Trzy sekundy

Wyjeżdżam. Opuszczam gniazdo No, wypływam z zimnych mórz, wylatuję z ogrodu BaBy z PP. Przez jakiś czas nie będę słyszeć soczystego języka polskiego, co mnie niezwykle cieszy. Mam dość soczystego języka polskiego. Mam dość Polski.

Sorry Polsko, chciałoby się zaśpiewać, gdyby się miało ochotę na teksty czyjegoś autorstwa. Bo tekst mojego autorstwa brzmiałby nieco (jak na język polski przystało) soczyściej. Ale nie po to się uczę języków obcych, żeby na tej soczystości spocząć. W ramach mowy ojczystej trzymam się zasady trzech sekund. Kiedyś trzy pierwsze sekundy rozmowy telefonicznej były za darmo. Człowiek więc nie pytlował bez sensu, jedynie treść skrótowa miała rację bytu.

Kunegunda tak się kłóciła z chłopakiem.

Szanuję to. Kłótnie są wszak zazwyczaj przegadane. Emocje i czas nieokreślony to najgorsi doradcy. Gdyby stosować zasadę trzech sekund – o ileż wzrosłaby jakość dyskusji! Używając jedynie słów niezbędnych, wyrażałoby się samo sedno. Dajmy na to:

– Spie… – i wszystko jasne.

Tymczasem wyjeżdżam. No podpowiada, żebym zrobiła czeklistę. Nawet zaczęłam:

  1. Bikini
  2. Black dress nr 1
  3. Black dress nr 2

Nic więcej mi nie przychodzi do głowy. Bo co więcej potrzeba? Wichry nie noszą walizek.

Ponadto nic więcej nie mam. Wszystko co miałam, zabrał mój były – Wąż. Będę to powtarzać, a z czasem i książkę napiszę, co gorsza: przetłumaczę na sześć języków. Początkowo sześć. A potem się zobaczy.

Jadę! Puściłam do Belli wiadomość, ale ta przysyła mi tylko czarne serca. Nie zdradzę czemu. Ale wiem.

Kiedy byłam dzieckiem, wciąż chciałam wyjechać. Podróżując nieustannie w myślach, nie mogłam doczekać się podróży właściwej. Choć mi ją obiecano. Obiecano mi podróż bajeczną, daleką, na długość całego życia. Amma powinna się orientować. Chyba że i to wyparła.

Nie pojechałam. Obiecanki, cacanki. Dzieci najłatwiej okłamać. Raz, że ufają, dwa: nie zgłaszają pretensji. A nawet jak zgłoszą, to co? Nic. Zero konsekwencji.

Fajnie się dzieciom kłamie. Wiedzą to wszyscy rodzice.

Zrywam więc pępowinę ostatecznym ruchem, zostawiam ich pod własną opieką.

AŻ MNIE CIARY PRZESZŁY.

Szaman szaleje, dopina szczegóły i trochę też załamuje ręce. Ale co zrobić. W ciągu trzech sekund trudno mu coś powiedzieć, a po introligatorsku jeszcze się nie nauczyłam.

Czy przetłumaczę książki na introligatorski?

A może Szaman to zrobi?

Boże, jak się cieszę.

– Arrivederci!

Hm. Za długie…

– Adieu!

Trzy sekundy. Noemi Susenbach