Być albo nie być… Bogiem

Człowiek to istota, która może nie wie paru rzeczy, ale jedno wie na pewno. Wie wszystko o Bogu. Ludzka wiedza w tym temacie jest skończona, precyzyjna i nie podlega dyskusji. Zawiera się w dwóch niepodważalnych prawdach, które można streścić następująco:

  1. Bóg jest.
  2. Boga nie ma.

Dziedzina ta nosi miano racji absolutnej.

Racja absolutna należy literalnie do każdego jednego człowieka na TEJ ZIEMI. I, oczywiście, różni się diametralnie od racji każdego drugiego człowieka.

Owszem, błąka się wśród populacji grupa agnostyków zasłaniających się filozoficznym „nie wiem”, traktowana jako swoiste religijne LGBT, nie zyskuje jednak poparcia. Brak zdecydowania nigdy nie robiło na nikim wrażenia, brak Boga: prędzej.

Dywagując ostatnio w przestrzeni publicznej o sensie tworzenia (odwieczna rozterka: „po co ja to robię?”) – pozwoliłam sobie porównać artystę do Boga właśnie, który, niczym artysta stworzył świat i dokładnie tak samo jak artysta, nie dostał za to złamanego grosza.

W odpowiedzi padły kategoryczne stanowiska doświadczonych specjalistów :

  1. Bóg nie stworzył świata!
  2. Ludzie stworzyli boga!
  3. Ludzie stworzyli boga dla pieniędzy!

pisownia oryginalna

Wyczuwalny spór o podmiot, którego istnienie zostało z miejsca wykluczone, niesie ze sobą znamiona wspomnianej racji absolutnej. Żadna bowiem z wypowiedzi nie zawierała wątpliwości, nikt nie umieścił nigdzie znaku zapytania, nikt też nie zawahał się przy żadnym „chyba”.

Jest więc pewne, co padło, tak samo jak pewne jest to, co ostatnio usłyszała No. Mknęła przez WW, gdy z oklejonego w niebiańskie motywy autobusu wybiegła stuprocentowo przekonana obywatelka i wykrzyknęła do niej wprost z NIEZAMASKOWANYCH ust: „Jezus cię kocha!”.

Wyposażona w miłość Jezusa i porcję wirusów No wylądowała na pokładzie Arki Noemi i podzieliła się kolejnym aksjomatem z dziedziny racji absolutnej.

O wirusie nie wspomnę.

Nie trzeba być orłem (a No jest orłem!), żeby z powyższej frazy wywnioskować niepodważalną obecność Boga, bo jeśli kocha, to przecież być musi.

Zatem Bóg bezsprzecznie istnieje oraz z całą pewnością go nie ma.

Proste.

Bywają jednak problemy w pojmowaniu tej oczywistości. Czemuż? Bo z wierzchu wygląda to na oksymoron. Coś jak „plany na przyszłość”, tak chętnie przez ludzkość stosowane, jakby kiedykolwiek na świecie istniały jakieś plany na przeszłość. Choć i to się zdarza.

Wróćmy jednak do naszego nieszczęsnego Boga. Jak można być nie być jednocześnie? Można. Otóż Bóg istnieje jak najbardziej, ale pod pewnym warunkiem. Gdy się w niego wierzy. Tak więc Jezus żyje i ma się świetnie, a swoje istnienie zawdzięcza, między innymi, stuprocentowo przekonanej obywatelce z kolorowego autobusu. Dzięki obywatelce ma też siłę z całego serca kochać No.

Jeśli jednak z jakichś przyczyn (wspomnianych wirusów?) zabraknie obywatelki, światło Jezusa nieco przygaśnie. Wszak sam w siebie wierzyć nie może, wbrew pozorom bowiem od jakiegoś czasu go nie ma. Kolejne ofiary z jego grupy wyznaniowej zachwieją fundamentem wiary i tak oto za jakiś czas przestanie być Bogiem, stanie się jeno postacią historyczną, której zakrwawione, roznegliżowane zwłoki z niejasnych przyczyn wieszano niegdyś na przydrożnych słupach.

A biedna No będzie musiała poradzić sobie bez jego miłości. Coś mi jednak mówi, że No sobie bez tej miłości poradzi koncertowo, bo No ma niezachwianą wiarę w zupełnie innego Boga, którego istnienie nie zależy wcale od pasażerki autobusu. Ani od żadnej grupy wyznaniowej.

Ten Bóg jest Niebieskim Kosmicznym Orłem.

I nazywa się No.

Leo ma głęboko ukrytego magicznego Boga o imieniu Leo, a Bella – wojowniczą Bellę. Szamana Bóg jest potężnym wichrem o imieniu TODO, a Ewelement wciąż walczy o swojego Boga Wilków.

Kiedy więc Mojżesz ujrzał gorejący krzak, przemówiła do niego jego własna świadomość i to przemówiła dość dobitnie:

– Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną!

W myśl objawienia nikt nie powinien mieć bogów cudzych przed sobą, a jednak przeważająca część ludzkości ma ich cały wachlarz. Bo z własnej, nieprzymuszonej, choć niepojętej woli sama w siebie nie wierzy. I zamiast zająć się świątynią swojego ciała oraz nieskończonością własnego umysłu, mozolnie wznosi monumentalne wieże na chwałę kogoś, kogo nigdy nie widziała.

I tu wreszcie dochodzimy do sytuacji, w której boga nie ma.

Co należało udowodnić.

Narzędzie zbrodni, Noemi Susenbach