List do Białego Psa

Kiedy byłam w szpitalu psychiatrycznym*, wydarzyła się zabawna historia. Po tygodniu spędzonym w pokoju z wariatką alkoholiczką rąbnęłam walizką o podłogę, spakowałam rzeczy i w milczeniu wyszłam. Ona miała jakieś pretensje. Nieważne. Chodzi o to, że wprowadziłam się do pokoju obok, a tam mieszkała piczka zasadniczka. I od razu do mnie, że owszem, mogę z nią mieszkać, ona się zgadza, a nawet, co tu kryć – cieszy!, ale są pewne warunki i należy trzymać się swoistych reguł, mianowicie że są dwie. W tym pokoju bynajmniej.

Reguły lecą tak:

  1. Żadnych imprez, koleżanek, hałasów! Chociaż koleżanki, cóż, niechby i KOLEDZY, czemu nie, ona sama się chętnie dołączy, a imprezy, komu to właściwie przeszkadza; ostatecznie, niech będą!
  2. I to właściwie wszystko.

Trzymam się tych reguł żelaźnie. Tymczasem jest dzień Białego Psa i śnił mi się Biały Pies. I wiem, że anegdotkami z psychiatryka się nie wybronię. Aczkolwiek warto próbować.

Orionie.

Masz w głowie korytarz, w którym tkwi hasło „miś”. To korytarz telepatyczny. Miś ma kolor różowy. Jest skaleczony.

Nazywa się Wrosiaczek.

Opowiem ci o nim więcej, ale musisz się do mnie odezwać.

—————————————————————————————–

* Może jeszcze zrobicie ze mnie wariatkę?

List do Białego Psa. ZK