Pokój nocny

Bo my wcale nie jesteśmy żaden pokój dzienny. Pokój dzienny może nam ewentualnie nosić taborety. Jeśli pozwolimy

Łaaał. Chwila. Szukam słów. Międzygalaktyczna wojna gwiezdna? Starcie wszechświatów? Apokalipsa? Wszystko zgrane, zużyte, nieadekwatne. Za mało. Za mało słów, żeby opisać to, co się dzieje. I nieważne, w którym języku. We wszystkich językach świata – nadal za mało słów. Kiedyś pisano na skałach. Dwa symbole i konkret. Teraz całe lasy zamieniają w opasłe tomiszcza i nadal nikt nic nie kuma.

Wracając do sytuacji. Dane są takie: zagłada, wojna, koniec światów. Aby to poczuć, porównajmy do konkretnej katastrofy. Potop. Jest potop. Biegam gorączkowo po brzegu w poszukiwaniu drewna na łódź. O, przewrócony stół! Niech będzie. Ze stołu strugam naprędce arkę (bez instrukcji), (Szaman ogarnia), (Boże)… i w ostatniej chwili zabierają nas fale. Ale tam, w wodzie, rękami trzepią skazani na zagładę przyjaciele.

Ci serdeczni, z listy Zło.

Z przepowiedni pamiętam, że mam ludzkość ocalić. Koszty bycia kimś w rodzaju Noe. A więc działam. Szukam chętnych. Człowiek zawsze sięga po to, co już zna, a że ja znam najdoskonalej Węża i Józefinę (przepra za tamte złośliwości) – rzucam koło. Bez skutku. Właściwie ze skutkiem, ale marnym. Wąż jest tak zajęty wojną, że nie widzi zagrożeń. O Józefinie nic powiedzieć nie mogę, bo nic nie wiem. Brak danych. Nie widzę. Tylko czerń, toń, połyskujące fale.

Kuźwa, wiecie jak trudno takim stołem żeglować?!

Jeszcze jedno wyjaśnienie. Arka to nie tylko przedmiot wystrugany przez Szamana Mako z porzuconego na brzegu stołu w celu osiągnięcia jednostki pływającej. Łódź to symbol. Taki obrazek zamiast czegoś. Arka to tak naprawdę Miejsce – Czas – Sytuacja.

Relacja.

Doświadczenie.

Przeżycie.

No więc na mojej Arce na razie niezbyt tłoczno. Poza Szamanem (który co chwila odpływa w kierunku innych mórz) i Ewelement (która co chwila nura do wody daje, że ona SAMA) jest tu, oczywiście, No. Jest też nieodłączna BaBa z PP oraz jej pies. Raz na wieczność pojawia się też Szatan Kometa, ale on raczej z pozycji lotu, niż pływu. To chyba zrozumiałe.

Od kilku dni jest tu ktoś jeszcze. Ale zanim o tym KIMŚ napiszę, muszę choć wspomnieć, co się ostatnio działo.

No więc wojna, wojna, podkopy i strzelanina, strategia, plany. Nie będę zanudzać szczegółami, to dobre dla amatorów Czterech Pancernych i Psa. Mnie w wojnie najbardziej podobają się szyfry, kody, kryptonimy. Zagadki matematyczne, które rozwiązuje tylko TEN (lub TA), kto zna zasadę.

A zasada jest taka, że nie ma zasad.

Brak zasad nie ma nic wspólnego z brakiem moralności, bo to wiadomo. Pewnych rzeczy się nie robi. A to że przeciwnik łamie tę zasadę, nie oznacza, że wolno.

Zawsze, wszędzie, na każdej wojnie to samo. Mnie zawsze wojny nudziły. Teraz też mnie nudzić zaczęło, nawet kryptonimy spowszedniały. Czekałam już tylko JAKIEGOŚ rozwiązania, w dupie tam, mogę przegrać, byle koniec. Ile można się naparzać? Ale wojna trwa i trwa mać. Komuś na tym zależy. Bez względu jednak na wojenne gry przychodzi apokalipsa i zabiera nas z lądów Nadwymiaru. Jesteśmy więc zanurzeni w wodach wiekuistych i czekamy, aż Słońce łaskawie wyjdzie zza smolistych chmur.

Czarno wszędzie, głucho wszędzie. Co to będzie. Noc zlewa się z dniem, nikną horyzonty. Pod dnem oceanu zasypiam szczelnie. Zrywa mnie dwunastometrowa fala, z hukiem wyrzuca na pokład. Czyli blat stołu. Słabo?

Tymczasem pojawia się Ona.

Ale zanim się pojawia, mam rozmowę z No, która w całej swojej wyniosłej obojętności na moje zmagania z odmętem (pamiętacie, No jest skrzydlatym Kosmicznym Orłem), raczy mi czasem rzucić jakiś fragment, ziarno słowa, a robi to tak precyzyjnie, że owo ziarno pada na najdoskonalszą glebę i zaczyna się kiełkowanie mocy.

A trzeba widzieć, że po (Boże, ile to już trwa?) tak długim zmaganiu się z PRZECIWNOŚCIAMI LOSU, padam na twarz.

– Jesteśmy z pokoju dziennego, Nemo.

– Co to: pokój dzienny?

– Pokój dzienny oznacza taki super styl. Czyli że fajne jesteśmy.

– A. A kto tak zdecydował?

– Chyba jakaś blogerka. Widziałam ją w pokoju dziennym właśnie. Na zlocie Ludzi Wystrzelonych w Kosmos z Fajności. Pływają tam, na trzynastej.

– I co ta blogerka?

– Nic. Powiedziała, że kto jej nie lubi na Insta, musi opuścić pokój dzienny.

– Co zrobiłaś?

– Wyszłam.

– Dobrze. Bo my wcale nie jesteśmy żaden pokój dzienny. Pokój dzienny, droga No, może nam ewentualnie nosić taborety. Jeśli pozwolimy. My jesteśmy z pokoju nocnego. A raczej: bywamy.

– Dobrze.

Po tych ustaleniach spotkałam się z Ziarnem. Ziarno doczepił do naszego stolika ten swój kwiaciarnio-kantor i ciągnie ze sobą na przemian: Julię lub Agatę. Jestem mu trochę wdzięczna, bo to jednak żeglarz, w razie czego może pomóc. Natychmiast mu powiedziałam.

– Wiesz, Ziarno, co to pokój nocny?

– Weź nic nie mów, ja na kancelarii siedzę!

Fakt. Ziarno w moim Pałacu Myśli zajął kancelarię. Słowo o Pałacu Myśli. Oczywiście, że wiem, że to jest pałac pamięci. Ale zrozumcie. Mam niesamowitą potrzebę stosowania skrótów. Jeślibym używała zwyczajowej nazwy pałacu, wdarłby mi się konflikt z niejakim PP, który nie powinien reprezentować czegoś tak doniosłego jak mój Pałac Myśli. Mam nadzieję, że wyrażam się jasno.

PP. Wymyśliłam na niego sposób. Kiedy szczeka, wyobrażam sobie, że robi to w rytm piosenki PP wróć. Budzi to we mnie wyłącznie pozytywne emocje.

Już nie chcę go zabić.

Dobra, wróćmy na ocean. Na Arkę Noemi. Do pokoju nocnego. Pokój nocny ma to do siebie, że nie wystarczy go polubić. Ważniejsze jest to, czy pokój nocny lubi.

Ale najważniejsze, że w pokoju nocnym króluje Ona.

Niewiele jeszcze o niej wiem. Pojawiła się zupełnie nie wiadomo skąd. Według moich ustaleń – wdarła się przez sen. I od razu zajęła cały pokój. Nocny.

Jest czarna. W mroku jej właściwie nie widać, tylko oczy świecą żarem. Na pewno groźna, bo to dziki kot. Puma. Kuguar.

Siedzi i pomrukuje, a z treści pomruków wnioskuję, że interesuje ją głównie zabawa. Ale wymagania co do zabawy: z kosmosu. Nie wystarczy piłeczka pingpongowa, czy jakieś żenujące świecenie laserem. – Wysil się – zdaje się pomrukiwać mrok w niejasnej części pokoju.

NOCNEGO.

Zastanawiam się, czy to nie jest nowe wcielenie ocetolota Nuny, która, jak pamiętacie, uwielbiała znikać. Znów znikła jakiś miesiąc temu i tak oto (tu się domyślam) powędrowała ku małej śmierci. A śmierć, zwłaszcza mała, dokonuje wielkich zmian. Białą przytulankę zamienia w mroczną bestię. Proste.

Albo może to Sechmet, znudzona rzezią, szukając w istnieniu większego sensu niż zabijanie, wskoczyła do sypialni się pobawić?

Nie wiem.

Grunt że mam na pokładzie zblazowanego kuguara, który z pewnością nie przyszedł tylko po to, żeby spać. Kuguar wywraca do góry nogami taborety, zamienia literki, robi totalny bałagan i za nic nie przeprasza.

Chętnie pozuje, pod warunkiem jednak, że pozowanie odbywa się w absolutnej ciemności. Trudno nakarmić kocie ego, gdy można się jedynie domyślać, jak wygląda. A jednak kategorycznie domaga się portretów.

Miałam w życiu do czynienia z narcyzami, ale to już przechodzi ludzkie pojęcie. Kiedyś czytałam Życie Pi – facet w szalupie z lwem bengalskim. Na oceanie. Niespokojnym. Tymczasem ja na oceanie oceanów, na samym Oceanie Pomarańczowym (znikąd lądu), z ewidentnie szukającym zaczepki kuguarem, który jednym ruchem może zedrzeć ze mnie skórę.

Ot, choćby dla upragnionej zabawy. Dla tych siedmiu drańskich sekund frajdy, która przecież może nie przyjść nigdy, jeśli się tej skóry nie zedrze.

Ze mnie.

Pisać nie mam siły. Mogę tylko rysować. W dodatku zmuszona jestem do rysowania wyłącznie jednej postaci, która chyba tylko dlatego że ją rysuję – jeszcze mnie nie zjadła.