Selfie

Jestem wykończona. WY-KOŃ-CZO-NA. Boże, jaki mozół coś takiego napisać. Ale jeszcze większy mozół właśnie odwaliłam.

SELFIE.

Serio, zrobiłam sobie selfie. Sama sobie. Rozumiecie. Akcja: nie mam lustra w domu. Czy coś w tym rodzaju. Ale nie. Miałam lustro, mam je zresztą do tej pory. Nie znalazłam jeszcze żadnego powodu, żeby je stłuc, czy przez okno wyrzucić. Lustro jest.

Zatem czemu robiłam selfie?

Są teorie, że selfie pomaga odpalić jakieś zasoby niewygenerowanej serotoniny. Mnie to kiedyś pomogło. Gdy zobaczyłam efekt swojej pracy wpadłam w tak histeryczny śmiech, że można zaryzykować diagnozę wstrząsu serotoninowego. Każdy głupi, nawet lekarz wie, że wstrząs serotoninowy jest niebezpieczny, lepiej się ryzykownie nie bawić.

Ale dziś nie było zmiłuj. Posłuchajcie.

Jak wspominałam, piszę z Eligiuszem do takiego pisma, które założyła pewna osoba o imieniu MM. Samo imię, przyznajcie, robi robotę. Nie widzę tego, żeby osoba o imieniu MM kiedykolwiek robiła sobie selfie. Ale, kuźwa, mnie w to wmanewrowała. Mnie.

MNIE.

Niezła jest. Przyznaję. Ale po kolei.

No więc tak się jakoś poukładało, że po pierwszym tekście powstał pomysł zrobienia galerii dla moich obrazów. A że galeria rządzi się swoimi prawami – trzeba w niej bardziej pokazywać, niż opowiadać – i oprócz obrazów warto pokazać autora. Czyli muszę się pokazać. Ja. W sensie istoty mojego (zaginionego przecież) ciała. Ściśle: chodzi o twarz.

Wszystkie te mgły, które puszczałam w Kosmos do tej pory, podczas technicznej akcji (internet, baner, coś tam) – rozpadają się w drobinki wspomnień.

Za mała rozdzielczość, powiedziała MM.

Szaman od razu się wściekł. Bo go poprosiłam, żeby zrobił mi zdjęcie. Nie od razu tak się z tym selfie wyrywałam. A on za aparat (nie pytajcie, skąd w Nadwymiarze aparaty) i zaczyna robić dokładnie to, co robi za kierownicą (meteorytu, rzecz jasna):

– Kurwa, akurat teraz musi wyjeżdżać z tej uliczki. Akurat, jak TY jedziesz!

Nie, ja nie prowadzę. Rzecz w tym, że to MOJA wina. Bo siedzę obok. I z tym aparatem podobnie. Jest to, według mnie, nieutulona część czułości wobec maszyn, które z racji pochodzenia, czułości nie dostają, a jednak jej pragną, o czym Szaman wie i przecież się nie rozczworzy! Bo on w tym samym momencie naprawia jeszcze rower, zegarek na rękę, stary magnetofon Wilga oraz sprawdza pogodę. No i robi mi zdjęcie. W wielkich nerwach.

Po kwadransie mam sto osiemdziesiąt osiem lat, pomarszczoną skórę i wygięty kark. Moje ciało na fotografiach pstrykanych w wielkim zniecierpliwieniu wygląda dokładnie tak, jakby wyglądało, gdybym je w tamten piątek o piętnastej zostawiła w sarkofagu mieszkania Wió. A przecież go tam nie zostawiłam. Szkoda mi było.

No więc jedyne, o czym marzę, to zabrać je znów i uciekać do gniazda No.

Co też robię.

A potem wołam Czelencz i razem, pocichońku, robimy selfie.

A jeszcze potem leżę nieżywa i piję zaczarowaną herbatkę i czekam, co też za gry i zabawy przygotował mi Los w ten piękny, letni dzień.