Noe to tylko skrót

Niemal każdy człowiek ma telefon komórkowy. Z tym telefonem jest straszliwy ambaras, bo dzwoni non stop, w kółko właściwie i człowiek ma serdecznie dosyć, chciałby go rozbić na kawałki, zniszczyć, zakopać. Jednak tego nie robi. Odwrotnie. Kupuje etui, uważa, żeby nie spadł. Mało tego. Wciąż kombinuje, jak tu sobie sprawić lepszy, jeszcze bardziej dzwoniący. 

Sprawia. 

Nie działa. Ledwo kupiony, już zepsuty. Zamiast przystojnego bruneta, dzwoni baba ze skarbówki. Nie tak miało być. Znów więc go trawi pragnienie, żeby telefon zniknął, zamilkł, przepadł. 

A potem przychodzi śmierć.

Ze śmiercią jest tak, że nagle spokój. Spokój martwy. I nie ma znaczenia: dzień, czy noc. Spokój. Boże, jaki spokój! Kruk nad lasem ze złotym zniczem w dziobie. Patrzysz na kruka, patrzysz na drzewa, patrzysz na świat i nic, nic, nic się nie dzieje, kompletnie, zupełnie nic w kwestii żadnej, totalne NIC, głucha cisza absolutna, AMEN. 

Korci, żeby jeszcze komuś zrobić awanturę, bo jednak śmierć to dobry pretekst. Jednak nie ma komu tej awantury zrobić, wokół pusto i cicho. A telefon, jakby się wszyscy skrzyknęli – milczy. 

Jest taka zasada fizyczna. Nikt nie dzwoni do trupa. Serio. Nie wiem, skąd nagle wszyscy wiedzą o śmierci, jednak wiedzą. Jak na komendę. Nie ma co. Abonent wiekuiście niedostępny. 

Raz mi się zdarzyło, z tymże odwrotnie. Trup zadzwonił do mnie. Kompletnie zbaraniałam. Patrzę na wyświetlacz: Tadeusz. A Tadeusz, co wiem doskonale – dawno w grobie. Zmarł na raka mózgu po trzech chemiach, bo tyle ich wytrzymał. Swoją drogą, przedziwne czasy. W średniowieczu ludzkość padała na dżumę, jednak jak wiemy – dżuma ludzkość dziesiątkowała. Bez żadnego leku. A teraz proszę. Jak co dziesiąty przeżyje: sukces. W sumie nie wiadomo, przeżył chorobę, czy leczenie? Zawiła to rzecz. Ale ludzkość to gatunek panicznie unikający prostoty. 

Wracając do telefonu. Zimne ciarki na plecach. Tymczasem to nie Tadeusz, tylko Andrzej, co firmową komórkę dostał po denacie. Przestańmy więc niepokoić zmarłych. To jest właśnie ta zasada fizyczna. Niby nikt nie wie, że człowiek nie żyje, jednak do niego nie dzwoni. I tak już do końca wieczności. 

Ze mną podobnie. Mój telefon też zamilkł na dobre. 

Kiedyś, gdy jeszcze nikt o mnie nie słyszał, a właściwie: kiedy jeszcze nikt mnie nie czytał, pisałam opowiadania. Wysyłałam je do różnych redakcji z nadzieją, że ktoś zauważy. Codziennie sprawdzałam skrzynkę, w której wiało nicością z braku jakichkolwiek odpowiedzi. Poprosiłam więc zaufaną przyjaciółkę, by mi od czasu do czasu coś przysyłała. Chciałam zobaczyć tłusty druk nieotwartej wiadomości. Bo mi to pomagało. Psychicznie w sensie. 

Przysyłała. W temacie maila wpisywała: tłusty druk. Tłustym drukiem, rzecz jasna. 

Dziś nikogo o nic nie proszę. Niczego nie potrzebuję. Nic mnie psychicznie nie karmi, bo nic mnie psychicznie nie głodzi. Siadam rano przy biurku, patrzę prosto w Słońce bez lęku że oślepnę – wszak zmarli nie ślepną. 

Gdy tak patrzę, Słońce otacza się różową poświatą niczym szalem. I nagle milczący od miesięcy telefon się odzywa! A słyszę go tak, że rozrywa mi mózg! Najlepsze dźwiękowo słuchawki na świecie nie dają takiego efektu. Tonacja około 963 Hz. I z tego pasma powstają słowa, a słowa są kategoryczne, wręcz straszne: 

To co powiem, jest ważne. Dla wszystkich. Ludzi. Na świecie. 

Nieruchomieję jak posąg. Boję się poruszyć. Z oczu lecą mi łzy, strach choćby mrugnąć. Róż poświaty słonecznej kłuje dotkliwie, cierpię niczym mnich, ale twarda jestem. Patrzę!

Słucham!

Nigdy nie było żadnego potopu. Wizja, którą znają wszystkie religie świata, to tylko wizja. Na razie… Zamknij te oczy, do cholery!

Boże. Męczeństwo wyssałam z mlekiem matki. O ile mnie w ogóle karmiła. Z ulgą zamykam powieki i natychmiast widzę tysiąc razy więcej. Wokół mnie rozlewa się czerwona potęga, wypełnia przestrzeń jak spieniona krew. W czerwieni, w samym jej centrum pojawia się najbłękitniejszy we Wszechświecie błękit. Ten błękit pulsuje, żyje, pochłania. Jest tak intensywny, że czuję go wręcz namacalnie w samym środku głowy.

I teraz on przemawia:

Idzie wielka woda. Największa. Burze i pioruny. Gniew mórz i oceanów. Toń, odchłań, zagłada. 

Czerwień nadal świeci absolutną czerwienią, tymczasem błękit ustępuje innej barwie. Jest nią indygo. Indygo drży przez chwilę, rozbija się na milion maleńkich cząstek, fraktalnych jak atomy, gdzie każdy wypełnia się nagle fioletem. Ten fiolet jest jak źrenica oka. Z kulistej przybiera pionową formę, zmrużoną, czujną, przenikliwą jak spojrzenie. 

Spojrzenie Boga. 

Myślisz, że ludziom wszystko wolno?!

Nie myślę tak, nie myślę – zdążam w panice zapewnić i oto wybucha feeria kolorów: pomarańcz, złoto, seledyn, znów błękit, indygo, fiolet, królewski ametyst, rubinowa głębia, wszystko, wszystko, wszystko…!

A mi słów brak. 

A mi słów brak. 

A mi słów brak. 

Nigdy nie było żadnego Noe. Bóg nie powierzyłby ocalenia ludzkości mężczyźnie.

Wstrzymuję oddech. Nie wstrzymuję, bo już od dawna nie oddycham!

Noe to tylko skrót. Od imienia… 

DOŚĆ!

Otwieram oczy. Buczenie ustaje. Biała tarcza Słońca świeci jak gdyby nigdy nic. I tylko mroźna różowa poświata przypomina o grozie proroctwa.