Sopot

Na świecie szaleją wichry, skandal goni skandal. A największy problem ludzie mają z miłością. Kto kogo kocha i jakim prawem. Ciekawe, czemu zgorszenie wywołuje okazywanie miłości, a już z agresją nie ma problemu?

Byłam, widziałam. Przemoc na ulicy, w domu i zagrodzie. Powietrze smagane przekleństwem. Kurwa, kurwa. I nikogo z petycją, nikogo z transparentem, nawet księdzu nic przeszkadza. Natomiast dwie całujące się dziewczyny na murku: afera.

Najbardziej boli to, czego brakuje. I chciałoby się zabrać. Tylko jak?

Chcę z tego wyjść. Chcę wyjść z WW, bo mi obmierzło. Chcę zrzucić z siebie jarzmo poprzednich żyć. Chcę nie słyszeć bluzgów. Chcę zatonąć w ciszy.

Ale dopóki chcę, nie mogę. To taki klucz, który działa tylko w jednym przypadku. Gdy zwolni się blokada chcenia.

Mój znajomy znalazł sposób. Ogłuchł. Psychosomatycznie. Na alegro kupił aparat słuchowy i tylko gdy musi – słyszy.

Sprawa do pozazdroszczenia. Jednak proces głuchnięcia nieprosty, człowiek pomału słyszy coraz gorzej, nic nie rozumie, a cisza zamiast ulgi, jest wręcz zakłóceniem.

Chcę, żeby zamilkli!

Mowa trawa. No, chyba że Kanclerz ogarnie dupę i na serio się zacznie ta epidemia. Ale z nim to cholery można dostać, subordynacja minus zero.

Bella mówi, że wszystkie testy wychodzą właśnie takie. Minus zero. Wszystkie. Na cały szpital. Przypadek? Nie sądzę. Raczej fizyka kwantowa. Gdy krzywa rośnie, choroba znika. Całkowicie. Nawet lekkiego zachorowania. Nawet bezobjawowo. Nosicielstwa. Nic.

Epicentralny cud naukowo-logicystyczny. Materiał na książkę. Żeby jedną! Już widzę ten wysyp pomysłów! Te mroczne twarze w maskach na okładkach! Te super seriozne miny autorów na rewersach! O Boże. Przeżyłem. Zagładę. Mogę jechać nad morze i wdychać jego zapach!

Widziałam na przystanku taki plakat. Mojej ulubionej Gazety. Tej samej, co ostatnio zajumała mi tekst, pocięła go pozbawiając puenty i nie umieściła pod spodem mojego nazwiska. No więc plakat [nie mój tekst] (dałam kwadratowy nawias, żeby wyrazić uczucia), no więc PLAKAT leciał mniej więcej tak: „JAK TO SIĘ SKOŃCZY… pojadę nad morze i będę wdychać jego zapach. Paulina”.

Jaki to zapach, szanowna redakcjo? Morze składa się z wody i wodorostów, a to wali procesem gnilnym. Albo rybą. Albo w ogóle nie pachnie, a kropelki wody z rozbitych fal stanowią wilgotność powietrza, nie woń. Może warto pojechać do Zoppot, zanim się utwór napisze?

Ja byłam.

Widziałam niebo.

I fale, które razem, w jednym rytmie podążały ku mnie.

Pachniało goframi.

Nic się nie skończyło.

Nic się nie zaczęło.

Łuk widnokręgu biegnie w nieskończoność…

Zoppot, Noemi Susenbach