Nemezis

Żaden. Nic z tych rzeczy nie miało szans się wydarzyć, bo nie jestem taka głupia, żeby przehandlować pierścionek – choćby by był z rubinem wielkości meteorytu – za miłość, czy przyjaźń. 

W przypadku miłości jeszcze pelerynę! 

Dajcie spokój. 

Mam w żyłach żydowską krew. To zobowiązuje. Nie ma głupich. Kamienie szlachetne są tylko wtedy szlachetne, gdy mają duszę. A przehandlowany za miłość* kamień staje się tylko kawałkiem szklistego materiału. Na cholerę mi szklisty materiał, jeśli mam miłość i skrzydła Nemezis?!

Wczoraj uzmysłowiłam sobie, że nie wyjaśniłam wam miliona rzeczy. Na przykład Orion. Biały Pies z Góry Przeznaczenia. Rzucił się na mnie, gdy po raz pierwszy zobaczyłam Szamana Mako. Czekajcie, odwrotnie. Najpierw się rzucił, a potem go zobaczyłam. To jest odwrotnie?

Sami widzicie. Tego się nie da opowiedzieć! A ja muszę. 

Taką mam misję. 

Orion to jest pies przewodnik. Inaczej nie umiem tego nazwać. Orion też ma misję. Ale nie tak jak Ziarno, anioł z krawędzi światów. Ziarno jest przykuty do miejsca. Związany karmą. Orion jest wolny. Jego misja jest jego bezpośrednią wolą. Przychodzi do ciebie, bo chce. Kuźwa, RZUCA SIĘ NA CIEBIE, gdy chce!

Ale nie zrobi ci krzywdy. On pilnuje, żeby kto tam sobie krzywdy nie zrobił. 

Oczywiście, nie każdy ma Oriona, a może raczej: nie każdy Oriona widzi. I na tym właśnie polega problem ludzkości. Ludzie nie widzą Oriona. A on się pokazuje. Zwróćcie uwagę. Biały pies. Dość duży. Bardzo piękny, o czystej (nawet w słotę) sierści. Sprawia wrażenie, jakby był z kryształu. Czasem idzie na smyczy dla niepoznaki. Czasem inaczej się nazywa. Imiona nadawane przez ludzi rzadko mają pokrycie w rzeczywistości Nadwymiaru. Niestety. Ale każdy, kto go zauważy i zrozumie, że to jest Orion – wkrótce dostanie bezpośredni znak, co ma dalej robić. 

Bo łączy się z Kosmosem. A to już wygryw. 

Oriona mamy więc z głowy, pewnie jeszcze nieraz do niego wrócimy, tymczasem: Krucy. To już jest nieco wyższy poziom skomplikowania. Jak wiecie, Krucy jest ptakiem. Konkretnie krukiem. Gdy wchodzimy na temat kruków, wiadomo, że będą schody. Kruki to najbardziej niepokojące ptaki na świecie. Każdym świecie. 

To, że kruki ze sobą rozmawiają, nadają sobie imiona, tańczą – wiadomo. Wiadomo też, że kruki przepowiadają przyszłość. To one, zachwycając tańcem śmierci, poinformowały mnie, że za chwilę będzie rzeź. 

Krucy to jeden z tańczących kruków. Zwycięzca. Nie odstępuje mnie od tamtej pory. To znaczy, żeby było jasne. Nie usiadł mi na ramieniu. Po prostu poleciał tam, gdzie ja i co jakiś czas się pojawia, krąży nade mną przepowiadając przyszłość. Zwykle: tarapaty. Ale nie trzeba być krukiem, nie trzeba być nawet orłem, żeby przepowiedzieć mi tarapaty. To już nawet Orionem można być. I pojawiać się na szczęście bez chwili przerwy. Tarapaty i tak BĘDĄ. 

Nie ma przeciwności losu. Jest LOS. A ja się w nim zawsze tak ustawię, by stać się przeciwnością. 

Najważniejsze to mieć tego świadomość i dobrze się bawić. Jak się idzie na deskę, to przecież nie po to, by kołysać na falach. Dobra zabawa to zawsze walka. 

Wracając do Krucego. To, że on mi się pokazuje, coś wskazuje. Wszystko coś znaczy. Taka jest zasada w Nadwymiarze. Nie ma przypadków. No więc, gdy widzę kruka, wiem, co dalej robić. Zaglądam do Księgozbioru, sprawdzam, co się kryje pod hasłem: kruk. No, na przykład do tego Słownika symboli. Kopalińskiego. Władysława. I czytam, że kruka (a właściwie krucę) miał pewien bóg o imieniu Apollo. 

Mówiłam o tym? Bo za cholerę nie pamiętam, a nie chce mi się grzebać w przeszłości. No więc Apollo to bóg. Ale facet. Więc spokojnie. A właściwie: niespokojnie. Kuźwa, to też muszę wytłumaczyć!

Jest spora różnica między bogami rodzaju męskiego i żeńskiego. Sam podział już jest pewnym obciążeniem i świadczy o poziomie niższym niż boski, ale zanim wejdziemy do wymiaru wyłącznie duchowego, musimy się uporać z ciałem. Ciało zawsze sprawia kłopoty. Ale daje też mnóstwo zabawy, więc nie popadajmy w skrajności. 

Facet bóg wobec boga kobiety jest jak zapalenie śluzówki nosa wobec sepsy. Ściśle: katar kontra sepsa. I tak samo jak z „męskim” chorowaniem: więcej afery narobi ten z katarem niż walcząca z sepsą kobieta. 

Apollo to facet, więc się po „męsku” zachował. Zakochał się w istocie ludzkiej, w dziewczynie o imieniu Koronis. Koronis odwzajemniła miłość. Zaszła z Apollem w ciążę. Przestraszyła się. Mieć dziecko z bogiem, ogarnijcie. Jak ona to starej wytłumaczy? Poza tym, trzeba jakoś żyć. Dziecko wyżywić. Nie każdy się buja na chmurce. Koronis zwróciła się do pewnego chłopca z wioski. 

I postanowiła wziąć z nim ślub. 

Apollo byłby chyba nawet tego nie zauważył, wszak jest bogiem i ma prawo w międzyczasie zakochać się w siedemnastu innych istotach ludzkich.

Ale kruca mu doniosła. 

Czemu to zrobiła? Potem będziemy się zastanawiać. W każdym razie powiedziała swojemu panu, że Koronis w ciąży i z tamtym i tak dalej. 

Apollo wpadł szał, w prostym męskim odruchu zabił dziewczynę, a w ostatnim momencie, gdy z oporami docierało do niego, że przy okazji zabił swoje dziecko – Asklepiosa, szybko to dziecko wskrzesił i, co za niespodzianka, uczynił bogiem. Medycyny. Sami oceńcie, jak sobie ten bóg radzi. I czy warto facetami obstawiać stanowiska.

Koronis tymczasem „w nagrodę” zawisła na nieboskłonie i świeci do dzisiaj jej gwiazda. Na pomnik zawsze można liczyć. 

Niemniej: taka historia. Z tymże niezakończona. Bo jak już Apollo zabił Koronis, mało mu było gniewu (wszak musiał go rozrzedzić na ratowanie syna), trzepnął więc jeszcze w krucę. I dostało się biedaczce po łbie za nieswoje sprawy. A po co było dziób wtykać, spytacie. O to zapytam ją także. Jak tylko spotkam. 

Czymże zapłaciła kruca za gniew swego pana? I tu wychodzi cała natura tej istoty. Otóż, wyobraźcie sobie, że Apollo znalazł ujście swego gniewu w tym, że barwę krucy z białej przemienił w antracytową czerń. 

Ha, ha, ha!

Dajcie jej czarną kieckę zamiast białej. Ha, ha, ha. I patrzcie jak płacze po kątach! Ha, ha, ha! Drapnęło coś w gardle nowo wystrojonej krucy na pożegnanie i radź sobie, narcystyczny dżolero, sam!

Od tamtej pory kruca jest niezależna, nie ma żadnego pana i paraduje w super eleganckiej czerni. 

A Apollo stał się maskotką mitologii (już nawet nie religii), symbolem próżnego pięknisia o wątpliwej mocy. I nic mu nie pomoże, chyba że jakimś cudem znajdzie w Kosmosie ultrafilantropijną istotę, co zgodzi się mu towarzyszyć, a właściwie: pomagać, bo on przecież potrzebuje pomocy. PILNIE.

Ciekawe, czy Orion też do niego przychodzi? Pewnie przychodzi, czasem mu nawet po głowie skacze, ale Apollo tego nie zauważa. Zbyt jest zajęty roztrząsaniem, czy go która nie zdradza. 

Czemu ja muszę to pisać? Powiedziałam: misja. Druga rzecz, lubię to robić. Uwielbiam. Krucy mówi, że wtedy latam. I faktycznie, coś w tym jest. Ale jak to z lataniem: bardzo męczy. 

A ja po chorobie. 

I śmierci. 

Całą tę historię o Koronis przeczytałam w Księgozbiorze. I nie byłoby sprawy, gdyby nie to, że w jednym miejscu natknęłam się na imię krucy. Z początku myślałam, że to jakiś błąd w druku, albo że mi coś w oczach przeskoczyło. 

Ale nie. Widziałam to. I w razie czego mogę pokazać. 

To imię to Nemezis.


* Przyjaźń jest częścią miłości, jest z nią równoważna, więc oszczędziłam sobie w dalszej części tekstu wypisywania dwóch jedna po drugiej, bo to straszny mozół. 

* Nie wiem, czy nie większy mozół był pisaniem tego zdania.

* I tego. 

* Kurwa!