie znam go. Wiem tylko, że ma lekarstwo.

– Jedziemy do Łukasza – postanawiam w moment, ale Ewelin mnie ubiega:  – Veni, vidi, vici*. I otwiera dłoń. Na otwartej dłoni Ewelin skrzą się dwie małe pastylki. Jedna jest niebieska, druga czerwona. 

– Wybieraj. 

– Tylko nie to! Jak w Matriksie! Nie znoszę Matriksa!

– Nic na to nie poradzę. Jesteś w Matriksie. 

– To o co tam właściwie chodziło? Którą trzeba było wziąć?

– Nie wiem. Nie pamiętam.

I proszę bardzo, na pałę, jak zwykle w tym i poprzednim życiu. Nie pytajcie, którą wzięłam. Chyba pomarańczową. Na pewno pomarańczową. Bo z Matriksa popłynęłam prosto w sam środek Oceanu Pomarańczowego. 

I teraz, żebyście mnie dobrze zrozumieli. Matriks, czyli filmowe WW może mieć kolor jaki chciecie. Zazwyczaj jest bezbarwne, bo tylko takie stawiamy mu wymagania. Bezbarwny kolor jest bezpieczny. Każdemu się w miarę podoba. Każdemu też się w miarę nie podoba. Nikogo nie upiększa, nikogo też nie szpeci. Jest jak zimne Morze Szare odbijające szare niebo. Wyliniały lis, który już dawno przestał być rudy. Powietrze nad miastem. Nowoczesne meble. Nic nie przedstawiający obraz. 

Dlatego właśnie WW jest bezbarwne. Bo WW stworzył człowiek z gatunku homo sapiens współczesny. I nadał mu kolor bezbarwny ze strachu przed stworzeniem świata, który byłby JAKIŚ. Ze strachu, że ten świat może się komuś nie spodobać. Żeby było. Aby było. Aby przeszło. I przechodzi. Zawsze przechodzi coś, co jest doskonale żadne. 

Woda. Woda jest bez koloru, bez smaku, bez zapachu. Przeciska się przez najmniejsze szczeliny, wypełnia przestrzeń. Zmywa do czysta. Neutralizuje. 

Woda jest doskonale żadna, a jednak gdy pada na jej taflę pomarańczowy promień słońca, nagle przemienia się w złoto. I to się właśnie wydarzyło na sofie u Ewelin. Nagle bezbarwność WW wypełniła się słonecznym światłem, a moje istnienie zanurzyło się w ciepłych, miękkich wodach Oceanu Pomarańczowego. 

Ja pierdzielę. Kiedyś byłam pisarką. Radziłam sobie nieźle. Z pisaniem oczywiście, bo przecież nie z życiem. Tymczasem nie umiem opisać stanu emocjonalnego, jaki się pojawia po zanurzeniu własnego jestestwa w pomarańczowych odmętach. No nie umiem. Powiem tylko, że Ewelin miała rację. To było lekarstwo na moją chorobę. Lekarstwo, które działa, ale tylko po śmierci. Wcześniej człowiek go nie zrozumie. Wcześniej człowieka może zabić. 

Ocean Pomarańczowy jest jak wszystko w Nadwymiarze: nieskończony. To taka kula światła, która może zająć ogród, galaktykę, albo wnętrze jądra atomu. Wielkość Oceanu Pomarańczowego zależy ode mnie. Dzięki tej cudownej właściwości mogę podróżować z Oceanem Pomarańczowym, gdzie chcę. Mogę z nim lecieć do Nogiłóżki! Na marginesie: ostatnio zadzwoniłam do niej, żeby się pochwalić nowym odkryciem, cała w emocjach, Boże, Boże, wiesz, co się wydarzyło, siedzę wieczorem w  ogrodzie rajskim i nagle patrzę, ja świecę!!!

A ona: – I co?

– No świecę!

– To już wszystko?

– Mało?!

– Że świecisz?

– Nnno!

– Ojej… przecież to normalne. 

– Jak to: normalne?! 

– Ocean Pomarańczowy to nic innego jak ocean światła. On jest teraz w tobie odkryty, a więc go widać. Świeci. Zatem i ty świecisz. Logiczne. 

LOGICZNE. 

Brat No (bo No jest oczywistym wygrywem i oczywiście MA starszego brata) – a więc brat No, Szatan Kometa powiedział mi, żebym przestała się tak wszystkiemu dziwić, bo tylko sobie tym przeszkadzam. Według niego, to co się dzieje jest owszem ciekawe, ale też bez przesady: – Kiedy przestaniesz się dziwić, zaczniesz widzieć więcej – obiecał. Szatan Kometa to ktoś, z kim kłótnia jest pozbawiona sensu do tego stopnia, że jest niemożliwa. Chyba że w wykonaniu jego dziewczyny Kunegundy, ale to osobna historia.

Tymczasem: nie dziwię się już niczemu, pakuję ocean i lecę do Nogiłóżki. 

PS. Bo jutro idziemy na imprezę. To moja pierwsza prawdziwa impreza po śmierci. I będzie to impreza nomen omen, śmierci poświęcona. Nazywa się Día de Muertos. 

PS2. Oprócz oceanu, zabieram Zarę Li. 

PS3. A dla Szamana Mako… albo nie, nie napiszę tego, bo jeszcze przeczyta, a to ma być niespodzianka. 



* Założyłyśmy z Nogiłóżką klub łaciński. Ambasadorem klubu jest Czerwony Wędrowiec, który w gimnazjum był najlepszy z łaciny i miał z tego powodu ksywę „Semper”. Klub ma misję rozpowszechniania łaciny w języku potocznym. Chodzi o to, żeby w chwilach, gdy nie wiadomo co powiedzieć, rzucić łacińską sentencją. Dobrze mieć wtedy śmiertelnie poważną minę.

Ewelin daje radę.

PS4. Może ktoś się obruszy, że na wojnie nie chodzi się na imprezy, ale to nieprawda. Chodzi się.