Misja Ocean

Zgubiłam dwa diamenty! Faaak!!! 

Ostatnio zredagowałam wiadomość do Ziarna (lecieliśmy meteorytem z Niebiesowem i Ewelin przez WW): „lecimy do Redlajt, fkcr!” Rano, wciąż zdziwiona, że Ziarna nie spotkałam, zorientowałam się wreszcie. Owszem, wiadomość została stworzona, ale nie wysłana. A ja, zanurzona po sam nos w Oceanie Pomarańczowym zlekceważyłam coś tak nudnego jak wysyłanie wiadomości. 

Też tak macie? Wam też największą frajdę sprawia pisanie listów, nie: ich wysyłanie? Wysyłanie to nuda, kolejka na poczcie, drobne na znaczek, kaszlące dziecko na rękach stojącej z tyłu baby. Bo przecież nie faceta. 

Wracając do diamentów. Jestem OBURZONA. Wy już nic nie umiecie zrobić. Wszystko spartaczycie. Wyrwiecie tej Ziemi klejnot z serca i przykleicie go na super-glu. Idioci. 

Szaman Mako wrócił z mórz, nic nie mówiąc przedarł się przez wnękę międzywymiarową, udał się do jubilera, tam rąbnął Pana Demonium, przyniósł mi i wręczył jak na amerykańskich filmach. Zapomniał jednak, że pierścionek rąbnął w WW, a tam już nic nie jest przyzwoite, nawet kamienie. 

Co to za badziew?! 

Ile to kosztowało? Siedemset miliardów dolarów? Weźcie przestańcie. Już nawet powstała historia o przehandlowaniu Nogiłóżki za ten pierścionek, że o Szamanie nie wspomnę*. A to takie dziadostwo?!

Wystarczy. Wiem, że wystarczy. Pan Demonium ma te same cechy, co ja. Gubi się. Gubi wszystko, dlaczego więc miałby nie gubić maleńkich kamyków? A że cech ziemski go nie dogania, co poradzić? Mnie też cech ziemski nie dogonił. 

I nie wygląda, żeby zdołał kiedykolwiek. 

Nie ma rady, trzeba wrócić do WW i zrobić aferę. Jeszcze nie wiem, jak się reklamuje rzecz rąbniętą, ale się dowiem. I wtedy drżyj, subiekcie. Cały świecie, drżyj!

Dobra. Mam misję. Oczywiście, kompletnie nie wiem, jak się za nią zabrać, dlatego piszę. Podczas pisania przychodzą rozwiązania. Żadnych gotowych scenariuszy, czysty żywioł. Oto ja i reszta Wszechświata. Całość. 

Wczoraj przyśnił mi się zapach. Znów użyję języka z szuflady. TO BARDZO CIEKAWE UCZUCIE. 

Zapach jest niewidoczny, a jednak bardzo wyraźny. Czasem kojarzy się z czymś materialnym, jak ściana. Mur. 

Albo obłok, ale o konkretnych granicach, namacalnym wręcz kształcie.

Kiedy wchodzę do mieszkania Wió, wiem, czy ktoś przed chwilą w nim był. Skąd wiem? Po zapachu. Czuję zapach niezwykle wyraźnie, bo cierpię na migreny. Migreny męczą mnie od bardzo wczesnego dzieciństwa. Jest to przypadłość dość przykra, ale ma swoje zalety. Które, rzecz jasna, kiedyś traktowałam jak wady. Właśnie to. Wyjątkowa wrażliwość na zapachy. 

I dźwięki. 

Każdy ruch powietrza. 

Każda barwa oddechu. 

Każda obecność.

Nic nie ujdzie mojej uwadze, choć oczywiście nie zawsze to zdradzam.

Skoro jednak nic nie uchodzi mojej uwadze, a ja nie informuję nikogo, to co z tym zrobić? Przecież nie będę tego dźwigać na plecach przez całą wieczność. Wyrzucę to z siebie w odpowiednim czasie i na swój ulubiony sposób, dokładnie tak, jak umiem najlepiej. 

Na przykład tu. 

Tak, tak. Jesteście w idealnym miejscu o idealnej porze. I jeśli za chwilę zadzwoni telefon, przyjrzyjcie się dokładnie, co widzicie na wyświetlaczu. To jest fala Oceanu Pomarańczowego. Właśnie uderzyła o wasz ląd. 

Warunkiem istnienia jest zmiana. Kto jej nie ulegnie – umiera. A umiera po to, by ulec zmianie. 

Każdy z was boi się zmiany. Ale zastygnięcie w bezruchu nie ma fizycznego uzasadnienia. Mówcie, co chcecie, zgadzam się ze wszystkim. Nie zaprzeczycie jednak, że żyjecie we Wszechświecie. A skoro w nim żyjecie, jesteście jego częścią. A skoro jesteście częścią Wszechświata – jesteście częścią PROCESU. 

Nie ma takiego procesu, który by stał w miejscu. 

Dostałam misję. Nie wiem, czy od Wolfgang, czy jeszcze wyżej. Bo tam, w wymiarze Wolfgang wydaje się najwyżej. Ale to się tylko wydaje. Poziomy pną się w nieskończoność. Bóg jest nieskończonością. Nieskończoność jest Bogiem. 

No więc dostałam misję od Boga. Kłóciłam się trochę. Ale zaczęły wypadać diamenty z Pana Demonium i jest to zdecydowany znak, że mam się dalej nie kłócić. To znaczy: mogę. Ale na cholerę tracić jeszcze rubiny?

Nie wiem, jak się do tej misji zabrać! Powiem wam po prostu, punkt po punkcie, o co chodzi. 

Jak wiecie, jakiś czas temu doświadczyłam błogiego stanu wejścia w posiadanie Oceanu Pomarańczowego. Fajnie. Popluskałam się, popływałam, zabawa. OK. Problem polega na tym, że ja mam się nie pluskać, nie skakać przez fale, nie świrować jak na imprezie u milionera. Nie w tym rzecz. Nie po to jest mi to dane. Owszem, czasem, w piątunio, proszę bardzo. W sobotę. Nie ma sprawy, zabawa jest ważna. Bez zabawy nie ma nauki. 

Zapach, który mi się śnił, był owocowo-kwiatowy. To był zapach pomarańczy. 

Kwiatu pomarańczy. 

Owocu pomarańczy? 

Rozprysłam go w migoczący obłok i wołałam, żeby ktoś przyszedł powąchać. Jak to pięknie pachnie! To przecież najpiękniejszy zapach na świecie. Możecie sprawdzić. Nazywa się Neroli. 

Kwiat pomarańczy inaczej pachnie, niż owoc. Jednak to, o czym piszę, jest jednocześnie i kwiatem i owocem. Jest tym, co widać i czuć. Jest wszystkim.

Przykład. Dawno temu, za życia jeszcze, byłam z Zuzą (kumpelą) w Tunezji. Północna Afryka. Jechałyśmy autokarem przez Saharę. Nagle autobus się zatrzymał, spojrzałyśmy w prawo, a tam jakiś przypadkowy kram w owocami. Obsługuje młody Arab. Jest upał, pustynia. Chłopakowi chce się pić. Bierze nóż, kroi wielką pomarańczę, podnosi połówkę i wyciska wprost do ust. 

Obie z Zuzą podskakujemy na siedzeniach. Mimo szyby, klimatyzacji, zamknięcia szczelnego – obie czujemy ten zapach!

To zapach Oceanu Pomarańczowego.

Który jest mój, ale NIE TYLKO DLA MNIE. 

Kiedyś, w poprzednim życiu z Wężem, w ostatnim porywie dobra kupiliśmy kajak. To był piękny, dziecięcy gest. Każde z nas chciało dostać prezent. On chciał kajak. Ja chciałam zobaczyć jego uśmiech. 

Kupiliśmy, spakowaliśmy na dach samochodu, pojechaliśmy na jezioro. Była piękna pogoda, słońce schodziło ku zachodowi. Szykowała się niezwykła wyprawa. Zwodowaliśmy jednostkę. Ja się chyba już nawet władowałam na pokład, Wąż coś tam ogarniał przy wiosłach, gdy na brzeg wybiegła baba z krzykiem, że to jest JEJ PRYWATNE JEZIORO i precz z wody. 

– Ale co pani zależy? – zapytał Wąż. 

– Właśnie – dodałam rezolutnie, bo ja zawsze taka rezolutna byłam. 

A baba, że jak nam pozwoli, to zaraz się zleci pół Polski po jeziorze pływać kajakami i będzie tu kajakowe centrum doświadczeń. 

Teraz ja jestem tą babą. To znaczy nie tą, bo ja jestem inną babą. Jestem babą, co ma swój własny prywatny Ocean Pomarańczowy i pozwala w nim pływać kajakiem, wpław, jak sobie chcecie. Tylko słomek nie wrzucajcie. Ani butelek PET.


* że o skrzydłach nie wspomnę.