Un bacio per la strada

Jedna z nich ma na imię Kasia. Nieco przy kości, drepcze po kuchni, jak sama określa: w kółko na szmacie. Jest, a jakby jej nie ma. Bardziej niż ona – stanowi ją mąż. Facet totalnie żaden. Od kilkudziesięciu lat szuka pasji. Owszem, zna się, ale tylko na piwie. Dlatego ma browar. Jeśli zaś chodzi o całą resztę – wyliczył, że najlepiej znać się na muzyce, którą według statystyk lubi najwięcej ludzi. Czyli Kazik, Led Zeppelin. I Mozart jeszcze.

Albo Vivaldi.

Druga to Józefina. Bystra i niezależna, świadomie wędruje po krętych schodach piekła. Nie wie, że pocałunek leżącej przy wejściu na dantejski melanż Księgi Fatum, jest śmiertelny. A może wie? A może? Wszak ona wie wszystko. Dlatego, gdy wspinam się po schodach ku wyjściu, staje na palcach z umalowanymi na czerwono paznokciami i szepce mi do ucha: – ja tu zostaję. Zostałam ukąszona.

Trzecia. Jagoda. Rozpromieniona blondynka. Jej ciało świeci w ciemnościach, dlatego ciemność jej pragnie. Pilnuje.

Jagoda chce nauczyć się pływać. Ale nie wie, czy jej wolno.

Nie wie, czy jej wolno…

Czwarta to ja. Mam na imię Noemi. Wysyłam pocałunek na drogę.

Un bacio per la strada. Noemi Susenbach