Pętla ewolucji

Tak naprawdę niby moment. Mgnienie. Niepojęte boskie natchnienie. Ułamek procenta sekundy na srebrzystej tarczy kosmosu. Chwila tak krótka, że (chciałoby się rzec!) niezauważalna. A jednak. NIESTETY. Trwa. 

Przydałby się jakiś meteoryt, planetoida, coś spektakularnego i ostatecznego zarazem: trzask, łubudu, koniec. Tymczasem nic się nie zmienia, dzień za dniem kalendarza wciąż to samo. 
Luty. 
Luty. 
Luty.