Mrożone maliny w gorącej czekoladzie

Nie używam czasu przeszłego. Darmo używać coś, co nie istnieje. Ale zanim to pojmę, muszę przenieść się w czasie.

Siedzimy z Bellą w ogrodzie, patrzę na zegarek, wskazówki na tarczy biegną odwrotnie. Grom wie, co się dzieje, mówię do Belli, ja spadam. Wszelkie tripy są jednak za bardzo, dopadła mnie tęsknota za rzeczywistością, KIEDY WRÓCI TERAŹNIEJSZOŚĆ?!

Człowiek jej nie docenia. Czasem musi zajść aż tam, do mroków przeszłości, do wrót śmierci – by wreszcie zrozumieć jej wartość.

Opuszczam taras Belli, ale od podróży w czasie nie uciekniesz, trafiam więc do jakiejś szkoły, wchodzę do klasy, spóźniona jak zwykle, patrzę: piszą sprawdzian. Już, już chcę się wycofać, gdy mnie zauważają. A ja nawet kartki nie mam. Ani długopisu. I zaczyna się mozolne, dobrze znane szukanie czegokolwiek, by napisać cokolwiek, by jakkolwiek wypaść. Wreszcie znajduję jakiś fragment (kolorowego) papieru, mam też coś do pisania, nie wiem tylko jaki temat pracy…?

– Wszystkie przewinienia w roku.

Jezus. Nie pamiętam. Może ściągnę? Inni piszą. Dużo piszą. Co by tu… Spóźnienie! Ok, co dalej? Rok! Wiem, jaki jest rok, zacznę od niego. Zaraz, zaraz. Czy na pewno ten? Raz, kozie, usiłuję stawiać cyfry, ale i to nie wychodzi. Tusz w tym samym kolorze co kartka, śladu nie zostawia.

NIE MOGĘ NAPISAĆ ABSOLUTNIE NIC.

I bach, dzwonek, koniec lekcji, przerwa. Wokół wyciągają kanapki, w właściwie torty piętrowe, stawiają na stołach. Chętnie po nie sięgam, ale torty jakby z powietrza. Rozpływają się w dłoniach, rozmywają na talerzu, nie ma, nie ma. Znów próbuję coś zjeść, gdy ktoś mnie pyta: – to twoje ciasto?

– Nie. Nie mam swojego – odpowiadam.

– Dlaczego?

Znam odpowiedź*. Jednak w teleturnieju, gdzie stawką jest powrót do TERAZ, nie chodzi tylko o to, żeby znać odpowiedź. Najwyższą trudność stanowi jej wykrztuszenie.

Mrożone maliny w gorącej czekoladzie. Noemi Susenbach

* BO MNIE NIE BYŁO.