Kiedy zaczynają się męczarnie?

Wiecie, po co jest śmierć? Jest wiele tłumaczeń. Mnie osobiście dodaje życia.

Nie pamiętam ile razy umierałam i w jakich męczarniach. To drugie jest dla oczywistej draki i wiąże się z Nogiłóżką. Anegdota dotyczy grzybów. Właściwie chodzi o jeden konkretny gatunek grzyba, który Nogiłóżka zjadła na kolację. Zaniepokojona opisem potrawy, zadałam kilka pytań, po czym postawiłam diagnozę. Jest tak i tak, w takich przypadkach to i to. Został już tylko wyrok. Śmierci, rzecz jasna.

Nogiłóżka nie okazała niepokoju. Żadnej histerii, paniki brak. Zwróciła się do mnie tylko z jednym, ale jakże ważnym pytaniem: – Kiedy zaczynają się męczarnie?

Śmierć śmiercią, ale tylko głupiec nie przejmuje się jej okolicznościami. Jak to pisał Pilch, warto być obecnym. A z bólem różnie bywa. Człowiek, który załóżmy – leży w kałuży wymiocin po grzybach – z trudem wykazuje obecność. W takiej sytuacji lepiej raczej zadbać o nieobecność. Z tymże potem nie ma do czego wracać.


Śniło mi się dzisiaj, że się wykłócałam, które przekleństwo jest gorsze:

  1. Kurwa mać?
  2. Jezu kurwa?

Kto zna rosyjski, wie, że mać oznacza Matkę.


A więc umarłam ponownie. Tym razem we śnie. Umarłam i znalazłam się pod tajemniczą bramą. Brama jak wyrwa po strzale, krwawiła zmiażdżoną cegłą. Zawahałam się. Ktoś jednak zachęcał i to w sposób podstępny: ty nie przejdziesz…?

JA NIE PRZEJDĘ?!

Przedefilowałam więc na drugą stronę, gdzie ujrzałam strzelistą białą wieżę. Jak z obrazu Memlinga, schody pod Niebo, tajemne królestwo WSZECHRZECZY. Schody, owszem, zapraszały, tak samo jak Głos, ten sam, co tak mnie przed chwilą podjudzał.

A ja nie. Bez tłumaczeń minęłam kłębiący się pod schodami tłumek. Kątem oka zauważyłam elektryczny czajnik pod pachą pewnej obywatelki. Ewidentnie zamierza się w białej wieży rozgościć. Zainteresowanie rosło.

– Tam jest wszystko, czego pragniesz – obiecywał Głos. – Wszystko. Jest to i tamto i tamto. Bardzo fajne. Ale najważniejsze… – tu Głos zawiesił się dramatycznie – jest LEKARZ!

Wtedy przypomniało mi się, dlaczego właściwie umarłam. Zabrakło lekarstwa. Nie miałam już leków i nigdzie nie mogłam ich zdobyć. Chodziłam, szukałam, ale wokół tylko szarzy ludzie zombie, bez duszy, bez współczucia, bez życia. Wróciłam więc na plażę Zaklętego Jeziora, oparłam się o Szamana, zamknęłam oczy i… obudziłam pod tą bramą.

– A więc ja nie żyję?!

– Głupie pytanie. Ale dokąd idziesz? Czemu nie wchodzisz na schody!? Tam dalej jest tylko jakaś impreza… Po co ci impreza?!

– Całe życie imprezowałam. Nie ma powodu, żeby to zmieniać – wyjaśniłam Głosowi i nonszalancko wtargnęłam na dziedziniec strzelistego zamku. A tam, na tarasach: karnawał w Rio! Kolorowe drinki, fioletowe garnitury, wszystko, wszystko i to w absolutnie niebezpiecznych ilościach.

Memling, zanim namalował tę rudą pod deską, musiał o mnie słyszeć. Jaki sąd ostateczny? Jaki raj? Jakie piekło? Gdybym miała knajpę, nazwałabym ją „Czyściec”.

I podawała w niej wodę święconą.

Miejsce ze snu istnieje naprawdę. Wczoraj tam byłam. W niewykończonych katakumbach mieszkają duchy, spragnione szczęścia dusze, które wspinają się po nieistniejących schodach, wciąż słysząc ten sam Głos: „Jeszcze chwila, już niedługo, fajne rzeczy, to i tamto, a przede wszystkim LEKARZ!”

Dopóki pragniesz, jesteś niewolnikiem. Dopóki szukasz: nie masz. Szukajcie a znajdziecie? Błagam.


Drugie przekleństwo jest lepsze. Będę używać. To taka moja mała zemsta. Za ten chrześcijański rozpiździel.


Wokół katakumb rosną sosny, latają motyle. W oddali majaczy jezioro. Na brzegu łabędź wysiaduje jaja. A po drugiej stronie, zaraz za dziedzińcem z kolorowymi tarasami widać monumentalny krzyż. Z rozpiętym na nim, białym jak śnieg ciałem. Tak oto trafiamy na cmentarz. Cóż, fajnie było, ale się skończyło. Kiedy zaczynają się męczarnie?

TERAZ.

Jestem jak Dante Alighieri. Dante jest jak ja. Wędrujemy po labiryntach Losu według tej samej mapy. Na jednej przestrzeni, w piętrach upchane jest Wszystko. Piekło i raj. To, co wydaje się rajem – może okazać się piekłem.

Może, więc się okaże.

fot. Szaman Mako