Nemo. Prawdziwa historia Jima Morrisona

Stary, tuż przed śmiercią Jim Morrison śpiewa głosem wuja. Mocno wcięty, bełkotliwie mądraliński. Wiesz, wszystkie kobiety są głupie, dlatego nie umiem bez nich żyć. 

Spóźnia się na próby, o ile w ogóle przychodzi, wszystkich opierdala, a potem wali whisky zero siedem i właściwie nie da się już z nim gadać, trzeba sobie pójść. Bo jest tylko gorzej. 

A było mówione: nie oceniaj. Ocena to pułapka. Mówisz i masz. Tymczasem rzeczywistość jest taka, że stary Morrison przechodzi obok kariery jak kot, chyłkiem przecina los, po odwyku i terapii ląduje w całkiem przyjemnej sytuacji: żona i dwóch synów, a właściwie nie żona, tylko DZIEWCZYNA, który z was, kapcie, ma dziewczynę? 

Wystarczy nie być sławnym. 

Tymczasem historia podchwytliwa, ukrywa gdzieś inne sedno, bo właściwie wcale nie dotyczy Morrisona, ale jego dziewczyny. Jej bezsilności. 

Albo siły. 

<<