Oda do maseczki

Od rana to pytanie. Namaluję obraz. Po co? Napiszę wiersz. Po co? Pofarbuję włosy. Po co? Język włoski poćwiczę! 
Po co. 

Śni mi się podróż bez biletu, każdy może być kanarem, badam anonimowe twarze, czytam w głuchych myślach. Podróż się dłuży, autobus pędzi w nieznane, martwię się, jestem coraz dalej. Coraz dalej czego? Nagle coś się zmienia, mam inny płaszcz, w kieszeni pieniądze, mogę kupić bilet. Kierowca nie ma maski, uśmiecha się jak człowiek, nowa sytuacja. Zresztą, czyż zakup konieczny? To chyba koniec kursu, wjeżdżamy do teatru, wielkie poruszenie, spektakl kukiełkowy. 

A może: bal maskowy?

Matko boska, niech coś się zmieni, niech się ociepli, niech zazieleni! Jestem jak król Błystek przymarznięty do tronu – zastygnięta w bezczynności, zatrzaśnięta w tym dziwnym pytaniu. I nic nie mogę przez nie zrobić, wszystkiemu ono odbiera sens. Jakby się rzeka zatrzymała, jakby życie ugrzęzło. Świat zasłonił twarz. Tak bardzo boi się choroby, że woli się udusić. 

TYLKO PO CO?!