Kulminacja pełni

Moment, w którym zderzam się z własnym ciałem. Kulminacja pełni. Ta moc może przerazić. I nie chodzi tylko o efekt wielomiesięcznego, a nawet dwuletniego siłowania się z papą Grabkiem. No tak, teraz czas na wspomnienia. Dwa lata wstecz. Zaczynam ćwiczyć jogę, stawać na głowie i nagle: trach. Pęka coś w klatce piersiowej. 

Serce papy Grabka. 

Problem w tym, że papa Grabek doskonale funkcjonuje bez serca. Ba, wtedy się uaktywnia. I zaczyna się walka. Dzień po dniu trening. Trenerem jestem ja sama, moja podświadoma wiedza, który mięsień napiąć, żeby dotrzeć do bólu, żeby go rozszarpać. I ta zaciekłość, tak, to też trening. Mięśni twarzy. Bo (tego jeszcze nie wiem) macki obcego (a przecież starego znajomego) docierają do oka. Mam wrażenie, że są wszędzie. Pieką i swędzą. Wolę, żeby bolały. Ale na ból trzeba będzie poczekać. Są tacy, co płaczą z tęsknoty za bólem…

Magiczny moment. Zderzenia z ciałem o mocy dwuletniego napinania mięśni, żeby wyrzucić obcego. A przecież starego znajomego. 

Ciało jest bardzo silne. Ktoś po mefedronie rzuca pielęgniarzami po ścianach. Mnie mefedron niepotrzebny. Rzucam papą Grabkiem po ścianach swojego ciała. I wiedźmą kontrolerką też, choć to kobieta. Odrzucam wszystko, co szkodzi. Mysz się nie przeciśnie. Ciało to twierdza, nie wpuszcza intruzów. Każe się cieszyć z tego, że jest. 

Samowystarczalną, produkującą wszystko co potrzebne do największego odlotu apteką, sex drugs rock and roll ful opcja. 

Największy odlot to życie. 

®Noemi Susenbach