Przed odlotem

17 sierpnia, wtorek, coś tam się na niebie dzieje, a ja tymczasem w dziewiątym wymiarze układam swój wszechświat. Więc tak. Po pierwsze Finlandia. Trochę jak Narnia, tylko że w realu. Co nie umniejsza baśniowości. Wszelkie powiązania ze światem rzeczywistym kończą się jednak na północy, gdzie niewidzialną kreską Bóg zakreślił granicę kraju Saamów. Domki w kolorze purpury i renifery za oknem. O polarnej zorzy nie wspomnę. 

Warto też rzucić okiem na premier. Nieco odstaje od paprotnych polityczek. 

Drugi temat: malarstwo. Jest to sprawa oceaniczna, ach, żeby tylko: kosmiczna i oto właśnie powstaje dzieło mojego życia. 

Jedno z dzieł. 

Następnie oswajam lęki. Idę na wiadukt, przeskakuję barierkę i siedzę nad przepaścią, na krawędzi światów, a spod stóp pociągi jak smoki raptownie wyskakują. 

Ciagle ktoś coś chce. Dwóch facetów się gapi. Jeden bez koszulki. Inny, starszy, podłazi, na ty do mnie wali, że mi po plecach chodzi liszka. Jeszcze inny ratować mnie chce. 

A ja przemierzam tunele, piwnice i pieczary. I walczę… Właściwie nie walczę, siedzę ze słuchawkami i muzyki słucham dość głośno. Słońce mnie rozgrzewa, wiatr mi włos rozwiewa i dobrze mi jak cholera. Liszka ze mnie schodzi, siada obok, przedstawia się: – Madżenta. Kolory mam odjechane, fakt, ale to tylko piżamka. Wkrótce przywdzieję suknię elegancką, czarno-szaro-białą. 

– Jak grób. 
– Lastryko – precyzuje Madżenta i odchodzi. Ale zanim odejdzie, taki mi taniec odstawia, że hej. Wije się, zakręca, pyszczek wysuwa, płomieniście ubarwione ciało pręży. Znika, znowu wraca, cyrk. 

Więcej koleżanek nie stwierdzam. Za to panowie, jak mówię. 

Nie, to ja odchodzę! Idę przez wiadukt, całą jego długość, a na każdym przęśle mam obowiązek przystanąć. Spojrzeć w dal, na tory. Aż spod stóp znów wyskoczy potwór, albo dwa najlepiej, z naprzeciwka, w natarciu: łuuu!!!

Madżenta nie nadąża. Rozumiem to. Każdy ma swoje sprawy. Gdybym miała stać się szarym motylem z takiego fajerwerku, zajęta byłabym jak pierdut. 

Wszystko jest jak sen. Jak wakacje w Bieszczadach. Babie lato rozpina swe nici, których końce się nigdzie nie kończą.