Podmiot liryczny nieobecny

Miałam sen.

Serio stosuję przemówienie luterańskie? Człowiek zaskakuje przez całą wieczność. Choć nie mam pewności, czy nadal jestem człowiekiem, szczerze mówiąc mam raczej pewność, że nie jestem.

Do rzeczy. Miałam sen. Śnił mi się Wąż i Józefina. Z nią było jak z tym kotem, czarną panterą, co jej nie ma, choć jest. Bo Józefiny w tym śnie nie było wcale. To znaczy była, ale jako podmiot liryczny nieobecny. Boże, tylko ja tak potrafię zakałapućkać. Jeszcze raz. Śnił mi się Wąż wypowiadający o Józefinie te słowa:

– To NIE JEST TWOJA PRZYJACIÓŁKA.

Obudziłam się. W szarości poranka spojrzałam na frazę i jak to z szarością bywa: szczegółów nie stwierdzono. Obróciłam się więc na bok z myślą, że jasna sprawa, przyjęłam do wiadomości. W razie jakbym się kiedyś wahała – to cudowne objawienie przywróci czujność.

I zasnęłam.

A teraz, uwaga, śni mi się ONA. Idzie obok jak najbardziej obecna. Włosy roztrzepane na jedną trzecią miasta. Tylko jeden zgrzyt. NIE ODZYWA SIĘ.

No to ja kombinuję jakby tu się odezwać. Ale co nie powiem, to zaraz jakieś niepożądane towarzystwo słucha, bo jak to zwykle bywa – ciągną się za mną pielgrzymki.

Też tak macie? Lokal pusty, wchodzę, po minucie tłum. Park opustoszały, wejdę, w moment pięć rodzinek. No i teraz to samo. Chcę być z nią sama, żeby normalnie pogadać, a tu jakieś baby z dziećmi pod nosem się kręcą i niby NIE SŁUCHAJĄ.

I tak ją prowadzę przez te knajpy, parki, aż wreszcie na horyzoncie majaczy las.

Czy my kiedyś byłyśmy razem w lesie?

Byłyśmy!

Pokłóciłyśmy się. Pokłóciłyśmy się o jakąś kompletną pierdołę. Już wiem! Ja coś burknęłam zbyt ostro, a jej się przykro zrobiło. I zamiast przeprosić, to się nadęłam jak, nie przymierzając, kwoka.

Nie wiem, co się teraz kwoki czepiam. Nie jak kwoka, tylko jak ja, ta najtrudniejsza część mnie. Niekochana Nema. To taki skrót od Noemi, której nie ma. Ja mam dużo skrótów. Połapiecie się.

Ciągnę ją więc do tego lasu, bo przecież w lesie się kiedyś pogodziłyśmy po tym, jak się pokłóciłyśmy o nie wiadomo co.

No i się budzę.

Teraz tak. O co chodzi z pierwszym snem? Dane. Wąż coś wygłasza, a ja go słucham. Dobre sobie. Żaden kalkulator tego nie przeliczy, z eksela wywala od razu. Funkcja niepodzielna przez zero. Żadna. A jednak ja tu próbuje podzielić, skwapliwie tę bzdurę przyjmując. Przecież mu się to opłaca, żebym właśnie tak myślała!

A prawda jest taka, że nigdy nie miałam takiej przyjaciółki jak ona!

I wszystko co o niej napisałam, to jedna wielka bzdura wynikająca z potrzeby DRAMATU.

W Nadwymiarze się nie bluzga, ale ja mogę. Kurwa. Mać.

Być może niewiele osób wie o tym, że miałyśmy własny świat, świat dwóch spraw, do którego nie mieli wstępu INNI LUDZIE, bo zawsze, ale to zawsze, jak tylko ktokolwiek tam wtargnął, to go natychmiast obracał w proch.

Kiedyś siedziałyśmy trzy dni na tarasie (jak jeszcze miałam dom) i pryskałyśmy się pryskawką. Mimo czerwca, puszczałyśmy kolędy. Wpadło mi do głowy, żeby zrobić ognisko i na cześć lata spalić wszystkie czapki, ale na szczęście do tego nie doszło.

Basem ogrodowy chciałyśmy zażabić. Bawiłyśmy się w wojnę. Operację mi zrobili w szpitalu i po mnie przyjechała…

Może w Nadwymiarze się nie bluzga, ale ja mogę.

Kurwa mać!

PS. Nie gniewam się za tę schizofrenię. Jestem z niej dumna.

PS2. Nikt mnie tak nigdy nie rozśmieszał.