Tsunami

Miłość wisi w powietrzu. Ach, cóż za określenie! Ona nie wisi, ona fruwa, lata, wiruje, wznosi się piruetami, opada z gracją niczym baletnica – by znów się wzbić w przestworza. Wśród cząsteczek tlenu, azotu oraz pary wodnej miga jej sukienka. 

Kilka słów o sukience. Trudno doszukać się jednej w niej barwy. Złożoność promieni mami i zwodzi. A to się wydaje być koralowa, a za chwilę – szkarłat. Nie wiadomo. Kto patrzy, mruży oczy. I, rzecz jasna: nie wie. Nie wie i to jak!

Uczucie niewiedzy jest jak bańka mydlana. W głowie. Jeśli więc ktoś w tej głowie chwilę temu dźwigał potężne paragrafy, szuflady ksiąg i akt, specjalizacje, fąforyzacje, kilka ton ciekawostek z dziedziny poza profesją, system oświetleń własnej wiedzy, aby niczyjej wiedzy nie umknęła wiedza o niej – może (wybaczcie kolokwializm!) lekko zgłupieć. I chcieć prędko bańki z głowy się pozbyć. 

I teraz, zależy. Bo nic nie wiedzieć to też wyjątkowa ulga. Lekkość ponadpowietrzna. No nie wiem, oesu! Za to widzę brzeg sukienki. Na JEJ ciele.

Nie ma, że wybór. Wszystko robi się, co chce. Jakby samo. Bo to niby ciamciaramcia, serduszka i inne pierdoły, a tak naprawdę: wielka siła. Totalna. Jak tornado. Bardziej. Nie wiem. Orkan? 

Tsunami.