Małe życie

Pamiętacie, jak mówiłam, że Pan Demonium się sypie? Zgubił w sumie cztery diamenty. Subiekt kulił się, jak kolejny raz wchodziłam z reklamacją (to było jeszcze grubo przed zarazą), ale zachował zimną krew. W tej chwili jest ze mną (Pan Demonium, nie subiekt) i milczy. Nic więcej nie chce powiedzieć. Rozumiem go. Najważniejsze już wiadomo. Chociaż czuję, że to nie wszystko. Że to dopiero początek.

Preludium.

Tymczasem na mojej Arce nadal wieje pustką. Owszem, mam dobre informacje: dwie osoby dołączyły do mojego kursu. Jedna z nich, Czerwony Wędrowiec, w ogóle mnie nie zaskoczyła. No, może trochę. Czerwony Wędrowiec zwykle przejawiał nietłumioną histerię wobec wirusów i bakterii, miałam więc lekkie obawy, że w obecnej sytuacji zwariował i przepadł w odmętach. Ale nie. Jest na stanowisku, trzyma ster i wygląda na ocalonego. Zajada się czosnkiem i mówi tak:

– Dajcie mi no tu tego wirusa! Czekam! Doczekać się nie mogę! Ha!

Druga postać jest kontrowersyjna. Trudno mi o niej pisać. Zdradzę tylko, że jest nią kobieta. Kobieta tak samo mi bliska jak daleka. Nazywa się Amma.

W chwili, gdy do mojej Arki dotarły wysyłane przez bezkres Oceanu Pomarańczowego sygnały, Amma była w rozsypce panicznej. Usłyszałam, że na mapie świata pojawiły się dwie dodatkowe czerwone kropki i jedną z tych kropek, według Ammy, stanowię ja. To się nazywa wiara w człowieka.

– Spokojnie, Amma, ja już dawno nie jestem człowiekiem. Nic mi nie grozi.

– Chlip, chlip!

Tego rodzaju rozmowa. Tymczasem dziś rano o piątej (!!!) budzi mnie Wifi, a budzi, kochani, łażąc mi po głowie, więc sprawa musi być poważna. Otwieram oczy i stwierdzam dwa fakty. Pierwszy jest taki, że leżę w kałuży gorączkowego potu. Drugi: mam powiększone węzły chłonne.

I teraz analiza. Bo przecież od miesięcy jestem sama jak palec, a raczej: jak trup. Nikt mnie nie odwiedza, z nikim się nie spotykam! Arka pływa samotnie po oceanie, a najbliższe sąsiedztwo pokoju dziennego oddalone jest o conajmniej jedno pokolenie. Jak więc do tego doszło!? Ten niespokojny orzeł: No? Wifi? Szaman? Wszystko wykluczone. Orzeł lata w górze, nie schodzi w rejony ludzkie, z nikim się nie brata, rzadko się odzywa. Do szkoły nie chodzi. Wifi to z kolei kot, zwierzę samotnicze, jeszcze bardziej wyobcowane. Jedyne żywe stworzenia, z którymi ma kontakt to świeżo wyklute sroki. I No.

Szaman z ludzkością ma niewiele wspólnego. Więc kto?

Ziarno! Ziarno się rozsypał, tak jak Pan Demonium się pogubił!

Ale Ziarno też się trzyma z daleka. Pisałam już, doczepił swój kantor do mojej Arki, pływa na dystans i wszelkie drogi kropelkowe między nami toną w Pomarańczowym Oceanie.

Czyżbym stanowiła to zarzewie, które tak trudno jest pojąć? Zarzewie wzięte znikąd? To jak kwestia stworzenia, ta odwieczna zawiłość powtarzana często przez dzieci: „ok, świat stworzył Bóg, ale kto, u diabła, stworzył Boga?!”.

Rzecz prosta, choć niepojęta. A wystarczy narysować koło. Bóg, a raczej świat się stworzył sam z siebie, tak jak ja teraz tworzę sama z siebie nie tylko tę baśń, ale także wirusa, który mnie w nocy atakuje naiwnie i ślepo, bo z motyką na Słońce się porwał.

Niemniej sprawy się komplikują. Bo teraz za cholerę na Arkę nikogo nie ściągnę. Teraz to już nawet nie chcę. Wszak nie lubię tłumów. A do samotności naprawdę da się przyzwyczaić. Tym bardziej, że ludzkość stanowi towarzystwo, jak obserwuję, mało wymagające intelektualnie. A towarzystwo mało wymagające intelektualnie to gwarancja nie tylko potężnej nudy, ale też mozołu. Bo trzeba to ZNIEŚĆ.

Dziękuję bardzo.

A te Chiny to też wiadomo było. Pan Demonium mi powiedział. Zresztą, Ameryki nie odkrył. A potem zaczął się gubić. Zgubił cztery diamenty. Co to oznacza? Na razie nie wiem. Ale się dowiem. Przy okazji, ktoś napisał na Facebooku, że coś tam skandal, bo jakaś baba w tramwaju jechała i zarażała. Rzecz jasna, ten kto to pisał również jechał tym tramwajem, ale za żadne skarby świata przecież nie zarażał, bo jest fajowym użytkownikiem Facebooka, a nie jakąś okropną babą. Najgorsze jest jednak to, że teraz nie wie, czy od baby nie złapał.

Pocieszające jest to, że się dowie.

Ale zanim się dowie, czas stanie. Ten marazm nie potrwa długo. Wkrótce nastąpi wybuch. To dobra wiadomość dla wszystkich żon, które z całego serca codziennie kombinują małą ucieczkę z domu do koleżanki (fitness, depilację, gdziekolwiek!), ale teraz nie mogą, bo kwarantanna.

To też świetna wiadomość dla wszystkich mężów, którzy za każde pieniądze wolą pracować, biegać maratony, trymować brody, niż pobyć z dzieciakami. Tym bardziej, że słowo „pobyć” nie jest niestety równoważne z wypowiedzeniem zdania: „Co w szkole?”

Można by utyskiwać teraz, że straszna szkoda, że nie zauważają, co jest ważne i tak dalej. Bez przesady. Zauważają. Nikt nie ośmieli się przecież podważyć ważności zarostu na twarzy w czasach, gdy osobnik tego samego gatunku depiluje całe ciało do ostatniego włoska. I to JEST ważne.

Niech sobie będzie. Bo małe życie, jak powszechnie wiadomo od kilku dni – samo się obroni.

LOL.

PS. Jeśli chodzi o przepowiednię, chętnie się podzielę. Będzie jak będzie.

PS2. Ewelement! Na śmierć zapomniałam!