Koniec świata

John ostatnio w niełasce. Przy przemeblowaniu lampa się przekręca, John ląduje pod ścianą, zapominam o nim, urywa się więź. A jednak mi go brakuje. Noc zarwana, jeśli w ogóle można tu mówić o nocy. W czerwcu. 

Ale już i czerwiec się kończy. Na szczęście.

Wciąż wyglądam jakiegoś końca. Upodobane stają się mi wszelakie kresy, schyłki, ostateczności. Czy to znak nieuchronnego, na papkę przemielonego w publicystyce, literaturze, filmie oraz memach – końca świata?

Oby. Bo już, kurwa, nie mogę.