Galaxy

Szczęście ma kolor pomarańczy. Jest złożone z ciszy. Zaczyna się śniadaniem w łóżku, przekształca w kąpiel przydługą, ponowny nur w pościel, przerzucenie kanałów, by wreszcie zawisnąć w trwaniu po wieczność, jaką stanowi TERAZ. 
Nirwana. 
Spokój. 
Assolutamente niente

Duchy, owszem, obecne. Karmią się nicością. Przemykają, mruczą. Któryś nadepnie pilot, włączy komunikat. Ekran ciekłokrystaliczny kosmicznym światłem płonie. Pod kołdrę chowam dłonie. 

Ciało to też temat. Niewyczerpany. Między kością strzałkową ramienia a duszą pakującą plecak jest co najmniej sto tysięcy wierszy. 

Wysoko, widać dachy. Jeden ma kształt kopuły, nazywa się Galaxy. Z obiektu wypadają ludzie. Trzymają w dłoniach torby. W torbach są dzieci z Bangladeszu. Ich dzieciństwo. Na święta. 
W głośniku ryczy piosenka. 
Dobrze, że nie słyszę. 

Nie pamiętam.