Diabełek

Mam dziesięć lat, jestem na koloniach. Czas wolny, dzieciaki trwonią pieniądze na bzdury, lizaki, gofry, wiatraczki. Stoję przy drewnianym kiosku z pamiątkami, patrzę na asortyment. Hit sezonu: diabełek. Wysuwa czerwony język, gdy mu się policzki naciśnie. Kupiłabym, ale nie mam pieniędzy. Pozostaje patrzeć. Patrzę więc. Właściwie, po co mi ten diabeł? Żeby się zaraz po zakupie martwić, czy aby na pewno fajny? A jak zgubię? A jak ktoś ukradnie? Będzie się walał po torbach, plecakach, tornistrach, ostatecznie trafi do szuflady, tam w odwiecznym bałaganie utonie.

Małpy też to mają. Gdy jedna dorwie szmatę, oponę, patyk, zaraz się zbiegają inne, kłócą, kradną, walczą. Ewolucyjny atawizm. Chęć posiadania. Bez odpowiedzi na pytanie: po co?

Tymczasem rzeczy są jak pchły, nie można się ich pozbyć, gryzą, swędzą, męczą, niepokoją. Zajmują przestrzeń. Zajmują umysł. Są. Gdyby ich nie było, kto wie, może człowiek zmieniłby się w wiatr? 

A jednak. Diabełek, choć nigdy nie kupiony, przeprowadza mnie przez rzekę wspomnień. Ciągnie się wspólna z diabłem droga i dokucza, owszem, ale czy w ogóle by istniała bez niego? Zamykam oczy i oto czuję zapach świerków nieopodal kiosku. Jest szlak pod górę. Jaka to góra? Nie pamiętam. Coś w Karpatach. W Bieszczadach? W Tatrach? 

Błękit nieba, zieleń lasu, słońce. Powietrze mokre od rzeki. Pulsujące pod spaloną skórą serce. I ten diabeł. 

Kot
Noemi Susenbach