Boa

Brak słów. Mówi zatem niewiele. Czasem coś syknie. Obojętnie raczej, bo przecież ani co ziębi, ani grzeje. Bez skrzydeł, a wisi w powietrzu, na gałęzi, na chmurze, gdzieś w słowach. Patrzy na świat w podczerwieni. Szkarłatne światło rubinu ociepla wizerunek. Wokół ciemno i miękko, w sam raz na morderstwo. Eleganckie. Bez rozlewu krwi. 

Dobrze, że dusi! Ten akt ma w sobie wiele miłosierdzia. Kto chciałby resztki tlenu połykać, gdy kwas nogi rozkłada? Wewnątrz gada?

Zrzucanie skóry. Niedościgniony cud kosmetologii. Już widzę paniusie w kolejkach. Każda by chciała. O, tu plamka, tam zmarszczka, przydałaby się nowa. Skóra wężowa. I leżą na kamieniach, plotą, linieją… 

Zazdroszczę. Tego ciała, tych mięśni, tej milczącej gracji. Że żadne ramię nie boli. Że nie strzyka w kolanach. Buty nie obcierają, nie ma tematu obcasów. I gdyby tylko nie ten bajeczny wzór łusek, kto wie, może by człowiek go wcale nie zapragnął?

Boa. Noemi Susenbach
(olej na płótnie)