Paciorki

Poranne skargi o beznadziei życia są jak deszcz. Znów padam, znów padam, tylko spójrzcie, jaki mój los: z góry na dół, na ten padół. Jestem taki biedny, zagubiony, rozdziobią mnie kruki i wrony. W dodatku, jak na złość, na beznadzieję: wciąż istnieję.

Tak to sobie utyskuje przyzwoity obywatel. 

Tymczasem są tacy, którzy nie istnieją. Jola, na przykład. Ale gdy ją spytać w tym odbiciu lustrzanym, czy chciałaby żyć, zaraz się jej upiorny wygląd rozjaśnia, coś się w niej ożywia, oczy płoną dziwnym światłem, ni to świece, ni to księżyce. I oto, zamiast straszyć, zaczyna snuć opowieści o sukienkach, balach, podróżach. O kolorach, o gwiazdach. O niesfornych kociakach, które można oglądać cały dzień. I o miłości wytęsknionej przez wieczność. 

Mówi, jak bardzo chciałaby spłynąć paciorkami deszczu znów tu, do nas, żeby choć jeden wieczór z nami spędzić. Pośmiać się, zapalić. Wapor, oczywiście. Żeby tak szybko znów nie odchodzić…

Życie potrafią docenić tylko duchy. Tylko one chcą żyć. Cała reszta, wkurwiona na to, że jest, z tego powodu wręcz załamana – ciągnie z mozołem ku śmierci swe ciała i donośnie ogłasza rozpacz.