Biały rower

Znów śni mi się dom! Tym razem jest to dom przyjaciółki. Przyjaciółki… Oddzielny traktat, a może nawet powieść. Napisałabym, gdybym chciała.

Ale mi się nie chce i w tym domu przyjaciółki też średnio, więc się zbieram cichaczem po angielsku, w głowie plan, tędy, na przystanek, ach, przecież ja mam ze sobą mój ukochany biały rower, jakie to szczęście! Tylko gdzie ten rower stoi? Przed domem, w ogrodzie. Jej (przyjaciółce) nie powiem ani słowa. Albo powiem, jeśli się napatoczy. Że od dwudziestu minut tu kwitnę, a ona lata, nie wiem, odkurza czy projekt robi, a może zabawia koleżanki? Wychodzę. Ale po drodze trafiam na jej męża i tu się zaczynają schody. Mąż przyjaciółki, Jezu. Oddzielny temat, a nawet traktat. Idzie w swojej bańce, nawet nie przypuszcza, że ja właśnie wychodzę. Coś tam pod nosem mamrocze, w ogóle go nie rozumiem, o interesach chyba, że ten dom za inny, tamten poprzedni, natomiast ten jest mniejszy…

Słucham i myślę, gdzie ten rower. Bo przed domem nie ma. Ona gdzieś schowała. Z tego sprzątania. Znam takie numery. Moja matka ze sprzątania wsadza pantofle gości do pralki. Nie, żeby prać. Żeby schować. Jestem wściekła, krzyczę z dworu przez okno, gdzie rower, debilko?! Ona, że na strychu. No zajebiście, świetnie, dobra, idę na ten strych, ale po drodze spotykam jej dziecko. Chce pokazać mi swój pokój. Który stanowi jakąś jedną trzecią poprzedniego w tym poprzednim domu… 

Boże! Przecież ja potrzebuję odpoczynku! Normalnego snu! Czy oni się tam w tym umyśle jeszcze nie połapali?!

Umysł w szafie z UFO przecież. 

Ostatecznie z nią – z PRZYJACIÓŁKĄ po ogrodzie spaceruję, gadamy o sprawach, w sumie dobrze się gada, jak zawsze wesoło…

Szkoda by było wtedy wyjść. 

™Noemi Susenbach