Mała śmierć

Najbardziej lubię siedzieć na dnie oceanu. Na górze szaleją huragany, tymczasem u mnie cisza jak makiem zasiał, nawet BaBa z PP nie pierze, chyba umarła. PP też umarł. Na dnie oceanu nie ma nikogo, jest doskonale czarno i cicho. Istny raj.

Ten sam, który był kiedyś piekłem.

Szaman opowiedział mi przypowieść o długich łyżkach. W piekle – mówił – jest wszystko, stoły suto zastawione. Można jeść pod jednym warunkiem. Trzeba posługiwać się łyżką. Do dyspozycji są jednak łyżki z bardzo długimi trzonkami. Tak długimi, że w żaden sposób nie da się nimi trafić do ust. Jedzenie na stołach pachnie, kusi, dręczy. A wszyscy cierpią potworny głód. Przez te piekielne łyżki…

– A w Niebie? – pytam. – Jak jest?

– Dokładnie tak samo. Jedzenie na stołach i długie łyżki. Różnica polega na tym, że tam się karmią nawzajem.

Z moim dnem oceanu jest podobnie. Gdy się tam znalazłam po raz pierwszy, wpadłam w straszliwą panikę. Przygnieciona, sparaliżowana, samotna – zaplątywałam się coraz głębiej w wodorosty i macki ośmiornic. Depresja ma swoje prawa. Poniżej poziomu morza.

Wreszcie, gdy zjadłam już chyba całe psycho-ścierwo, które wyprodukowały koncerny farmaceutyczne, terapeutka kazała mi narysować raj.

Bez namysłu wzięłam kartkę i zamalowałam ją na czarno. Tylko tego pragnęłam. Mroku i ciszy. Nic więcej.

Mrok i cisza.

No to, proszę bardzo! Mówisz i masz. Zanurzaj się choćby codziennie, siedź ile pragniesz. Tylko tam dowiesz się prawdy. Takiej prawdy, od której cierpnie skóra. Takiej prawdy, od której ściska gardło.

I nie, nie chodzi tu bynajmniej o innych. Tu chodzi o mnie, dokładnie o MOJĄ OSOBĘ, jaka jest, czego pragnie, po co przyszła na świat i z KOGO tak naprawdę się składa.

Tu, na dnie oceanu opadają zasłony. Milkną słowa, gaśnie świat. Siedzę u stóp potęgi, w samym oku cyklonu. Mogę suchą stopą przejść przez osławione Morze Czerwone, a nawet przez mój własny Ocean Pomarańczowy. Więc idę.

Pies demona prowadzi.

Najpierw do albumu ze starymi zdjęciami. Ale zanim to się stanie, śni mi się sen. Indianie amazońscy podczas inicjacji szli samotnie w dżunglę, a jedyną ich wskazówką były sny. Ze mną podobnie.

No więc sen. Przychodzą do mnie rodzice. Nie wiem, czy to na pewno jest Amma z Czerwonym Wędrowcem, bo oboje jacyś nieswoi. Mówią mi miłe słowa, są dla mnie dobrzy. Hm. Coś tu nie gra. Ale nic, przyjmuję wszystko z uśmiechem. Tylko zauważam, że byli u mnie już jacyś rodzice wcześniej. Jacyś inni. Jak to? To niemożliwe!

– A jednak. Przyszli we śnie – wyjaśniam.

– We śnie się nie liczy! – mówi Amma, a ja przyglądam się jej coraz baczniej, bo przecież właśnie śnię, to co, teraz też się nie liczy?!

Ona się reflektuje, robi miny i pyta, czy zostawili jakiś kontakt. Owszem, zostawili, odpowiadam. Mam tu gdzieś… – i wyciągam karteluszek z odręcznym pismem. Pismo formuje się coraz wyraźniej, aż czytam na głos takie oto słowo: WENDETA.

Wendeta, powtarzam dwa, może trzy razy, a Amma teraz na starej fotografii – kurczy się, jakby ją ogień trawił. Gdy otwieram usta i chucham w jej stronę, płonie. Gdy się budzę, słyszę własny, kategoryczny, mocny głos: mój oddech zabija.

Jestem małą śmiercią. Mała śmierć to dziecko, którego się nie chce. Dziecko, które swym przyjściem na świat popełnia zbrodnię na życiu matki. I dopóki oddycha, odbiera jej oddech, bo przecież każdy kolejny dzień kosztuje tak wiele, każdy kolejny dzień jest zagrożeniem, że prawda wyjdzie na jaw.

Tymczasem prawda już wyszła, bo to dziecko jest prawdą! Świadectwem, bezwstydnym afiszem skrzętnie ukrywanej hańby! Nikt nie może się dowiedzieć, tymczasem wszyscy wiedzą, bo wszyscy widzą, bo ono żyje, chodzi dziwnie i dużo płacze, a paznokcie ma pokrzywiane.

Budzę się, wertuję stare fotografie. Ciotki, wujkowie… I nagle zastygam w bezruchu nad zdjęciem legitymacyjnym, zdjęciem które znam od zawsze, a które z niewiadomych przyczyn przewraca się po moim życiu od lat.

Nos. Usta. Kości policzkowe. Włosy. Nawet grzywka tak samo faluje nad czołem…

I nagle: łubu, du, lawina wspomnień, strzępów rozmów z dzieciństwa. Wszystko tak nagle, bez znieczulenia, bez wyjaśnienia, jedno za drugim. I to, i tamto. I jeszcze tamto. I jeszcze…

Co to za świat, na który przychodzą „małe śmierci”? Co za życie w niedopasowaniu, w niewiedzy, w nieustającym zdumieniu? Małe śmierci zbierają całe zło i choć są niewinne – wina jest zawsze po ich stronie.

Bo są.

Bo są.

Bo uparcie są i jakby się zmówiły, są WŁAŚNIE TAKIE.

Nie mogę spać. Jednak zasypiam. I znów sen. Śni mi się książka, lektura naukowa. Stoi na półce, nie trzeba daleko szukać. Biologia molekularna, dział Genetyka, rozdział Dziedziczenie. Czarno na białym, bez żadnych odlotów, nieznośnych nadinterpretacji, ot, po prostu: punkt po punkcie leci w przepaść biała wieża.

A na dnie przepaści mrok. I pustka. Nie ma już nic. Nie ma znajomych, przyjaciół. Nie ma też rodziny. Depresja prowadzi przez odmęty, na sam koniuszek oszukanego świata, gdzie, skręcona w embrion, budzi się do życia mała śmierć.


Mała śmierć, Noemi Susenbach (fragment)

Mała śmierć, Noemi Susenbach