Ponura kosiarka

Sobotni poranek. Gdzieś między przeszłością a snem, gdzieś między błękitem a czernią, czas się po zegarze rozjeżdża, ciało po pościeli rozciąga, gdy nagle, w jednej sekundzie brutalny, nieodwołalny wybuch, Hiroshima, Nagasaki: sąsiad, kurwa, kosi. 

Krzyk, jak w stop-klatce Napalm girl – niesłyszalny. Grzęźnie więc w gardle rozpacz po stokrotkach, pszczołach, niezapominajkach, wreszcie po: ciszy. Cisza w tym świecie przestaje istnieć, prawdopodobnie wkrótce wykreślą ją ze słownika, zniszczą, skoszą, spiłują, skuterem wodnym przeorzą. Mózg mi wybucha, padają pod ostrzem gorejące krzaki, znikąd ratunku, donikąd ucieczki. Wszystko wokół krzyczy, wszystko wokół płonie, płoną pisklęta, płonie jezioro, w płomieniach donikąd biegnie dziewczynka. Świat zmienia się w piekło, w piekielną, zażartą i wiecznie głodną wszechobecność człowieka. Homo sapiens, ja pierdolę. Po studiach kosiaryzmu. Trychologii stosowanej. Na wystrzyżonej jak pizda Strzyży. 

Nie mam już siły pisać. 

Nie mam już siły żyć. 

Schowałabym się do wanny, ale Baba z góry pierze.