Perpetuum mobile

Największy mój problem wcale nie dotyczy żadnej wojny. Ani z Wężem, ani z ludzkością. Największy mój problem to mój własny osobisty obóz koncentracyjny w mojej głowie. Od chwili śmierci, gdy już NIC nie muszę, każdego dnia walczę z samą sobą, żeby pozwolić sobie na to, żeby właśnie nic nie musieć. 

Każdego dnia coś mnie zrywa z sarkofagu i każe zapieprzać grom wie dokąd. 

A że nie mam dokąd i po co (wszystko już przecież zrobiłam, wszystko!) – leżę drżąc w poczuciu winy, że nigdzie nie zapieprzam. 

Bo zaraz, za chwilę, dziś, jutro, przyjdzie jakieś absolutnie kategoryczne pismo, że coś gdzieś jednak jest nie zrobione i zapłacę za to, oj, jak ja za to zapłacę! 

Przyjdzie kurator sądowy, policja z milicją, dyrektorka szkoły z matką przyjdą i będę miała za swoje. A przecież wszystko, wszystko, rodzina, dzieci, praca, kariera, siedem książek, dom, nominacja do nagrody, podłoga w kuchni, naczynia, obiad, wywiadówka, bigos na święta, remont, porządek w szafie, nauka języków obcych, korepetycje z matematyki, depresja i terapia, WSZYSTKO MAM ZROBIONE. 

To czego jeszcze od siebie chcę?!

Oczywiście, leżąc tak w bezruchu, starając się po tym ZROBIENIU WSZYSTKIEGO odpocząć, wszak obiecano, że po śmierci będzie spokój – gówno odpoczywam, bo mięśnie napięte do granic możliwości męczą mnie straszliwiej, niżli bym w polu robiła. 

Czemu jestem taka zmęczona, pytam Ewelement, a ona mi mówi, że w blokach startowych zawodnicy męczą się najbardziej. Napięcie. Napięcie sięgające zenitu. 

Napięcie przed nie wiadomo czym. 

– Na terapii mówią… – zaczyna Ewelement, czym mnie doprowadza do furii, bo czy ona myśli, że ja nie wiem?! Nie wiem niby, co mówią na terapii?! Ja z terapii mogę zrobić profesurę, przewodnik terapeutyczny napisać mogę, co zresztą już dawno MAM ZROBIONE. W kilku tomach.

Tylko nie wiem nic o odpoczywaniu.

Odpocząć – rzecz to niemodna, niewłaściwa, naganna. Zwłaszcza dla kobiet. Kobieta to taki instrument, który zaprzecza prawom fizyki. Perpetuum mobile. Chora nie chora, umarła nie umarła, dryd-dryt, dryt-dryt, kręcą się koła zębate niezmordowanej maszyny. Chciałabym zalać świat Oceanem Pomarańczowym, a sama się nawet w kostium nie przebrałam. Nie mam czasu. Muszę zapieprzać. Muszę myśleć, że muszę zapieprzać. Muszę myśleć, że jak nie zapieprzam, to jestem WINNA. Wypełnić napięte ciało poczuciem winy za to, że JEST. Człowiek przecież nie może po prostu być, człowiek musi coś robić, usprawiedliwić się przed światem, po jaką cholerę na niego przyszedł. 

Wytłumaczyć się z istnienia. 

Zapłacić za życie. 

A przecież sama w sobie jestem życiem! Nieskończonością istnień! Jeśli tylko chcę… 

– Pewnie że chcę! Chcę zamienić się w wicher, być zorzą polarną, światłem! Z wielką ochotą! Tylko czemu tak uparcie wyrywam się z tamtej świadomości, czemu schodzę z chmur i sama sobie dokręcam tę psychopatyczną śrubę? Czemu katuję się z powodu wymyślonych przez siebie, nikomu nie potrzebnych zadań? Czemu więżę się za tą bramą z napisem ”Arbeit macht frei?!” 

Ewelement słucha mnie w milczeniu, ogląda jakieś fotki, a gdy wreszcie stawiam poprzedzony długim i pełnym emocji monologiem znak zapytania, odpowiada głucho:

– To nie był dobry pomysł. Robić zdjęcia mojej siostrze.