Hetman

Bezimienny świniak pośród innych wiejskich zwierząt czuje się zapewne jakby nie istniał. Jest tylko przyrostem masy. Koza nazywa się Basia, gąska Balbina, pies Cezar, a świniak to po prostu świniak, tak wyjaśnia pan Przecinek z CPN-u, który mnie zabiera do swojej rodziny na wieś, żebym zobaczyła. Patrzę więc na zlekceważone samotne prosię w chlewiku i jest mi go bardzo szkoda. Czuję okrutną niesprawiedliwość i smutek, choć przecież lubię pana Przecinka. Nawet nie ma imienia?!

– Świniak to świniak.

Wspomnienia z dzieciństwa są obarczone niewypowiedzianymi emocjami, tłumionym niezrozumieniem świata, czasem są to łzy tak zaschnięte, że trzeba je z siebie boleśnie wyskrobywać. Inaczej zamienią się w złość. A złość jest złośliwa jak nowotwór, czerń zapadłych komórek, które wprowadzają nowy ład, czyli stary burdel. 

Parę lat wcześniej. Stoję w otwartym oknie na czwartym piętrze i tylko jeden krok dzieli mnie od mamy, która z siatkami zakupów patrzy z podwórka i myśli: o kurwa. Okno uchylone w kuchni. O kurwa. 

Ile mam lat? Trzy, może cztery? W domu nikogo nie ma, nikt więc mi nie wyjaśni, że z okien się raczej nie skacze. Instynkt. Instynkt. Instynkt. Mimo gorączki zwykle pomagającej w lataniu, teraz pojawia się strach tak silny, tak potężny, jakby między matką a parapetem była smolista czerń. 

Nogi mi drżą ze strachu, łapię framugę okna i powoli się od czerni odwracam. Mama porzuca zakupy i pędzi po cztery stopnie w górę. Serce jej tłucze dokładnie tak mocno jak mi wczoraj w nocy, gdy znów wędruję po parapetach przez sen. Lęk wysokości fascynuje podobnie jak ogień, rozpięty między życiem a śmiercią, cienką linią prowadzi do dawnych, nigdy nie wyrażonych emocji, które, tak jak świniak, mają prawo do imienia, nazwania, wyrażenia. Bycia. 

Świniak już dawno nie żyje, przerobiony na kiszkę, z ziemniakami i zsiadłym mlekiem spożyty przez rodzinę Przecinków, niknie w mrokach pamięci. Tylko jeden ślad może go ocalić. Imię.