Zaczarowany młynek

Śni mi się purpura w kolorze turkusowym. Jakkolwiek to brzmi, stanowi tajemnicę. Bo nie wiem. 

Z rzeczy przyziemnych: przydałoby się posprzątać. Może by się znalazł młynek, w którym na pewno jest trochę zioła, akurat na jednego buszka. Ale nie chce mi się. Znaczy, zapalić: owszem, bardzo poproszę. Ale sprzątać nie. Jestem leniwa jak zodiakalna krowa, leżę i zbieram pyłki z powietrza, wzbudzony porankiem srebrny kurz wdycham zamiast marihuany i mam katatoniczny odlot. 

Oto lecę w kosmos. W tym kosmosie tworzę świat, planetę bez ludzi, bez śmieci, bez kosiarek, bez alarmów i bez masek. Wśród zieleni turkusowej, w samym sercu dżungli lśni w słońcu purpurowy zamek, a tam, na balkonie podniebnym, w jedwabiach, aksamitach: ja. Bujam się w hamaku i palę fajkę, której zawartość nie kończy się nigdy, gdyż odnaleziony młynek jest zaczarowany i mieli w nieskończoność kosmiczne THC. 

O żadnych królewiczach, rzecz jasna, nie ma mowy! A jeśli by się cudem jakiś przybłąkał – z balkonu zastrzelę, z łuku. Konia sobie zostawię. Białym galopem będę mknąć przez knieję planetarną. Do jeziora! W turkusie się zanurzę, w wodzie się rozpuszczę, w potoku się rozszemrzę. 

A potem wyparuję.
A potem spadnę burzą.
Aż wreszcie zniknie wszystko.

Nawet Księżyc. 

W aksamit się zawinę
i zasnę. 

Przyśni mi się maleńka planeta. W kolorze purpurowym. Z okiem jeziora o barwie turkusu.