Cierpliwość Nemezis

Nic nie mówcie. Zaraz mam włoski, tymczasem okazuje się, że kończy się moja Cierpliwość. W dodatku – jak nigdy! – jeszcze nie skończona, jeszcze ranty nie wypacykowane, jeszcze mokra, jeszcze nie opieczętowana (!!!), a już po Kosmosie fruwa. Niebywałe. Za godzinę mam wizytację (cytuję Laseczkę) NAJPRAWDZIWSZEGO WŁOCHA, zeszyty po podłodze rozrzucone, La Bambola w tle, a ja wbita w Ziemię lecę po jej orbicie. Z poważną prędkością.

Bo tak. Jeśli Cierpliwość wyrywa się z obrazu ku światu tak silnie, że nie da się jej zatrzymać, znaczy to, że… NIGDY SIĘ NIE SKOŃCZY. I to jest grubo bardziej niż najprawdziwszy w świecie Włoch i jego Laseczka.

Tak, wiem, ta potrzeba dramatu. Pieprznąć piorunami o Ziemię i obserwować wyniki. Ale po coś jestem Bogiem, prawda? Chyba nie po to, żeby się cackać?!

A tymczasem proszę, wyrwała się, poleciała już nawet w eligiuszowe rejony, nieskończona, niepodpisana, w mokrej sukience, obłęd.

Bez żadnego uderzania piorunami, z miłością. Do literatury rzecz jasna. I sztuki.

Do literatury i sztuki.

Jakby, kuźwa, literatura sztuką nie była.

Cierpliwość Nemezis, Noemi Susenbach