Całun Wiedeński

Pamiętacie, jak wybierałam się na Día de Muertos? No to się wybrałam. I zaliczyłam trzydniowy zgon, jak znany wam skądinąd niejaki Jezus. 

Zaczęło się od lotu kosmicznego, podczas którego zobaczyłam wschód Słońca z tamtej perspektywy. I gdybym tylko mogła strzelić fotkę w kosmosie i wam ją pokazać – nie musiałabym już niczego pisać. Ale. Ani nie wolno mi strzelać tu żadnych fotek, ani nie wolno mi przestać pisać. 

Może to wam się wydawać dziwne, ale w Nadwymiarze absolutnie zabroniona jest jedna rzecz. Strzelanie fotek. Nie wolno. Czemu? Już wyjaśniam. Zdjęcie zabiera duszę. Nie tak jak Maweraszia – po kawałeczku. Nie. Zdjęcie pozbawia ciała duszy, która umyka diabli wiedzą gdzie i potem bardzo trudno ją odszukać. Dlatego właśnie Indianie nie pozowali do zdjęć. Chyba że pod przymusem, co zresztą do rzadkości nie należało. W sensie: przymus wobec Indian. 

W Waszym Wymiarze zdjęcia są na porządku dziennym. Ich potęga nie zostawia nawet szczątków dusz, wojna już dawno została wygrana. Albo raczej: przegrana. Na jedno wychodzi. Tam, gdzie wygrywa jedna strona zostawiając drugą na dnie klęski – przegrywają obydwie. Zawiłość ta stanowi duży problem i jest odpowiedzialna za upadek ludzkości. 

A przecież to proste. 

Niemniej – wracając do fotografii – w wymiarze, gdzie ciało JEST, kwestia zabierania duszy przez migawkę aparatu może stać się niedostrzegalna. Pstryk i nic się nie zmieniło. Inaczej jest w Nadwymiarze, gdzie dusza z ciałem jest nierozerwalna i nie ma możliwości jej zabrać, a ciała zostawić. 

Mam nadzieję, że wyrażam się jasno. Chodzi o to, że tu, w Nadwymiarze JEST przede wszystkim i na pierwszym miejscu (drugiego miejsca nie ma) – DUSZA. A ciało sobie jest lub nie, to zależy od życzenia duszy. I jeśli, na przykład, wstanę rano z sarkofagu i pomyślę: a, chciałabym być jednak krukiem, człowiek mi się znudził – trach, mam pióra i wznoszę się z Krucym pod niebo. Boże, nie mówiłam wam o Krucym! Krucy to mój kruk osobisty, podobnie jak Wifi jest moim osobistym kotem. I jeśli mam rano ochotę z nią popolować na ważki – przybieram postać kota o imieniu Sechmet. 

Czyli lwa. 

Bo taki jest mój zwierzęcy awatar. 

Ptasi awatar to kruk. Nie znam jeszcze jej imienia.

Awatarów jest nieskończona ilość. Kiedyś mnie pewien redaktor telewizji gnębił za kićkanie policzalnych i niepoliczalnych rzeczowników. Nie mam pojęcia, czy napisałam prawidłowo. Bo jak nieskończona, to czy policzalna? Jeśli mnie czytasz redaktorze Avalanche – napisz w komentarzu. Jeśli znajdziesz miejsce na komentarz. 

Awatarów jest liczba nieskończona. 

Jak zwykle zapomniałam, o czym pisałam. A, zdjęcia. No więc w Nadwymiarze jest zabroniona tylko ta jedna rzecz. Nie wolno nikomu robić zdjęć. Grozi to utratą świadomości, co jest tak sprzeczne z nadwymiarową matrycą, jak dzielenie przez zero. 

Nie można pozbawiać nikogo istnienia. 

No więc nie mogę zrobić zdjęcia wschodowi Słońca z kosmosu, bo zlikwidowanie Słońca załatwiłoby jednym ruchem rozpirzenie w miał całej rzeczywistości, w której mam przyjemność fruwać meteorytem. 

To chyba bym musiała kompletnie zdurnieć. 

Na marginesie tylko wspomnę, że w WW sytuacja opisana powyżej jest normą. 

Całe szczęście, nie muszę tego rozumieć. 

Wschód Słońca z kosmosu wygląda tak. Niebo jest czarne. Z czerni przechodzi w głębokie indigo, taki smolisty granat. I tu nagle: czerwień. Pod czerwienią dzieją się rzeczy podobne do zjawiska tęczy, mianowicie światło rozszczepia się przez pryzmat atmosfery i rozkłada swój niezwykły wachlarz barw. Tylko że tęczę widzimy na jasnym niebie, a to tutaj jest utopione w czerni. W promieniach czarnego światła. 

Na czerni nieba akurat świecił łuk Księżyca, tak cienki, jakby nakreślony piórem. Z jego lewej strony, od grzbietu oderwał się okruch i świecąc niczym gwiazda spadł malowniczo w otchłań kolorów. 

Pomyślałam od razu: życzenie! Ale żadne życzenie nie pojawiło się w mojej głowie. Ani wtedy, ani teraz, gdy to piszę. 

Ani teraz, ani wtedy… 

Przecież ja strasznie chciałam Pana Demonium! Strasznie!

Dlaczego nie wypowiedziałam tego życzenia?!

Jestem bardzo zmęczona. Spędziłam trzy dni w grobie w samym sercu tak straszliwego miasta jak Wiedeń. Mówiłam już, że Nogiłóżka mieszka w Wiedniu. Wiedeń to wielka trumna tego świata. Miasto przerażonych zombie. Serio, wolę już Szczecinę. Tymczasem ledwo uszłam z życiem wybierając się do Wiednia na Día de Muertos. 

W Wiedniu mówi się po enerdowsku. To jest język zbliżony do introligatorskiego, ale nim nie jest. Austriacy są tak oryginalni, że nie wymyślili sobie własnego języka. Jestem duszą, bez trudu mogę się porozumiewać w różnych językach, ale introligatorski – delikatnie mówiąc – nie jest moją mocną stroną. Jak więc mam z czegoś, co nie jest mocną stroną, zrobić stronę jakąkolwiek? Nogiłóżka mieszka w Wiedniu już któryś tam rok i nadal nie posiadła tej sprawności. 

Podsumujmy. Jesteśmy duchami. Przemykamy wśród monumentalnych kamienic z niepojętymi enerdowskimi napisami i nie znamy języka. Wyglądamy, jak wyglądamy, tak jak mogą wyglądać duchy. 

Ja cała w czerni, ona cała w czerni. Jakbyśmy zapomniały, że istnieją inne kolory. Jakbyśmy umarły. 

Ha, ha, ha. 

Dobra. Jedyne wyjście, to atak. Bierzesz wiedeńczyka i kamiennym głosem z głębokim oburzeniem przemawiasz jak umiesz, czyli po introligatorsku z akcentem HOPI: 

– Wo hast du Deutsch gelernt?!

No i pozamiatane. Więcej cię nie zaczepi. A my suniemy przed siebie do peruwiańskiej knajpy, żeby Nogiłóżka mogła choć trochę uszczknąć od Maweraszii*, a tak naprawdę: choć trochę pogadać w języku Majów.

Wszyscy tęsknią do Majów. Wy jeszcze tego nie wiecie, ale tu, w Nadwymiarze świadomość jest nieco inna. Opowiem to kiedy indziej, tymczasem muszę zamknąć tę opowieść. A już naprawdę przewracam się na plecy. 

Przyleciałam do tego Wiednia nad ranem, Nogiłóżka odebrała mnie z lotniska, zaszłyśmy na drinka do peruwiańskiej, a potem poleciałyśmy do twierdzy Nogiłóżki. Tam wypiłyśmy czerwone wino. Potem się ładnie ubrałyśmy (na czarno) i pląsając niemrawo – zamiast pójść na imprezę – złożyłyśmy się do trumny. 

Na trzy dni.

Trzeciego dnia, a raczej: trzeciej nocy przyszedł nów. I to był nów w Skorpionie. Najmroczniejszy ze wszystkich. Obudziłyśmy się o czwartej nad ranem w kulminacji nowiu. Obie w agonii. Tak, tu rzeczy dzieją się odwrotnie. Najpierw śmierć, potem agonia. No więc wiję się z bólu, w brzuchu mam kamienie, umieram. Ona też umiera, w swoich cichutkich nogiłóżkowych męczarniach. 

Umieramy długo, kilka godzin. Wreszcie zasypiam. Śnię. Jestem w jakiejś sali, prowadzę spotkanie autorskie. Na przeciwko siedzi moja kuzynka od strony ojca. Chcę dać jej kamień. Patrzę na nią i wołam po imieniu: – Klaudia!

A ona wstaje i poprawia mnie: Maria. 

Maria to jej matka. Moja chrzestna.

– Kim jesteś Noemi?

Budzę się mokra od potu. Jest mi zimno. Nogiłóżka stoi nade mną. Ubrana na czarno.

– Wychodzę. 

– Żyjesz? – dziwię się. 

– Nie sądzę. Spodziewaj się najgorszego. 

– Czekaj! Muszę cię uwiecznić. Ale nie mam siły rysować…

– To potem. 

Powiedziała to tak spokojnie… i znikła. A ja wstałam. Z bólem, ale bez lęku. Zabrałam swoje czarne, imprezowe ciuchy i pojechałam metrem na lotnisko. Tam, czekając na swój meteoryt, wymalowałam ten całun. I choć lotnisko jest doskonałym miejscem dla Nogiłóżki, jej samej oczywiście tam nie było. Nie dziwcie się, Jezusa też nie było, gdy Weronika oddała mu całun. 

Całun ma to do siebie, że odbija obrazy dawno już nie istniejące. 


* tak naprawdę: przede wszystkim uszczknąć od Maweraszii.


PS1. Mam ten pierścionek. 

Całun Wiedeński