Kiedy płaczę

Kiedy płaczę, płacze cały świat. Wezbrane rzeki występują z brzegów, zalewają lądy, a zza strug łez widać tylko żal. Gaśnie nadzieja, gaśnie wiara, rozstępują się płyty tektoniczne serca i w przepaściach bezdennych tonie radość. Jej pomarańczowa sukienka nie połyskuje już w słońcu. Nie ma już słońca. Nie ma też pomarańczowej sukienki, zostało po niej ledwie wspomnienie, a i to nie, bo wspomnienie też przecież nie jest wieczne. 

Zapadam się w poduszkę, w materac, w ziemię, a fale czarnego betonu zalewają to wszystko jak zbiorową mogiłę. Pochowana w zbiorowej mogile nie mam tabliczki z kirem, nie mam pogrzebu, na grób nikt nie przychodzi, nikt nawet o nim nie wie, bo nikogo to nie obchodzi. 

Są chwile, są wizje, w których wywożą mnie karetką, bo ze smutku wybucha mi głowa, a ciało waży sto ton i nie sposób drgnąć, wstać, iść, żyć, nie sposób nic, tylko ciężarówką, dźwigiem z wysięgnikiem, jak w Co gryzie Gilberta Grape’a, przez okno trzeba mnie będzie wyciągać. 

Albo budynek runie. Wtedy wyląduję w piwnicy, z pająkami o tysiącu odnóży i one mnie zjedzą.

Jezu.

Kiedy płaczę, noc z dniem się miesza, teraz nie istnieje, jest tylko przeszłość i przyszłość: to co było – ach, jakie okrutne!, i to co będzie – na pewno, kurwa, nie lepsze. Bo przecież, ile można wierzyć, ile można śnić, rzeczywistość to fakty, wartości BEZWZGLĘDNE.

I jeszcze ból, choroby i to, że się ciastka kończą. 

Kiedy płaczę, płaczą chmury. A z każdą kroplą robią się mniejsze. I jeszcze tylko trochę popada i zaraz będzie słońce. Pomarańczowa sukienka zabłyśnie, ciało z mogiły się wygrzebie. I będzie… tańczyć?

Kiedy płaczę, to znaczy, że wkrótce będę miała dobry humor.