Home sweet home

Sytuacja jest taka. Leżę z misiem, przez okno wpada mi do kajuty odbita od pomarańczowej fali smuga Słońca. Wifi robi wszystko, żeby nie było łatwo, bo non stop wydaje z siebie dźwięki, które, owszem, niby nie są głośne, ale nie sposób ich zignorować. Coś jak Szaman, który się dziś rano przy śniadaniu (a warto wiedzieć, że jadłam omleta z nutellą i orzechami) dowalił, że coś tam twaróg. Się marnuje. Przeze mnie. Takie są realia. Człowiek nieuświadomiony żyje, beztrosko z misiem śpi, a tymczasem gdzieś tam czai się przycupnięty w rogu lodówki twaróg, który tylko czeka, żeby wpaść w ręce skanującego czujnie lodówkę Szamana, co tylko czeka, żeby znaleźć winnego, a właściwie winną procesu marnowania się twarogu.

I jeszcze do tego TA MIAUCZY!

Dobra. Sytuacja jest taka. Leżę z misiami, za oknem apokalipsa. Widziałam w internecie, jest już imię. Apsa. Ładne. Apsa zatem rozkręca się niczym huragan, ludzie – jak to ludzie: biegają we wszystkich kierunkach, Szaman się kłóci o twaróg, Wifi drze pysk, a ja wśród misiów. Ktoś by mógł skomentować, że cyrk, ale ja tam nie oceniam. Jest jak jest. Będzie jak będzie.

I JESZCZE na górze jakaś baba odkurza! Akurat teraz, kiedy Szaman się dowalił o twaróg i Wifi miauczy!

I teraz robimy tak:

Nie jakaś baba, tylko BaBa z PP.

Nie odkurza, tylko ogarnia porządki.

A Szaman sumiennie wypełnia funkcję ochmistrza.

A Wifi śpiewa, żeby mi miło było.

Podczas, kiedy ja leżę.

Z misiem.

Tym zdjęciem robię sabotaż.